Anton Corbijn nie dość, że fotograf to jeszcze holender z pochodzenia, którego surowość, pewien charakterystyczny sznit uczynił znakiem rozpoznawalnym, ten który jest współodpowiedzialny za karierę Depeche Mode zapragnął oto stać się reżyserem filmowym. Nie jest to oczywiście jedyny przypadek, wszakże mistrz Kubrick także zaczynał od tego zacnego zawodu. Anton Corbijn wszak miał na swoim koncie szereg zrealizowanych przez siebie wizji, już to w klipach albo projekcjach na koncertach wyżej wymienionych Depeszów albo U2. Mnie najbardziej zaintrygował eksperymentalny dokument o jednym z największych artystów awangardowych naszych czasów, Donowi Van Vliet. Do obejrzenia tutaj.
Ten robiony metodą „coś z niczego” mało znany obraz zdradzał potencjał początkującego reżysera, nie inaczej stało się z Linear, obrazem muzycznym do ostatniej jak dotąd płycie U2 No Line on the Horizon.
Pierwszym długim metrażem jak pamiętamy było Control. Obraz zadziwiająco udany, nawet nie chodzi o jakiś tam wyszukany kunszt reżyserski, bo takiego nie było, ale Corbijn „wskrzesił” tę pominiętą przez masy grupę Joy Division. Co prawda fani tychże mogli poczuć pewne zażenowanie, kiedy odtwarzający role muzyka Sam Railey w niczym nie przypominał słuchającego Sex Pistols panczura, a raczej chłopca mającego gigantyczne problemy emocjonalne. Obraz jednak został dobrze przyjęty. Corbijn nawet popełnił autoplagiat, mianowicie umieścił w filmie swój własny teledysk do Love will Tears Us Apart Jego surowa konwencja, bez przesadyzmu ukazanie pewnych wrażliwości, wreszcie pewna bezkompromisowość-to nie pusta gloryfikacja Joy Division tylko punkt widzenia zdradzanej i zaniedbywanej żony muzyka.
O ile debiut dawał nadzieję na powiedzmy przynajmniej przyzwoitego rzemieślnika, o tyle jego kolejny obraz Amerykanin z Georgiem Clooneyem ujawnił braki warsztatowe reżysera. Odsyłam do recenzji Arka, ja pragnę dodać ze swej strony tylko to co odczułem. Corbijn niestety nie kocha kina, nie jest ani pasjonatem grozy, klasyki, gatunkowości, ani co ważniejsze, dobrze skrojonego scenariusza. Holender wyznaje zasadę, że ładny obraz zadowoli widza, że odwoływanie się do Samuraja Melville'a wypełni niedostatki. Kto w ogóle przylepił Amerykaninowi tę etykietę? To co najwyżej luźne nawiązanie, dla mnie ten obraz jest klonem innego nieudanego obrazu Limits of Controls Jarmusha. Tyle że Jarmush zwany Jimem swój dorobek ma, jemu wybaczę ten bełkot pełen cytatów, w gruncie rzeczy nie widzę potrzeby znęcać się nad Limitami. Amerykanin Corbijna jednak pozuje na kino dojrzałe, a dla mnie to kino niedoróbek. Psychologiczny obraz bohaterów jest wręcz infantylnie płaski, podobną sztuczkę obserwowałem w arcydziele horroru Pile 3D, tyle, że tam psychologia stylu zerowego jest jak najbardziej na miejscu.
Teraz refleksja, jeżeli Corbijn pragnie zaistnieć jako reżyser powinien kilka rzeczy. Zainwestować w produkcję dokumentów, dzięki czemu dostrzeże ludzi, a nie ich teledyskowe zarysy oraz niech zacznie pisać scenariusze. Niech zacznie oglądać kino gatunków, niech nakręci krótki metraż, (byle nie z U2,) krótko mówiąc niechaj ćwiczy. Dla mnie to pomimo wszystko gość z potencjałem i tego się chwilowo będę trzymał.
Amerykanin pokazał, że ładny obraz nie wystarczy, że film to nie folder z przewodnika turystycznego, ale pewna metafizyka. Ostatecznie może powrócić do swoich teledyskowych wizji, dlaczego nie, są oryginalne i nowatorskie. Corbijn odcinając się jednak od swoich korzeni ma szansę stać się reżyserem drugiej kategorii, dla którego szczytem marzeń może być posada reżysera blockbasterów. Jeżeli tak się stanie, czego mu nie życzę, wtedy być może powiemy, że Amerykanin to ostatni autorski obraz Holendra. Marna pociecha.



