poniedziałek, 26 września 2011

Drive 2011, rez. Nicolas Winding Refn

Drive jest filmem którego bez wątpienia warto zobaczyć. Z mocnej listy Cannejskich wojowników to właśnie tak naprawdę reżyser Bronsona wyszedł prawdziwie zwycięsko. Palma dla najlepszego reżysera i bezwarunkowa wiara polskich dystrybutorów w możliwości i potencjał tego Pana. Jak na razie jeden z najlepszych filmów roku, chociaż bez bicia przyznaję się, że tytułów okraszonych datą 2011 nie widziałem zbyt wiele. Ale niepotrzebnie przedłużam wstęp.

Fabuła jest właściwie powszechnie znana. Nie będę za kimś powtarzał, na pewno większość ten film widziała, na pewno większość się tym filmem zachwyciła (mowa oczywiście o tej grupce ludzi, których brak CGI jakoś specjalnie nie odstrasza) i piszący te słowa również pozostał pod wielkim wpływem.
Bo Winding Refn udowodnił dla mnie jedno. Nie ważna jest sama historia, ważna jest oprawa. Składniki, środki, estetyka. Coś co próbowało robić wielu, z różnym skutkiem. Duńczyk robi po swojemu i nie ogląda się na reakcje widza. Kiedy pisałem ten tekst przeraziłem się, że Refn jest twórcą efektownych opakowań, atrakcyjnej formy, którą nadrabia estetyką. I uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie wielu widzów, niechętnych reżyserowi sięgnie po ten argument.

I Drive również taki jest. Wszechobecny oniryzm, to kiczowate electro*, oglądanie tego to jak przeglądanie albumu ze zdjęciami. Niestety, w drugiej połowie filmu coś zaczęło się psuć.
To oczywista oczywistość, Refn nie poprzestał na jednej matrycy, wprowadził mrok, który skutecznie wyparł subtelną estetykę czasów Miami Vice. Do akcji wkracza Angelo Badalamenti i oto mamy grozę. Nasz bohater przeistacza się w wykonawcę wyroku. Mściciela, jedynym ogniwem łączącym go z jasną stroną jest oczywiście owa samotna matka, ale i ona nie jest w stanie powstrzymać Drivera. Boi się, sama nie wie, na kogo ma liczyć.


A mogło być tak pięknie. Przez pół filmu Duńczyk tworzył piękną historię. Ona i on, obydwoje wiedzą, że nie powinni się byli spotkać, obydwoje za czymś tęsknią i pamiętam, kibicowałem im.
Na imdb stoi, że Refn konsultował się z Gasparem Noe w kwestiach reżyserii scen brutalnych. Nie potrafię tego zrozumieć. Oniryzm w takiej dawce mógłby opowiedzieć David Lynch., tyle, że u niego cały obraz jest umowny, oparty na metodzie skojarzeń. Refn mówi zupełnie serio. Ciemny pokój, młotek i ten złowieszczy dron w tle. Muszą tam stać jeszcze roznegliżowane panienki? (Ich stoicki spokój przeraził mną.) Oto widz jest świadkiem, że aktorzy zaczynają poruszać się po świecie mafii(?), Driver staje się uwikłanym w paskudną historię romantycznym rycerzem i musi za to zapłacić. Wie, że nie ma już odwrotu, pozostała mu tylko zemsta, ale kurcze trochę zbyt naiwne mi się to wydawało. Dwa czarne charaktery nieco to uwiarygodniają, milczący kierowca z twarzą nieśmiałego jelonka sprawdza się w tej pierwszej części filmu. W drugiej już mniej, biorą pod uwagę środki jakich używa...Miałem wrażenie, że reżyser zwyczajnie przedobrzył.

No i miałem napisać jeszcze o stronie aktorskiej. Niestety od tej strony film nie kreuje żadnej wybitnej osobowości. Tak jak Mads Mikkelsen wypełniał całą przestrzeń w kadrze Valhalli, Tom Hardy podobnie,o Pusherach nie wspomnę, o tyle tutaj wszystko jest takie od niechcenia. Postać Blanche, Ron Perlman był niezły, ale potem jego aktorstwo zaczęło się „cofać”. Na uwagę zasługuje właściwie tylko Albert Brooks. Od pewnego momentu to on trzyma film. Chłopiec i jednooki tworzyli duet, uzupełniali się wzajemnie, Ryan Gosling nie ma tego czegoś, niestety. Z drugiej strony widzicie w tej roli Hugh Jackmana?

Gdyby jednak komuś przyszło do głowy, że Drive to film słaby, uprzejmie informuję, że się myli. Biorąc pod uwagę środki formalne, teoretycznie prosta operatorka, taka sama jak bohaterowie filmu, gry cieniem, scena w windzie, a zwłaszcza jej finał...Nie, można krytykować Drive, ale nie wolno tego filmu nie doceniać. Ja nie mam zamiaru wszczynać polemiki, czy Refn na tą Palmę zasłużył. Nie widziałem właściwie żadnego filmu z Cannes**, dlatego nie zabieram głosu i przyznaję 7/10 w filmwebowej skali. Uważam, ze to uczciwa ocena.


P.S. Według mnie najwięcej temu obrazowi zaszkodziły dwa poprzednie filmy. Refn postmodernista, Refn i jego klisze, tak naprawdę ludzie wciąż widzą w nim twórcę postmoderny, czerpiący garściami z kina gatunkowego. Fakt, inspiracje Refna wywodzą się z takiego kina. Jednak zarówno jego dokonania jak i wypracowany własny unikalny styl nakazuje mi go nazywać twórcą dobrego kina autorskiego, a nie Robinsonem poszukiwaczem.
Przynajmniej już od dawna nie.

* Oczywiście jako ex fan tego stylu, nie mogłem nie ulec czarowi tych pierdzących syntezatorków, bolała mnie tylko obecność kawałka Trenta Reznora, która zdobiła prześwietne Social Network. Jak to usłyszałem, miałem ochotę wrzasnąć WTF?

**Widziałem za to Drzewo Życia, jest to jedyny obraz który można nazwać jednocześnie wielkim i wręczyć mu Złotą Malinę, tekst wkrótce.

czwartek, 15 września 2011

The very best off The Ziniols przedsprzedaż c.d.

Uwaga!!! W związku ze sporym zainteresowaniem wydaniem antologii "Ziniolsów" oraz sporą ilością zamówień z przykrością informujemy, że pierwszy nakład przeznaczony do przedsprzedaży wkrótce ulegnie wyczerpaniu.

Wszystkim zainteresowanym oznajmiamy, że MOŻNA jeszcze składać zamówienia.

Tylko teraz
Antologia:The Very Best Off The Ziniols
po okazyjnej cenie 26 złotych z dostawą gratis
 
 Zachęcamy również do odwiedzania oficjalnego blogu Ziniola, gdzie można zobaczyć plansze komiksu Blaki nie publikowane dotąd nigdzie wcześniej oraz poczytać o zbliżającej się premierze albumu Lucka
FOTOSTORY
Inny twórca Ziniola, nasz stary znajomy Maciek Pałka zaprasza na wernisaż prac
10 LAT Z WARIATAMI
Uroczyste otwarcie nastąpi 30 września A.D. 2011 w
Muzeum Sztuki MS2, księgarnia małalitera art
w Łodzi
 Jeszcze raz dziękujemy za liczne zainteresowanie się publikacją, to dla nas wielka motywacja.

niedziela, 11 września 2011

Antologia kultowego ZINIOLA-PRZEDSPRZEDAŻ

UWAGA!!! Już od poniedziałku czyli od jutra rusza przedsprzedaż antologii kultowego ZINIOLA.

The Very Best OFF The Ziniols: Greatest Hits vol. 1 1998-2005

Do kupienia za jedyne 26 złotych z wysyłką gratis.

Aby dokonać zakupu wystarczy wysłać maila z adresem oraz wpłacić rzecz jasna 26 złotych na podane na stronie konto.
Dostępność pozycji do 10 dni roboczych.
Oferta ważna do 30 września.

sobota, 10 września 2011

Rzeż bez nagród







A wygrał Faust Sokurowa.
Jeżeli jeszcze Adamek przegra, to będzie wybitnie nieudany dzień:)

A oto lista laureatów:

Złoty Lew: "Faust"

Srebrny Lew dla najlepszego reżysera: Shangjun Cai

Shangjun CaiNagroda specjalna jury: "Terraferma"

Najlepszy aktor: Michael Fassbender ("Wstyd")

Najlepsza aktorka: Deanie Yip ("Tao jie")

Debiut aktorski: Shôta Sometani i Fumi Nikaidô ("Himizu")

Zdjęcia: Robbie Ryan ("Wichrowe wzgórza")

Scenariusz: Giorgos Lanthimos i Efthimis Filippou ("Alpy")

Debiut reżyserski: "Là-bas

piątek, 9 września 2011

Oficjalna strona Ważki

Miło mi zakomunikować, że od dzisiaj ruszyła oficjalna strona Wydawnictwa
Jednocześnie mam okazję oficjalnie zapowiedzieć przedsprzedaż antologii.

The Very Best OFF The Ziniols: Greatest Hits vol. 1 1998-2005

Już od poniedziałku 

Po promocyjnej cenie

tylko 26 złotych!!!

czwartek, 8 września 2011

Allen w Paryżu

Nie da się ukryć, nazwisko Allen jest marką samą w sobie. Na brak chętnych do grania w swoich filmach na pewno nie może narzekać, a w myśl holyłódzkiej zasady, że „skoro będą grać gwiazdy, to pieniądze na pewno też się znajdą” może śmiało pozwolić sobie na kręcenie co rok. Dodajmy do tego darmową reklamą Paryża i...nic prostszego. Ostatni film Allena, który niedawno miał premierę w kinach zatriumfował na boksofisach i nic dziwnego. Polacy  lubią komedie romantyczne, lubią Paryż, bo kto nie lubi, a jak jeszcze dodamy parę ślicznych twarzy w kostiumach z lat dwudziestych to hoho, mamy przebój.



Nie kryłem i nie kryję niechęci do tego filmu. Dla mnie ostatnia komedia Allenowska to przede wszystkim uproszczona, skierowana do niewymagającego widza papka z obrzydliwie czytelnym przesłaniem. To co fascynowało mnie u Allena czyli kameralność, spokojne, długie ujęcia i przede wszystkim dystans, tutaj ginie pod francuskim landszaftem. Niby jest okej, reżyser od jakiegoś czasu przestał kręcić kino ważne, na rzecz wypośrodkowania treści. Pamiętam, że broniłem Bruneta, pomimo tego, że obraz ten zostaje daleko w tyle za najlepszymi obrazami autora. Broniłem, bo rozumiałem, bo czułem, że ten brak szpanu, surowa, ba wręcz toporna struktura czyniła ten film osobistym.
Tutaj widzę tylko ładne obrazki. Widzę aktorów, którzy próbują pokazać, że naprawdę potrafią grać. Widzę głównego bohatera, który próbuje być jak Allen, ale tylko momentami, widzę postacie z kanonu sztuki, które nie wiele do powiedzenia mają i widzę widownię.
Tak, widownia, która ma okazję poznać Hamingwaya, pośmieje się z Salvatora Dali (obrzydliwa karykatura) albo Bunuela...a właśnie.
Czytałem kiedyś biografię Dalego. Malarz twierdził, że ze wszystkich surrealistów właśnie Bunuel miał najbardziej agresywną naturę. (Na dzisiejszych forach onetu mógłby zrobić karierę:) Tutaj jest to kolo, nieco do niego podobny, który siedzi z petem w ryju i ma gówno do powiedzenia. W ogóle mam wrażenie, ze materiały do scenariusza o tych postaciach zaczerpnął Allen z wikipedii. Broni się jedynie Hemingwa, ale jest raczej to zasługa aktora, reszta to porażka. Dlaczego nie słychać Pabla Picassa? Dlaczego nie pokazano „problemu” S. Fitzgeralda? Bo zwykły widz, mógłby tego nie zrozumieć? Bo film by się zrobił przegadany, a tego widz nie lubi? Po co wątek „topiącej się” Zeldy? Może reżyser wpadł w tą samą pułapkę, co Stallone ze swoimi Niezniszczalnym oddziałem. Zbyt wiele bohaterów, zbyt wiele wątków, jak tu to teraz pomieścić. Całkiem możliwe, że tak było.

Jeżeli założymy umowność, tzn. że cały ten staff dzieje się jedynie w głowie naszego bohatera, to po co scenka z panią przewodnik, która czyta dziennik Marion Cottiliard? Nie bójmy się tego powiedzieć, jest to źle skonstruowany scenariusz.

Podsumowując, na filmwebie stoi, że osoby „choć trochę znające się na sztuce” pokochają ten film. Ja uważam przeciwnie. Albo Allen bardzo mało wie, albo liczył, że te pojedyncze zdanka gwiazd literatury i nie tylko w zupełności widzowi wystarczą. I stawiał bym na to drugie, tylko mam jedno pytanie: za kogo on nas ma.