Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Moje życie z Dżejmsem, Maciej Gierszewski

Prawda, że jest piękny

To Marcinowi Zembrzuskiemu muszę podziękować za sugestię, w czyj talent warto zainwestować odrobinę kapitału. On to w którymś tam tysięcznym mailu rzucił mi tekst w stylu:
"a może coś Kreta byś wydał?".
Już wtedy obiecałem sobie, że jak się uda to pasuje Zembrzuskiemu publicznie podziękować. Dzięki Marcin za cynk, zawsze będę o tym pamiętał. 

Ale wtedy, nim nastąpiło ostateczne porozumienie wiele maili musiało przepłynąć. Byłem wtedy pochłonięty wydaniem Ziniola, chwilami "srałem ze strachu" i różne myśli latały mi po głowie. Maciej, co mi się podobało nie narzucał się ze swoim materiałem. Nie częstował mnie tekstem w styl "mam tych wierszy w cholerę", albo "mam w szufladzie kilka opowiadań", a przecież debiutantem nie był. Debiutantem byłem ja, a on w sumie mógł mi wcisnąć cokolwiek.
Wreszcie padła decyzja. Moje życie z Dżejmsem Nie mogłem nie wydać tego tytułu, a to dzięki żonie, która usłyszawszy tytuł, zapytała: "Czy to jest o homoseksualistach?".
I jak to w życiu bywa, musiało minąć trochę czasu nim doszło do druku. Zdążyłem poznać osobiście Maćka na MFK i żałuję, że nie pogadałem z nim dłużej. I teraz, kiedy mam za sobą telefony do drukarni, że książka już jest, nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić Wam Dżejmsa.
"Zabiję tego kota"
Oto dziś, tuż po odśnieżeniu wjazdu do garażu mogę oficjalnie ogłosić przedsprzedaż.

Zamówienia składamy tutaj(KLIK)



MACIEJ GIERSZEWSKI ur. 1975; poeta, prozaik, bloger. Pisuje o komiksach, m.in. na „Kolorowych Zeszytach” oraz „Alei Komiksu”. Opublikował: „Profile” (Olsztyn 2006), „Luźne związki” (Poznań 2010). Zredagował (ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką pt: „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga o komiksach: http://dybuk.wordpress.com. Mieszka w Poznaniu.

sobota, 13 sierpnia 2011

100 filmów Gore-Piotr Sawicki

Nie ukrywam, że wydanie leksykonu Piotra było i jest dla mnie wydarzeniem. Teksty Piotra cenię, a blog Pajęcze gniazdo jest wszystkim tym, czym w założeniu miał być Zmywak;) Poza tym to właśnie teksty Piotra sprawiły, że nabrałem dystansu do własnej twórczości pisanej. Podziwiam gościa i tyle, wielki szacun.
Żeby dokładnie zrozumieć podejście, cele i założenia, jakie przyświecały autorowi do napisania owego leksykonu, trzeba koniecznie przeczytać wstęp. Autor przyznaje, że nie jest łatwą sprawą wyłonienie setki filmów, które mogłyby godnie reprezentować ten gatunek. (Sam miałbym problem z wyłonieniem 100 pornosów godnych uwagi). Nakreśla, nieco zbyt ogólnie narodziny gatunku oraz próbuje zdefiniować rolę i jego znaczenie. Umówmy się, autor nie dokonuje nadinterpretacji gore, raczej uważa je za wypadkową, odpowiedź na rodzącą się wszem i wobec popkulturę.


Dalej czytelnik może zapoznać się z setką omawianych pokrótce pozycji. Ja nie zamierzam tutaj pisać które Piotrek wziął na tapetę. Wystarczy, że po przeczytaniu wypisałem sobie ołówkiem, które gory muszę koniecznie obejrzeć i na tym poprzestańmy. Wydaje mi się, że większość po przeczytaniu pomyśli podobnie, uznajmy, ze cel został osiągnięty. Tym bardziej, że mówimy o pierwszym tego typu leksykonie, Piotr spisał się na medal.
Mam jednak kilka zastrzeżeń. Po pierwsze - forma książki. Autor omówił tylko te, które na uwagę zasługują, osobiście jednak wolałbym, żeby filmów było więcej. Dlaczego? Ponieważ leksykon jest pozycją zamkniętą, nie wyobrażam sobie drugiej części, zatem setka filmów chociaż jest liczbą imponującą tak naprawdę wiąże autorowi ręce. Usunąłbym tą setkę z tytułu, bowiem czytelnik może stwierdzić, że dostał tylko mały procent filmów. Leksykon to leksykon, musi zawierać pewną kompletność. Zdaję sobie sprawę, że Piotr miał ograniczenia objętościowe i to się tylko tak łatwo pisze, ale jednak…Mam w domu leksykon operowy, w którym autor albo po prostu w dwóch, trzech zdaniach opisuje daną operę, zaś przy dziełach „znańszych” daje upust swojej fascynacji.

Druga sprawa to potraktowanie filmu. Autor pomija okoliczności powstania, historię, skupia się na aspekcie gore. Trochę to niektóre filmy okalecza, albo inaczej. To autor je okalecza. Ta świadoma operacja ma uzasadnienie, pamiętajmy tylko o tym, że np. Salo, Nieodwracalne nie są filmami, które powstały w założeniu tego gatunku. Mam trudności również z uszeregowaniem Cronenberga z estetyką gore. W pewnym momencie przyłapałem się na wyszukiwaniu filmów „nie całkiem gore” i o zgrozo! to właśnie te zainteresowały mnie najbardziej. Na marginesie, omówienie Pasji Mela G. to jedna z najciekawszych recenzji tego filmu jakie czytałem.

Trzeci i chyba ostatnie mankament to brak indeksu nazwisk oraz niekonsekwentnie przeprowadzony index tytułów. O ile wiem należy zdecydować, czy lecimy tytułami w oryginale czy w polskiej wersji. Tym bardziej, że polskie tłumaczenia to nierzadko zupełnie odległe znaczeniowo galaktyki, więc kiedy indeksuję tytuł mam z tym trochę trudności.

Nie mam za to żadnych zastrzeżeń co do wydania, biorąc pod uwagę, że wydawnictwo Yohei jest wydawnictwem raczkującym, Piotr wydał książkę bardzo profesjonalnie. Papier i sama okładka przyciągają uwagę, nie mam mowy o żadnym chałupnictwie. Mam uwagi co do łamania tekstu, niekiedy tekst główny dotyka przypisów, ale to drobnostka. Łamanie w Czarnej Lampie (miks Lampy i Czarnego) woła o pomstę do nieba, a przecież mieli już doświadczenie na rynku wydawniczym.

Na koniec wypada mi po prostu Piotrowi pogratulować. Zabrał się za omawianie czegoś, co jest w pogardzie (nawet Zanussi nie ogląda gore;) a wyszła mu naprawdę ciekawa publikacja. Mogę tylko mieć nadzieję, że Yohei wkrótce nas i Kurosawą uraczy.

A zamawiamy tutaj

Piotr Sawicki
Odrażające, brudne, złe
100 Filmów Gore
Wyd. Yohei
Wrocław, 2011

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Lampa i Iskra Boża-Dwadzieścia za stówę

Paweł Dunin Wąsowicz jest człowiekiem o którym tak naprawdę mam mgliste pojęcie. Z jednej strony zasłynął jako promotor kultury z drugiej pod wątpliwość jest poddawana jej rzeczywista wartość. Na pewno zna środowisko literackie, obraca się w „kręgu twarzy”, jego Lampa jest na pewno symbolem pewnej niezależności, a i on sam jest daleki od ucieczki w konformizm. Robi to co kocha. Podobno żyje skromnie, (niektórzy gadają, że ciągnie tylko dzięki Masłowskiej) i na pewno jest to człowiek oddany sprawie.
Zresztą trochę pani Dorota na dłuższą metę zaszkodziła Duninowi. Wojna polsko ruska nie jest aż tak tragiczna za jaką się ją uważa. Pisarka tworzyła swój język, wymyśliła estetykę dresu i chociaż mówi niewyraźnie, rozumiem dlaczego Wojna i Paw przyjęły się. Sukces medialny Masłowskiej jako autorki i Dunina odkrywcy sprawił, że jego wydawnictwo zbyt intensywnie jest z nią utożsamiane. Podobno Masłowska zerwała z pisaniem, próbuje swoich sił w teatrze. Zresztą nigdy za pisarkę się nie uważała, nie pamiętam, żeby palma zaczęła jej odpierdalać. Tylko ta nagroda Nike dla Pawia Królowej..? Dzizas, ale wróćmy do Dunina.
Na stronie wydawnictwa Lampa Iskra Boża jest dostępna oferta 20 książek za jedyne 100, te pozycje to przekrój tego, czym może poszczycić się Lampa. PDW sam tych autorów odnalazł, sam na własną rękę ich wypromował, zatem nie było rady, musiałem zamówić ów pakiecik.

20 książek to dużo, zaliczyłem dopiero 5, tomiki poezji pozostawię na koniec (wspomnienia pani Dunin Wąsowicz także). Lista wygląda następująco:

sobota, 9 kwietnia 2011

Śmierć Bunnego Munro/Gdy oślica ujrzała anioła

[adno]Nick Cave jest autorem  dwóch książek. Ja zacząłem poznawać jego prozę od ostatniej pozycji. To ma znaczenie, to jest ważne!

***

Śmierć Bunnego Munro doczekała się całkiem przyzwoitych recenzji, kupiłem je in blanco w całości, a potem zadzwoniłem po książkę. Nim odkryłem, że Nick Cave nie wiele może mi zaoferować (jako literat oczywiście)  musiałem się odrobinę nagłówkować, co właściwie pisarz chce powiedzieć. Zeszło na to trochę czasu. Tak to jest, proszę o tym pamiętać. Jeżeli człowiek musi porozkładać książkę na czynniki mniejsze , by z przerażeniem stwierdzić, że się jest w punkcie wyjścia...to zostaje nam tylko nazwisko na pocieszenie.



Postać tytułowa Bunny Munro jest komiwojażerem, sprzedaje kosmetyki. Czytelnik śledzi jego podróż, którą odbywa wraz z synem. Tytuł sugeruje śmierć głównego bohatera a nawiązanie do sztuki Millera jest zbyt oczywiste, by mogło być brane na poważnie (kurde, czyżby to był jakiś sequel?!?). No nic. Nick Cave tworzy tutaj kilka wcale zgrabnych kombinacji. Najlepsza to relacje ojciec-syn albo wizyta u dziadka Munroe (krótka ale mocna). Dalej już musimy się rozdrabniać. Fajny bohater, upadek mitu (ograne, ale pasuje do większości pozycji), dalej język, styl, pióro, zgrabne pointy, a jednak całość i tak szwankuje. W ostatecznym rozrachunku książkę będzie zapewne bronić grupa fanów muzyka. Co tam jest nie tak?
A no Cave nie umie swoich umiejętności ładnie zapakować w jedną, spójną całość. W konsekwencji powstaje rzecz chaotyczna ze źle rozmieszczonymi akcentami. Gdyby ją drukować w odcinkach, to może i by uszło ale w całości? Tam są klasyczne błędy popełniane przez młodych/domorosłych pisarzy, którzy stawiają na efekt, a nie na konsekwencje fabularne. Cała sztuka zawiera się bowiem w konspekcie. Już tak jest, że jak się o tym zapomina to wychodzi nam takie coś jak w  Śmierci.

Tutaj przerwę, bo zapomnę. To wydanie na Ipoda. Co jest w tym niezwykłego, że wszyscy sobie tego e booka chwalą? Ma ktoś „egzemplarz”?

Nie sprawdziłem, czy Cave udźwiękowił vel planuje udźwiękowić Śmierć, tak jak Oślicę . To by mogło fajnie zagrać. Na razie póki co mamy książkę o kryzysie tożsamości, o poszukiwaniu, o odnajdywaniu siebie, bla, bla, bla. Napiszę jeszcze, że zirytowało mnie porzucenie pewnych wątków oraz infantylne rozwinięcie niektórych. Boli zwłaszcza story z udziałem matki chłopca, co więcej, mam wrażenie, że Cave posiłkując się konwencją „powieść – drogi” pragnął wyraźnie zwiększyć pozycję objętościowo. Jak czytam w necie teksty, że Cave "doszedł" wreszcie do swojego stylu, co widać w Śmierci Bunnego Munro to mi się płakać chce. Niestety, to jeszcze nie to panie Cave, chyba stać pana na więcej.


***

Gdy czytałem, że Śmierć lepsza, zaś Oślica ujrzała anioła gorsza to jlogiczne, że miałem solidne opory przed zakupem powieści "debiutującej". W końcu kasa nie rośnie na drzewie. Ku mojemu zdumieniu dostałem do ręki całkiem fajną knigę, fakt pisaną mocno„modernistycznie” ale czytało się ją dobrze.



Po pierwsze tło akcji. Cave bardzo plastycznie opisuje charakterystykę południa, skalanego u podstaw przez śmiesznie interpretowaną religijność. To polega na takim śmiesznym, faryzejskim afiszowaniu się. Jezus to, Jezus tamto, Oh, Jezus. Mamy tutaj oczywiście krytykę takiego stylu życia. Cave'a to wyraźnie nurtowało, bo pisarz wkłada w to całe swoje serce.
Po drugie, pisarz skoncentrował się wręcz na każdym mieszkańcu, na otoczeniu, detalu, na stylu życia miasteczka. Czasami to opisy tworzą fabułę, albo inaczej, wypierają linię fabularną. Mamy znak pod postacią dziewczynki, której narodzenie jest cudem. Gorzej jednak, że ma ona powić (zostać matką) syna bożego. Pisarz wymyślił niesamowitą społeczność, trudno określić czas i miejsce akcji, ale nie ma to większego znaczenia. To jest taki sam rodzaj sci fi jak w przypadku Valhalli Rising, serio.

Pamiętajmy jednak, że to tylko ułamek tego co ta książka oferuje. W Oślicy wszystko śmierdzi, wszystko jest podłe, wszystko się modli. Syf, brud, a główny bohater to najfajniejsza wersja proroka, a może samego syna bożego jaką czytałem. Polecam miłośnikom postaci nietypowych, warto poznać. tego gościa. Taki anarcho Chrystus. Znam tylko jedną pozycję Cormaca McCarthego, mianowicie Krwawy Południk. Estetycznie Oślica kurewsko go przypomina. Stylem rzecz jasna. Trudno jest pisać o fabule, Cave porządnie eksperymentuje z narracją. Przykład:  Bohater mówi o rzeczy która się dokonała, a w następnym akapicie pisze, że jednak nie. Jest też ten strumień świadomości. Kuczok w przedmowie do swoich wczesnych opowiadań napisał, ze powstały one aby wypróbować możliwości literatury. Takie określenie pasuje jak najbardziej do Oślicy. Jest to zresztą jedna z moich ulubionych przypowieści z pisma i Cave zrobił z tej metafory świetny użytek. Szkoda, że podobnie jak w Śmierci również nie ogarnął całości (niestety, podobne błędy w konspekcie).

Zatem, podsumuję. Oślica nie wiele mówi nam o Cave' ie pisarzu, ale czuć tam zaangażowanie, odwagę, bezkompromisowość. Śmierć to produkt dla szerszej publiczności, próba pojednania z mainstreamem, zdobycie nowych czytelników, a zarazem próba pozostania w konwencji literatury ambitnej. Odrobina Bukowskiego, Millera, nawet Cumminighama, ale w stopniu nie przekraczającym przystępnej, komercyjnej granicy.To tak jakby porównywać Birthday Party do Grindermena2. Polecam obie pozycje, ale żeby zaraz się zachwycać, co to to nie.

[adno] Wczoraj w łóżku przyszła mi do głowy taka myśl. Jakby to wydano  ze dwadzieścia lat wcześniej to byśmy pewnie składali modły do ich autora  Owszem, cenię piosenkarza za jego wszechstronność, chciałbym żeby inni piosenkarze chociaż tylko tak pisali. Bądźmy jednak krytyczni, Cave nie potrzebuje naszego zachwytu, bo czy on naprawdę chciałby zająć się pisaniem na poważnie? Ja traktuję to jako eksperyment,  chęć spróbowania czegoś nowego a każdemu kto spodziewa się nie wiadomo czego z całego serca radzę zrobić to samo.

wtorek, 1 marca 2011

STASIUK

AS jest pisarzem, który od lat ugruntował swoją pozycję. Ma on swoje grono czytelników, jest autorem kilku niezłych fabuł, lubi podróżować i w sposób zręczny opisuje to co widzi. Dodatkowo ma taką fajną cechę, że trzyma się na uboczu, co jest na tyle atrakcyjne, że ma od razu dizajn, imidż oraz mesydż. Jego ucieczka z Warszawy do Wołowca to na tyle intrygujące przedsięwzięcie, że nieustannie jest o to pytany. W naszym mieście (Krynica Zdrój) w czwartek 24 go pisarz miał swój wieczór autorski, który miałem tą przyjemność poprowadzić. Było okej. Stasiuk, który był reklamowany jako trudny rozmówca, okazał się gadułą. Wieczór się niebezpiecznie przedłużał, trzeba było nagle ucinać imprezę. Nie mniej dowiedziałem się wystarczająco dużo ciekawych rzeczy. Myślę teraz, że proza Stasiuka jest na tyle osobista, że stanowi trudność w interpretacji. W końcu ni to fabuła, ni to wspomnienia,...dzienniki z podróży, ale jakieś takie niekompletne.
No nic, pytań było dużo, całość została zarejestrowana, póki co napiszę o tym co pamiętam.


Mury Hebronu, napisane kilka lat przed wydaniem. Ukazały się dopiero w 1992. Pytany o wspomnienia z „okresu więziennego” Stasiuk zaznaczył, że Mury to książka o gadulstwie. Jeden więzień nawija do drugiego całą noc. Opisuje mu swoje życie, ten ma większe poważanie w pierdlu, kto ma lepszą gadanę, taka osoba może liczyć na poparcie. Niby nic ciekawego, były problemy z wydaniemtego. Wiadomo, język i zwyczaje więźniów (radzących sobie w sprawach seksualnych), ale pisarzowi chodziło głównie o ten słowotok, o tą niekończącą się historię.

Wołowiec, wieś w powiecie gorlickim. Stasiuk zapytany o to, mówił, że to była decyzja trochę pod prąd. Warunki mieli ciężkie, ale nie ma to w zasadzie jakiegoś większego znaczenia. Ot , historia w życiu jakich wiele. "Przeprowadziłem się, bo środowisko warszawskie przestało mi się podobać".

Dziewięć, ciekawa rzecz. Ja to nazywam anty powieścią sensacyjną. Fabuła jest ukazana z punktu widzenia ściganego oraz wierzyciela. Obydwaj są ludźmi, mają swoje marzenia, czasami nawet wierzyciel wypada lepiej niż zadłużony prywaciarz. Dla pisarza ta książka to pożegnanie ze stolicą.

Opowieści galicyjskie. Jedna z moich ulubionych zresztą. Andrzej Stasiuk przybywa na wieś, jest traktowany jako indywiduum, wariata, który ma focha, aby tam stać się „tutejszym”. Obserwuje ludzi, całe to środowisko, przenika i wyłapuje te charaktery i tworzy galerię postaci. Każda z nich ma swoje ważne miejsce w opowiadaniu. „Ta książka powstała z zachwytu”, mówił.

Pisanie, fajna była rozmowa, jedno z pierwszych pytań od publiczności dotyczyło samego pisania jako takiego. "Harówa, czasami idzie jak po maśle, czasami tłuczesz i tłuczesz i wszystko do kosza leci. Najlepszym bodźcem do pisania, jak powiedział jest płaczące dziecko do wykarmienia." Polecił nawet listy Dostojewskiego, większość o forsie, o trudnościach, no cóż samo życie. Niby banał, Stasiuk nie powiedział niczego nowego, inaczej to jednak brzmi w kontakcie bezpośrednim. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem na spotkaniu autorskim, najfajniej jest jednak wtedy kiedy powstaje ta chemia. Widz i autor, wtedy nawet najbardziej oczywista oczywistość nabiera znaczenia.

Podróże, uważałem, że te jego wyjazdy są pretekstem do napisania czegoś nowego. Jest w tym trochę prawdy, Stasiuk tłumaczy, że to tylko tak wygląda, jakoby on cały czas był w trasie. No ale nic. Czytając Dziennik pisany później, ostatnią książkę pisarza zauważyłem, ze te Bałkany to pretekst do pewnego portretu Polaków. A guzik, pisarz lubi opisywać pewną materię, czasami dostaje się i naszemu narodowi, ale to jest element stały. Nie tylko o nas chodzi, to jest problem z adaptacją do nowych czasów oraz próba znalezienia tożsamości, zwłaszcza dla krajów wschodu.
Szkoda, że nie jestem w stanie odtworzyć tego wątku w całości, wiele słów padło.

Film czyli Gnoje i Wino truskawkowe. Nie podobały mu się (na widowni użył nieco gorszego określenia), nie dlatego, że tam jakoś wypaczają książki, tylko dlatego, że po prostu nie przekonują. Stasiuk pisał scenariusze do obydwu, ale powiedział, że żałuje. To zupełnie co innego, inna literatura, niełatwo oddać za pomocą kilku ujęć tego akurat ważnego akapitu. Stasiuk wyraził się chyba cieplej o Gnojach, to koszmarny film mówił, ale Jurek (Zalewski) to zdolny dokumentalista. Tylko się chlało na planie, nic nie szło, to co posklejano to fragmenty jakiejś całości. Jerzy twierdzi prywatnie, że ten film jest nieukończony. (...)
„Wino to inna sprawa, tam była profeska, co z tego jednak, kiedy było to tak nudne i wyczerpujące zarazem,” że odebrało Stasiukowi całą radość z takich eksperymentów. Napisze scenariusz, zaznaczył tylko za konkretną kasę.

I to tyle, jak sobie przejrzę to nagranie w całości, pewnie okaże się, że pominąłem coś istotnego. O nowej książce, dotyczącej Mongolii nie powiedział za wiele, szkoda, to chyba również nie będzie fabuła, ale pewnie ją przeczytam.

Podsumowanie, wieczór był udany, Stasiuk do zajebisty kolo do kieliszka, ma charakter. W książkach bywa na przemian czuły i delikatny, czasami coś pierdyknie, ale to dobrze. Ludzie go postrzegają jako takiego introwertyka zamkniętego w sobie, a szkoda. Ja też uważałem go za takiego i serio, bałem się tego spojrzenia, że nie uchwycę czegoś, a tu niespodzianka. Jedna kobieta na sali znała tylko jeden jego felieton, uparcia trzymała się tego tematu, bo tylko to wiedziała o twórczości Stasiuka, a rozmowa kleiła się i tak.

P.S. Na moje pytanie (jeszcze przed rozpoczęciem wieczoru), czy zechce przeczytać fragment swojej ostatniej książki powiedział, że nie. Nie ma nic gorszego, mówił później niż słuchanie jakiś urywków wyrwanych z kontekstu. Dobra rada dla mnie.

P.S.2. Wszystkie cytaty są niedokładne.

czwartek, 20 stycznia 2011

Opowiadania zebrane-Jan Himilsbach



Bardzo się cieszę, że proza Jana Himilsbacha została potraktowana tak jak na to zasługuje. Wydane parę lat Opowiadania zebrane w koszmarnej okładce stanowią chyba większość dzieł tego gawędziarza. Kiedy skusiłem się na zakup tej knigi, przyznam szczerze, oczekiwałem czegoś ala Hłasko. Pijaństwo, bluzgi, kobiety upadłe no i...pijaństwo. Tym czasem, ku mojemu zdziwieniu te krótkie historyjki to kawał pięknej i wzruszającej literatury. Jeżeli miałbym już porównywać to chyba bliżej im do Leopolda Tyrmanda, a podobno Hłaskoner  był dla niego wzorem. Janusz Głowacki wspominał Himilsbacha gdy czarował swoimi teksami panny, aby je do łóżeczka zaciągnąć. Miał sukinsyn olbrzymie branie. We wcześniejszych pozycjach przewijają się wątki autobiograficzne. Chociażby kwestia jego chrztu, dzieciństwa. Oczywiście jak ktoś widział film Przyjęcie na 10 osób plus 3 to informuję uprzejmie, że to opowiadanie także tutaj jest.
Lubił opisywać biedę, w tych opowiadankach ludzie nie posługują się wyszukanym językiem. Sam styl pisania jest prosty i oszczędny. Dwaj kamieniarze odnawiają pomnik bohatera powstania. Ekscentryczny dandys spotyka biedną samotną matkę (moje ulubione zresztą),  wiezień wychodzi z odsiadki i rozpoczyna normalne, uczciwe życie. Jest w czym wybierać, szkoda, że  zbiór nie zawiera wierszy Himilsbacha, żałuję bo nie miałem dotąd okazji się z nimi zapoznać.



No i na koniec, bo dzisiaj krótko, jak to w życiu bywa ostatnie pozycje Jana H. są już niestety słabsze. Pisarz nabrał doświadczenia, ale tematy są jakby trochę pisane pod publikę. Nagle pojawia się inna rzeczywistość, inne środowisko, to nie jest ten Himilsbach. Może inaczej, autor nie czuje się dobrze portretują czasy współczesne. Opisując środowisko, które tak naprawdę było mu obce. Himilsbach nie jest wiarygodny.To po prostu dorabiający sobie (wiadomo do czego) pisarz.

No i kurde znowu tak mam. Ile razy zaczynam myśleć o Himilsbachu, to mi się jakoś dziwnie nastrojowo robi. Może to nie był wzór do naśladowania, ale była to osobowość. Maklakiewicza cenię za aktorstwo a Janka właściwie za wszystko. Podobno kiedyś, gdy ocknął się po zapaści na łóżku szpitalnym pierwszą rzeczą po którą sięgnął była szklanka, żeby kaca zaleczyć.Wychylił duszkiem zawartość. A w szklanicy był spirytus do odkażania rąk. Ledwo go wtedy uratowali.


środa, 12 stycznia 2011

Ostatnie dni sodomy, oczywiście Andrzej Rodan

Twórczość Andrzeja Rodana jest jednocześnie niedoceniana jak i  przeceniana. Jest w jego zbiorach znakomita powieść Okolice Porno Shopu jak i kilka zupełnie złych. Przesadą jest ta jego wielka kontrowersyjność. Epatowanie taką literacką pornografią, wręcz nadużywanie erotyki nie musi każdemu się zaraz podobać, ale trzeba przyznać, że pióro pisarza jest wprawne. W ogóle to jest tak, tematy są odrobinę wymuszane, ale ujęte sprawnie. Problemy emigrantów albo chociażby ten nazizm... Ta wulgarność jest atutem, cynizm rodem z Bratnego, złe kobiety i ich łóżkowe możliwości, odrobinę socjologii, kilka niepoprawnych politycznie twierdzeń…Czy jest to brukowa literatura? Na pewno nie, ale Rodan aspiruje do miana skandalisty. Takie rzeczy jak historia papieży czy coś to według mnie szajs. Podobno jednak jest na to popyt.



Ostatnie Dni Sodomy koncentruje się w momencie dojścia do władzy Hitlera, mamy początki nazizmu ale Rodan w swoim stylu skupia się na aspektach ideologii od kuchni. Z jednej strony posługuje się oklepaną retoryką, którą każdy może znaleźć w podręczniku do historii, z drugiej tworzy prawdziwą galerię postaci., które mają wziąć w tym udział. I tak, mamy na przykład ciekawą Olgę, mamy apolitycznego filmowca, który oczywiście przestaje być apolityczny, mamy seks w różnych odmianach i jak to u Rodana, oczu od lektury oderwać nie sposób.

A zatem, pomysł na fabułę był interesujący, ale miałem wrażenia, że Rodan pracy domowej nie odrobił. Że sobie zaczął upraszczać. Wiecie jak to jest, rozmowy Adolfa z politykami, coś na kształt Politycal  Fiction, uczłowieczanie postaci, które wtedy grały pierwsze skrzypce, dorabianie im osobowości. No nie zawsze to grało. Podobnie jak osoba Hitlera w Bękartach Wojny miała widza raczej śmieszyć o tyle tutaj Rodan stara sie go zrozumieć, a to już kulawo wygląda. Dalej, każdy epizod kończy się, niczym w serialu jakimś ekscesem (czyt. zawieszeniem akcji) ale ich poziom jest nierówny. No bo na przykład geneza paktu Ribentropp Molotov to już takie snucie, że Ribentropp nie wiedział, że źle się wyraził, itd.a po cholerę  to. W przeciwieństwie do Okolic Porno Shopu, tutaj już nie ma subtelności, to nie jest historia o miłości, to cała seria pulp fiction, z którego można by wykroić kilka wcale niezłych opowiadań, ale jak to u Rodana, dominuje przesadyzm.

Dla mnie jest to dziwne, styl pan Rodan ma ciekawy. Potrafi wymyślić  na poczekaniu historię z pointą, nie jest mu obca ta nuta pożądanej podświadomie kontrowersji, a jednak zawsze gdzieś to się musi sypać. W konsekwencji te książki krążą po allegro i są kupowane przez erotomanów którzy udają intelektualistów (jak piszący te słowa) albo trafiają na półkę, kurzą się i nikomu się odkurzać ich nie chce.

Ja nie potrafię być obiektywny, lubię czytać powieści Rodana. Lubię te jego bluźnierstwa i ciekawie opisany seks ujęty w jakąś tam warstwę fabularną. Gdybym miał się jednak osobiście wyspowiadać panu Andrzejowi, dlaczego czytałem Życie seksualne Papagejów to nie jestem pewny, czy o takiego czytelnika  właśnie mu chodziło.

P.S. Dopisuję to teraz, bo sobie sięgnąłem po Ostatnie dni. Co ciekawsze, agresywniejsze wypowiedzi, albo może akurat te, z których Andrzej Rodan był szczególnie dumny są napisane tłustym drukiem.. Ale fajnie.

sobota, 8 stycznia 2011

Dwanaście, Trzynaście, Jedenaście Marcin Świetlicki

Zwlekałem z tym, żeby cokolwiek mądrego machnąć na temat tej post kryminalnej trylogii. Przyczyna jest prosta, to już są rzeczy nie nowe, po drugie nie chciało mi się i po trzecie...no mniejsza. Jedynym powodem jest jednak dosyć ogólnikowe potraktowanie Świetlickiego jako prozaika. Może i on i te jego Świetliki się niektórym trochę przejadły, może i studenci podrośli, i nagle mniej poważne im się te teksty teraz wydają, ale... to wciąż całkiem niezła literatura.
Niesprawiedliwe, a wręcz głupie jest dla mnie przede wszystkie potraktowanie owego Mistrza, bohatera trylogii jako swoistego alter ego poety/pisarza. Uważam za nonsensowne dopatrywanie się w tym jakiegoś odbicia szarej polskiej oczywistości, bo ona owszem jest, ale użyta z premedytacją jako środek, jako pretekst, jako chwyt. Nie jest to główna oś fabuły i nie wiedzieć czemu jakiś kretyn (chyba z Playboya) doszedł do takich wniosków.



Po pierwsze Świetlicki dokonuje pewnego rodzaju dekonstrukcji bohatera kryminału. POSTAĆ detektywa nabiera innego znaczenia, pseudonim Mistrz także, no i charakter w jaki sposób prowadzona jest fabuła. W każdej z powieści dominuje chaotyczność, pewna nerwowość, która miała/mogła imitować stan ducha zapijaczonego bohatera, a także ten banalizm. Pisarz krótko i lakonicznie opisuje styl bycia bohatera, wysuwając go nieustannie na  pierwszy plan. Igra z oczekiwaniami czytelnika, wprowadza np. sytuację, której poświęca sporo miejsca, by porzucić ją definitywnie.  Ta aspirująca do miana pseudopostmodernizmu trylogia ma sporą szansę być za parę lat odkopana, wznowiona i o wiele bardziej doceniona niż jest teraz.

Pierwsza część Dwanaście jest tzw. Zarzucaniem przynęty. Świetlicki nie cacka się, pisze ostro, konkretnie, sprawia wrażenie, że wie czego chce. Jednak, paradoksalnie jest to chyba najbardziej grzeczna czyt. poprawna książka. Forma kryminału jest tutaj zachowana najwierniej, mamy intrygę, Karola Kota, artystkę performance, morderstwa i kapelę Biały Kieł. Gdzieś te wątki się czasami gubią, ale autor zawsze potrafi wybronić się właśnie formą.
Druga część Trzynaście to już jakby eksperyment. Świetlicki stara się uwiarygodnić swojego bohatera, no bo w końcu skąd on bierze pieniądze, z czego żyje. No i dowiadujemy się więcej o przeszłości Mistrza. Jest to jednak książka bardziej przypominająca dramat obyczajowy, taka wersja o miłości wg Świetlickiego.
Finał Jedenaście, ma jak sugeruje okładka, dwie pozycje w cenie jednej .Powieść metafizyczną oraz kryminalną. To prawda, Świetlicki niczym w teatrze wyprowadził mistrza na jakieś zadupie, śledztwo jest prowadzone o pijaku, wizje oraz konwersacje z barmanką przypominają jakiś sen. O to chodziło autorowi, dalej mamy już konkretną historię. Chodzi o morderstwo kumpla naszego detektywa, Mistrz musi do tego dojść sam. Jedenaście jest chyba najlepszą książką z tej trylogii, najfajniej napisaną a i charakterystyka postaci świadczy, że oto Świetlicki stał się pisarzem. Już wie czego chce i czego od niego oczekiwać.

Konkluzja, trylogia wymyka się wszelkim klasyfikacjom, podobnie jak kryminały Piątka. Każda część ma trochę inną formę, każda dostarcza czegoś innego. Widać, że Świetlicki doskonale się bawił podczas pisania, ten prymitywizm językowy, przerysowana nowomowa. Naigrawanie się ze schematu sztywnej kryminalnej formy oraz sam pomysł na bohatera, no i końska dawka ironii...Szkoda, że tak szybko to poszło w niepamięć, szkoda, że Świetlicki się zabrał za tą Orchideę. A może by tak jakąś nową płytę Świetlików panie Marcinie?  

wtorek, 28 grudnia 2010

Śledztwo prowadzi radca Heumann, Ladislav Fuks

Naszkicuję Wam pokrótce jak się zabrałem za Śledztwo. Najpierw Marcin obejrzał Palacza Zwłok, potem Arek mu napisał koment w temacie filmu na blogu Kinomisja, potem ja to przeczytałem i tak się zaczęło. Ladislav Fuks jest tak bardzo zapomnianym pisarzem, że nieznajomość jego twórczości nikogo nie powinna dziwić. Gdy Fuks żył, zapewne sytuacja wiele by się nie zmieniła, ale tak to już bywa. Na szczęście mamy Spalacza Martvola, to Śledztwo pod postacią ekranizacji bodajże Chmielewskiego oraz Kartkę z podróży (to już Waldemar Dziki robił). Ja sobie wybrałem na start właśnie Śledztwo, film o tym Martvolu już widziałem, znakomita rzecz, na razie jednak wolę się wstrzymać z konfrontacją z pierwowzorem.



Jest to kryminał, który łączy w sobie zarówno cechy Doliny Issy Miłosza jak i Pornografię Gombrowicza, przy czym jako taki, odbiega znacząco od typowości dla tej formy. Przede wszystkim mamy jakby dwa plany, pierwszy to relacja syna z ojcem, drugi to śledztwo, ale Fuks prowadzi je z perspektywy prestiżu radcy Heumanna. Wątek ojciec i syn jest oczywiście najważniejszy, o wiele ważniejszy niż ta cała sprawa z morderstwami dzieci, zaś jaki to ma związek ze sprawą to już tylko taki Fuks mógł to wymyślić. Pod wieloma względami ma to wiele wspólnego z Palaczem Zwłok oraz presją jaką wywiera świat zewnętrzny na jednostkę. Tutaj chylę ukłony dla tego Czecha, kryminał staje się dramatem familijnym albo społeczno obyczajowym. Chyba po raz pierwszy byłem świadkiem czegoś takiego. Dodatkowo jak się okazuje, ma to zasadniczy wpływ na sprawę morderstw. Dziękuję najwyższemu, że najpierw dane mi było poznać oryginał, pierwowzór. Ciekaw jestem jak Chmielewski sobie z tym poradził.

Jakbyśmy spróbowali zadać sobie takie klasyczne pytanie, o czym jest ta książka, chyba musiałbym odpowiedzieć, ze jest to próba odpowiedzi na pytanie, co jest w życiu najważniejsze. Miałbym jednak wiele trudności, komu polecić tę pozycję. Akcja rozwija się powoli, język nie jest jakoś specjalnie wyszukany, o brakach puent, nagłych zwrotów akcji, może poza finałem, no i podkreślanie urody Vikiego Heumanna, nie od razu w końcu wiadomo, co właściwie autor miał na myśli. Fuks na to stawia główny nacisk, aby czytelnik w pełni zrozumiał marzenia chłopca, tyle, że co t do licha wspólnego z kryminałem jako takim? Ano właśnie, morderstwa dzieci są pretekstem. Nie zdziwię się zatem, jeżeli książka będzie uchodziła za zwyczajnie nudną.

niedziela, 26 grudnia 2010

Orchidea (2010), Marcin Świetlicki, Irek Grin oraz Gaja Grzegorzewska




O takich książkach pisze się, że są robione dla frajdy, bo autorzy się dobrze bawili. Bo czytelnik da i tak kredyt zaufania, a krytyka łaskawie nie będzie pastwić się nad jakością tekstu. T prawda, teoretycznie dawno nie czytałem czegoś tak chaotycznego, nieskładnie napisanego z absolutnym brakiem pomysłu, dyscypliny oraz konsekwencji.

Na okładce stoi, że ta trójka miała napisać powieść kryminalną w odcinkach dla „portalu literackiego” Onet, który zerwał potem współpracę, a że szkoda było wyrzucać tych zapisków do kosza, to na własną rękę trójca książkę dokończyła. Dodam jeszcze,  że pisanie tego zajęło im w sumie dwa lata, co jest niby długim okresem czasu, ale nie oszukujmy się. Jak się robi coś dla jaj, to i tak się z tym szybko uwinęli.

Fabuła zapowiadała się intrygująco, dodać muszę, że prozy Gaji oraz pana Irka nie znam, ale ich postacie plus Mistrz Świetlickiego są głównymi bohaterami Orchidei. Były zakonnik Józef Maria Dyduch oraz detektywka (uwielbiam ten zwrot) Julia  Dobrowolska którym towarzyszy nie wiele wnoszący do śledztwa ów Mistrz-gwiazdor starają się rozwikłać śledztwo śmierci byłej żony Mistrza (nie mam synonimu-bohatera 12, 13, 11?!?), pani. Orchidei. Istotnie, całość wygląda jak powieść odcinkowa, jednak osobiście liczyłem na twórczość indywidualną, powiedzmy jeden odcinek wali Marcin następny Irek potem Gaja i tak dalej, tym czasem oni to chyba razem pisali, (może dzielili się akapitami) albo mieli sekretarza, którego próbowali zakrzyczeć, bo to cholera miejscami czytać się nie da.



Dodajmy, że tak naprawdę nie o fabułę tu chodzi, chodzi o zwykłą reklamę Krakowa, podaną nie powiem, przekonująco, oraz na zwykłym droczeniu się z czytelnikiem.. Kiedy onecisko zrywa z nimi umowę, nie omieszkają czytelnikowi tego wytłumaczyć, a na znak niezależności w powieści pojawiają się siarczyste przekleństwa i dla takich momentów warto po Orchideę siegnąć. Podejrzewam,  że aby zamotać dostatecznie fabułę celowo wprowadzali dwa rodzaje wątków, te nieistotne oraz te co wyglądają na ważne, ale nimi nie są. Komisarz Ostrowski na przykład żyje w świecie wirtualnym, czytelnik może śledzić jego awatara, mamy ciekawego Niemca, który posługuje się tylko i wyłącznie cytatami polskich szlagierów. No i mamy tajemnicę, tak banalną, że oczywiście ręce opadają, ale czyta się to naprawdę fajnie.Cel został zatem osiągnięty, czytelnik połyka kolejne odcinki, ja w każdym razie tak miałem.

Szkoda tylko, że im bliżej końca tym forma spada, chyba autorom zwyczajnie się znudziło albo przestało ich to bawić, bo jak ja bym coś takiego napisał, to nawet w Zlewozmywaku bym tego nie opublikował, chyba, że pod pseudonimem. Trochę mi szkoda, proza Świetlickiego, jego trylogia antykryminalna zrobiła na mnie spore wrażenie. W wywiadach ów znakomity Świetlik sam przyznaje, że jego bohater będzie  trochę inny niż ten z powieści, uprzedzał, a ja  nie wierzyłem, teraz żałuję.

Co do tych powieści w odcinkach… czytałem Opętanych Gombrowicza, pisaną właśnie na zamówienie, drukowaną  w taki sposób. To  typowy przykład sensacji, horroru i takich tam, i pod koniec mamy dokładnie to samo. Uproszczenie na rzecz finału, tutaj jest gorzej, jest zupełne pominięcie końcówki na rzecz zgrywy, ale mało śmiesznej. Smutne to zatem, ale tej książki nie polecam, fanów Świetlickiego ewentualnie reszty autorów pewnie zachęcać nie trzeba, ale to tak na siłę piszę. Będzie w bibliotece, pożyczyć, czyta się szybko, nie kupować, nie ma sensu tracić kasy.

P.S. A tutaj macie wywiadzik, który jak to bywa wiele nie mówi, a rozmówcy są fajni i bardzo dowcipni.

wtorek, 21 grudnia 2010

Pan Samochodzik i Pan Kulturek



Cyklu PRL ciąg dalszy, tyle, ze teraz zamierzam wylać gar pomyj na głowę twórcy naszego krajowego Jamesa Bonda, Indianę Jones i całego tego towarzystwa. Dzisiaj będzie legendarny Pan Samochodzik, który ma to swoje pływające autko z silnikiem Ferrari ("...12 cylindrów!!!"). O Nienackim niechaj przemówi wiki.



Ten pan, który pisał dla dzieci i dla pełnoletnich, który podobno miał opinię antystalinowca stworzył cykl młodzieżowy, w którym co chwilę padają zwroty o dobrych radzieckich naukowcach i złym niemieckim najeźdźcy. Sam Tomasz N. (bo nazwisko jego chyba nigdy nie padło) chwalił się legitymacją ORMO uwielbiał pracę z harcerzami (dominowali chłopcy), lubił czarną kawę, papieroski, znał języki, nawet portugalski no i oczywiście miał detektywistyczną żyłkę, którą łapał na wędkę swoje ofiary. Najlepsza powieść z tej serii to chyba pierwsza oficjalna Wyspa Złoczyńców. Mamy tam próbę połączenia powieści kryminalnej, z okrutną zbrodnią w tle z literaturą przygodową. Pan Tomasz wydaje się raczej biernym obserwatorem zajść na wyspie, jego udział jest powiedziałbym marginalny, w porównaniu do tego co było już później. Templariusze, UFO, Winnetou, Niewidzialni, skarb Atanaryka (kto to zacz?).Nawet Kapitan Nemo ze swoją wędką, no ja cie kręcę. O ile Wyspa Złoczyńców miała jeszcze formę, o tyle większość tych książek to zwykłe śmieci, dzisiaj nikt poważny by tego nie wydał, możliwe, że w odcinkach na portalu WP, albo jako nowelki. Pompowanie wartości socrreal oraz sprytny patent na głównego bohatera znalazły uznanie w oczach czytelników, zwłaszcza  młodocianego targetu. Nawet moja mama nie żałowała pieniędzy na przygody pana Tomasza, mam kolekcję, całkiem sporą, jednak czytając to teraz człowiek nawet nie czuje, kiedy ręce opadają, a szczena leci na podłogę. To zwykły komercyjny(!) gniot, wydawany wg tej samej metody co powieści Harlana Cobena, tyle, że w formacie socrealistycznym.



Pan Nienacki podobno zasłynął jako twórca kontrowersyjny co podkreślam, zamierzam sprawdzić. Jego powieści Raz w roku w Skiroławkach oraz Dagome iudex  pokazują zupełnie inne oblicze pisarza. Jeżeli ktoś zna te pozycje, rad będę wysłuchać opinii, myślę jednak, że zawiedziony nie będę. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby Nienacki pozostał przy swoich erotykach, pewnie ceniłbym go bardziej. Muszę również powiedzieć, że ekranizacje Pana Samochodzika podobały mi się, może poza tymi Praskimi Tajemnicami, co nie znaczy, że jest to złe kino. Spełniają te filmy swoją rolę, chyba lepiej wypadają na ekranie niż te Akademie Pana Kleksa. Zerowanie na potrzebach młodego człowieka, ta pseudowiedza historyczna, szybkie, choć paskudne autko spełniły swoje zadanie. Dzisiaj, powtórzę nie ma zapotrzebowania na tego typu herosów, po oczyszczeniu tych zupełnie zbędnych poprawności politycznych cykl Nienackiego byłby ciekawym, archaicznym cyklem o Tarzanie z dyplomem i prawem jazdy, a tak widzimy próbę przypodobania się władzom, szukania tematu wybitnie na siłę. Pytanie do ZN, dzisiaj niestety już nieboszczyka, czy to wszystko było tego warte?



poniedziałek, 22 listopada 2010

Rok w trumnie (1983), Roman Bratny

Nie potrafię przeliczyć ile słyszałem negatywnych opinii na temat Roku. Ta swego czasu mająca doskonałą sprzedaż pozycja była obiektem podobnie jak jej autor wielu, wielu szkalowań i kpin. Trudno jest dzisiaj obiektywnie stwierdzić, na ile są one prawdziwe. Winien wszystkiemu jest Bratny.




Pisarz, poeta, okazjonalnie scenarzysta filmowy, lubiący być na półkach., Pisał dużo, jego proza była aktualna. Jego wiersze się czytało, on sam doskonale odnajdował się w ówczesnej sytuacji politycznej. Doskonale umiał obserwować rzeczywistość, jego proza miała tę nutę cynizmu, nie gloryfikował systemu, ale nie był też łaskawy dla opozycji. Wybrał drogę „od kuchni”. Czytając Rok w trumnie człowiek ma wrażenie, że oto widzi prawdziwy obraz rzeczywistości, bo Bratny umiał to robić. Uchodził, albo starał się uchodzić za sumienie narodu. A jak to wyglądało naprawdę? Filozofia pisarza był prosta. Robić tak aby sobie nie zaszkodzić. Pisać, nie ważne o czym, ważne, żeby temat chwycił. Rok w trumnie opisuje wydarzenia poprzedzające stan wojenny, strajki. Pisarz jednak baczniej się przygląda opozycji, z perspektywy byłego aktora skazanego za morderstwo. Główny bohater wychodzi na tzw przepustkę zdrowotną, ma lewe papiery o chorobie serca no i trafia właśnie na „ten moment”. Widzi śmierć gówniarza opozycjonisty, który zresztą jest jego siostrzeńcem. Sypia z kolejnymi kobietami, a w tle przewija się postać Zenka Siekierki, współwięźnia, który także dostąpił zaszczytu chwilowego opuszczenia „cichej przystani życiowej”.
Zenek wyrasta zresztą z czasem na drugą, najważniejszą postać, będącą jakby alter ego bohatera.
W ogóle sama powieść jest napisana chaotycznie, nerwowo, autor celowo wprowadził ten zabieg, aby jego bohater pozbawiony patosu, cynik i morderca stał się bardziej wiarygodnym świadkiem. O dziwo zabieg ten wyszedł Bratnemu wybornie, czytelnik widzi postać z krwi i kości, który posługuje się zarówno językiem salonowym jak i grypserą, (o wiele prawdziwiej to wygląda niż np. w takiej Symetrii Niewolskiego). Zatem mamy tutaj najlepsze patenty, które z powodzeniem posługiwał się Hłasko, Tyrmand, a nawet i Gombrowicz. Zresztą co by nie mówić, dzisiaj proceder, który uprawiał Bratny jest czymś absolutnie normalnym. Trzeba się wypowiadać na ważne kwestie, stwarzać pozory obytego, mieć znajomości, być na antenie,... Jerzy Urban napisał, że jak Braty puści bąka, zaraz powstaje o tym nowelka. Coś w tym jest,

Jeszcze o pisarzu. Jako poeta, który zaczynał publikować w czasach okupacji łatwo mu było zaprzyjaźnić się z władzą. Używam słowa „zaprzyjaźnic”, które w tym wypadku może wywoływać pejoratywne wrażenie, ale prawdą a Bogiem, wtedy było to normalne. Pisał już o tym Miłosz. Polska Ludowa hołubiła i wspierała wszelkie pozostałości po pokoleniu Kolumbów. Siła socjalizmu wyrosła na gruncie wspomnień ofiar wojny. Najlepszym przykładem był Tadeusz Borowski, który w 1947 publikuje Pożegnanie z Marią. Władza karmiła się nienawiścią tych ludzi, łatwo było nimi manipulować. Brany wybrał jednak trzecia drogę, był na tyle inteligentny, że nie usiłował walczyć z wiatrakami. Czy ta poniekąd tchórzliwa postawa zasługiwała aż na takie potępienie środowiska literackiego? Nie znam stanu majątkowego pisarza, ale w grę wchodziła zapewne czysta zawodowa zazdrość. Rok w trumnie w końcu okazał się nazwijmy to, bestselerem. O dziwo, treść Roku nie uderza w konkretne środowisko. Postacie są umowne, łączą cechy, które można przypasować do wielu postaci, ale nic więcej z tego nie wynika. Chodzi tu o co innego, o zwykłe obalenie mitu Solidarności, której „(...)każdy wiązał wielkie nadzieję. Babcia klozetowa np. wierzy, ze ludzie przestana srać na deskę”. Tylko to Bratny skrytykował, to i olbrzymią naiwność, uległość, zapatrzenie w wielkie, nowe jutro. Czy zatem ten chaotyczny, nieskładny styl, prosty język, zasługuje aż na taką krytykę? Mam, nie wiedzieć czemu ochotę jeszcze trochę w twórczości kolegi Romana pogrzebać. Kto wie,może jego literatura jest obecnie najbardziej wiarygodnym świadectwem tejże epoki.

P.S Jak ktoś ma ochotę zobaczyć, jak ktoś jest ciekawy, bądź też chce wyrobić sobie opinie osobiście, książkę można przeczytać tutaj .

czwartek, 18 listopada 2010

Próżnia doskonała, Wielkość urojona

oraz

 Prowokacja

w rolach głównych

Stanisław Lem


To w sumie niedoceniona pozycja, a raczej dwie, chociaż Prowokacja jest suplementem do Próżni. Stanisław Lem dedykuje wszystkim tym, którzy jego „wielostylowość” traktowali jak wadę. Zbiór recenzji nieistniejących książek jest rarytasem dla koneserów tego pana oraz gwoździem do trumny dla tych, którzy za nim zwyczajnie i po prostu nie przepadają.



Pierwsza recenzja jest oczywiście recenzją samej książki, próbą rozliczenia się z ideą Próżni .Lem zarzuca samemu sobie, że podpiera się eksperymentem, żartem aby ukryć brak pomysłów na rozwinięcie  (czyt. napisanie) opisanych dalej „książek”. Uważa, że niepotrzebnie wprowadza skrajne przypadki literackie (jakie o tym za chwilę),skoro takich dzieł napisać się nie da. Lem dla Lema jest naprawdę bezlitosny. Dość żartów. Każda kolejna recka to już brnięcie w filozofię, mnie najbardziej podoba się opowieść o Robinsonie Crusoe samozwańczym myślicielu, ale już np. trawestacje Joyce’a jakoś mniej. Fakt, że pisarz lubi innego pisarza nie musi być wstydem, ale Lem podał nam krypto receptę na napisanie czegoś podobnego do Finnegans Wake vol.2. I tak dalej i tak dalej, z przykrością czytamy, że w kolejnych reckach pomysły na fabułę zanikają , za to mamy hippikę językową, która jest jego znakiem rozpoznawczym. Najlepszym przykładem jest Nowa Kosmogonia, tutaj pisarz wprowadza szatańską koncepcje wszechświata. Znowu ubawiło mnie autentyczne zdziwienie, że autorem Nic czyli konsekwencji jest kobieta. Owa kniga miała by wyglądać mniej więcej tak: (improwizuję, bo nie pamiętam) Pociąg nie przyjechał ,a więc ona na nikogo nie czekała, nikt się nie spóźnił, zatem  nic ciekawego się jej nie przydarzyło. Możliwe, że Lem kpi sobie z modernizmu z postmodernizmem włącznie, ale jednak jest to dosyć grubymi nićmi szyte, by mogło przejść niezauważone. Inna pozycja uwagi warta to Grupenfuhrer XIV o zbiegłym naziście, który buduje swoje własne królestwo. Jak na Lema przystało to mogłaby być dobra powieść, co sam we wstępie sobie zarzucił, no ale fakt pozostaje faktem, ostała nam się ino recenzja.

Drugi tom (wydany także jako osobna powieść) Wielkość urojona, to już Lem pełną gębą. Tym, razem dostajemy wstępy wydawców, tzw. Notki do nieistniejących prac naukowych. Mnie najbardziej urzekła broszura do Ekstelopedi Vestranda w 44 Magnetomach. To takie rozwinięcie pomysłu z Kongresu Futurologicznego. Taka „encyklopedia” zawiera zbiór haseł, których nie ma, ale które będą, bądź też których nie będzie, ale mogłyby być, gdyby ktoś je wymyślił. Podobno rozwój przewidywalności komputerów potrafił określić treść książek, które będą wydawane nawet wtedy kiedy nasze słońce będzie białym karłem, a Ziemia pogrąży się  jego otchłani.

Mamy jeszcze wykład super komputera GOLEM XIV , który został zresztą naprawdę wydany jako osobna powieść. Lem dokonuje rozliczenia ze zjawiskiem zwanym, człowiekiem. Maszyna skonstruowana jako super strateg, stała się (a jakże) filozofem. Dobra rzecz, bardzo polecam.

W paru słowach o Prowokacji. Na jej skład wchodzą dwie gigantyczne recki, pierwsza dotyczy nazizmu, Lem dokonuje wiwisekcji filozofii Hitlera, obala mit. Zaangażowanie pisarza jest jednak zbyt widoczne , w końcu wojna dotknęła także i jego. (Ciekawe, że po Łaskawych Littela znowu trafiłem na Nazistów.) Druga recka dotyczy książki pt Jedna minuta. Podobno ktoś tam zabrał się za jej ekranizację, ale Lem nie byłby zadowolony. Jego Jedna minuta to po prostu zbiór tabel, zero fabuły, która zawiera nieskończone ilości danych statystycznych zawierających spis rzeczy dziejących się  podczas owej minuty. Lem patrzy krytycznym okiem na tę pozycje, ale nie ulega wątpliwości, że cała ta recka powstała, aby pisarz sobie mógł liczbami zabłysnąć. W moim odczuciu to słaba pozycja, dziwnie kontrastująca z tymi nazistami.

Podsumujmy, Lem jako mistrz stylistyki, żonglerki słownej, filozofii wymyślanej na poczekaniu, ale także wybitny ścisły umysł wpadł na pomysł, aby w ciekawy sposób przedstawić kilka swoich pomysłów. (Nie muszę chyba dodawać, skąd przyszłą inspiracja do recenzji Kongresu Futurologicznego ). Brak tu jednak dystansu, poza tym, każdy dobrze obeznany czytelnik z Lemem nie odkryje tu niczego tak naprawdę nowego, a i rzeczywiście szkoda, że te knigi naprawdę nie powstały.



poniedziałek, 8 listopada 2010

Łaskawe, Jonathan Littel


Dawno nie czułem takiego rozczarowania w trakcie czytania żadnej książki. Łaskawe było podobno swego rodzaju objawieniem, ten kawał literatury podzielił krytyków jak swego czasu Cząstki Elementarne Houellebecqa . Wiadomo nie od dziś, że aby zwrócić na siebie uwagę krytyków należy pisać odważnie, bezkompromisowo, głosić śmiałe tezy, a najlepiej to kogoś obrazić.Łaskawe spełnia wszystkie te kryteria, jest swego rodzaju podręcznikiem pt. Jak zaistnieć w tej branży.

O fabule, fikcyjna postać Obersturmfuhrera Maximiliana Aue prowadzi nas przez druga wojnę światową. Mamy zatem relację jakby z pierwszej ręki na jedne z najtragiczniejszych wydarzeń XX wieku. Już w ponad 30 stronicowym wstępie dowiadujemy się, że będziemy świadkiem rzeczy straszliwych przy których Krwawy Południk Cormaca McCarthyego. będzie bajką o kopciuszku. Istotnie, autor przedstawia wyjątkowo zimo sceny zagłady Żydów, pewna doza realizmu ucieka podczas oblężenia Stalingradu, by pod koniec znaleźć się w upadającym Berlinie, ale to nic. Gdyby chodziło tylko o to mielibyśmy do czynienia ze sprawnie napisaną literaturą wojenną. Niestety Littelowi to nie wystarczyło. Wprowadził on swego rodzaju filozofię?, która brzmi mniej więcej tak: Nie ma dobra i zła, wszystko jest względne, wszyscy są jednakowo winni, nie bądźmy obłudnikami. Jakby tego było mało jego bohater, który wypowiada te słowa jest nie do końca normalna jednostką, przy czym co ciekawe, jego anomalia jest właściwie jedyną jego formą obrony. Aue bowiem ma problem z uczuciami do własnej siostry bliźniaczki, nienawidzi matki, jest homoseksualistą, lubi czytać, słuchać muzyki (chociaż frazesy które wygłasza na jej temat mógłby wymyślić każdy), jest wrażliwy, żal mu niekiedy pomordowanych...

Ta bezwstydnie łamiąca prawo objętości książka (ma ponad 1000 stron) jest niestety napisana wyjątkowo nieudolnie. Autor pragnął aby Maksymilian Aue był świadkiem większości wydarzeń, musiał znać większość postaci, używał wyjątkowo naiwnej formy „przejść” fabularnych. W końcu niełatwo ot tak z Żytomierza dotrzeć do Stalingradu, by powrócić do Berlina. W końcu tam był finał wojny, a Maximilian Aue był przy większości ważnych z punktu widzenia historycznego wydarzeń. Nie chce tutaj zdradzać fabuły, ale Littel brnie tak głęboko, że wątki pomalutku zaczynają wymykać mu się spod kontroli. Postacie pojawiają się i znikają, wydarzenia pozornie ważne zostają strywializowane. Odniosłem wrażenie, że Jonathan Littel celowo przedłużał powieść. Jak inaczej wyjaśnić pobyt w domu męża siostry, który zajmuje ponad 50 stron, a podczas którego nie dzieje się nic, poza nieustanną masturbacją, jedzeniem, piciem, wkładaniem sobie różnego rodzaju przedmiotów w odbyt, fantazjami na temat zjadania kału, tarzania się w śniegu?!? Albo widzimy wysiłki naszego bohatera, który pragnie uwieść pewnego pięknego młodzieńca, że wbrew pozorom homoseksualizm jest dobry i fajny a Hitler nie ma nic przeciwko. Nawet Bratny by to lepiej napisał. Aue osiąga swój cel, chłopiec jest jego, no i pojawia się wezwanie, że ma ciekawą propozycję pracy w Berlinie.

Są oczywiście i dobre, ba nawet bardzo dobre momenty, zacznijmy od znakomicie poprowadzonej warstwie fabularnej w pierwszym rozdziale (500 stron), widzimy, że Littel odrobił prace domową, nie sposób zarzucić mu, że zmyśla. Czytamy to jak prawdziwy dziennik wydarzeń i jesteśmy w stanie uwierzyć autorowi. Całkiem przyzwoicie wypada rozmowa panów żołnierzy na temat zalet nowej ciężarówki, dzięki której można zabijać więźniów spalinami. Rozmowy na temat oszczędności amunicji (dwie kule na Żyda) oraz niezadowolenie żołnierzy, kiedy okazuje się, że to jednak nie wystarczy. Utworzenie specjalnych wart, podczas których m.in. nasz bohater chodzi po górze ciał pomordowanych i dobija tych jeszcze żyjących ("ręka przestała należeć do niego"). O tak, są motywy, które w jakiś niezdrowy sposób nie pozwalają na przerwanie lektury, o czym jej autor doskonale wiedział. Podobała mi się dyskusja na temat przetargu na najlepsze piece krematoryjne, konferencja dotycząca ile kalorii powinno przypaść na jednego „pracownika” Auschwitz, przy czym jednemu lekarzowi robi się smutno, bo „ to więcej niż dostawał żołnierz niemiecki pod Stalingradem”.

Jak powiedziałem są też i dobre momenty, ale książka jest zwyczajnie w świecie zła, albo co gorzej, do bólu schematyczna.. Pojawia się tam wątek surrealistyczny, kryminalny i każdy z nich ma się tak do całości jak biustonosz do kontaktu, ale szczytem szczytów jest obecność najlepszego przyjaciela pana Aue Thomasa Hausera, który potrafi pojawić się niczym Batman zawsze w ostatniej chwili by wyciągnąć naszego nazistę z opresji. Nie napiszę o końcówce, autor przekonuje, że to fragment celowo przemilczany albo pominięty przez historyków, a mianowicie spotkanie Aue z Hitlerem. Pominę to „łaskawym” milczeniem.

Podsumowując, punkt wyjściowy Łaskawych jest napisany dobrze, jednak sam w sobie nie dawałby złudzenia dzieła ambitnego. To w końcu fikcja, beletrystyka, autor poszedł więc dalej. Stworzył bohatera będącego swego rodzaju zaprzeczeniem człowieka, to humanoid, człowiek bezpłciowy, zawierający cechy ludzkie, ale napisane w języku Turbo Pascal. Dosyć szybko dowiadujemy się, że pisarz tak naprawdę pragnie czytelnika upokorzyć, dając mu do ręki swoją książkę. Łaskawe są bowiem obrazem antyczłowieka. Te błędy fabularne, te miejscami infantylne rozwiązania akcji mają tylko przytrzymać czytelnika przy lekturze. W końcu dzieło złe łatwiej ogarnąć, łatwiej zaszufladkować. Pozorna przewaga daje nam ten komfort, gdy tymczasem będziemy czytać o niegodziwości ludzkiej, będziemy znosić opisy seksualnych ekscesów, bo mamy przewagę, że nie o nas tutaj mowa. Pomyłka moi drodzy, Littel wjeżdża na naszą potrzebę zaspokojenia popędu za wszelką cenę, ubierając to w opisy działań nazistowskich Niemiec daje nam do zrozumienia, że my też powinniśmy być skazani, bo przeczytaliśmy Łaskawe. Ta książka sprawia, że stajemy się OBOJĘTNI.

Jonathan Littell, Łaskawe, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 1040 

czwartek, 28 października 2010

Alfabet Urbana (1990), Jerzy Urban

No i PRLu ciąg dalszy, po Jasieńskim przyszła pora na coś odprężającego duchowo. Omówiona lektura oczyszcza umysł, wprowadza mnie w stan, który mogę określić mianem „rozwolnienia intelektu”. Nie jestem co prawda aż takim wiekowcem, żeby sobie sumiasty was podkreślać i wzdychać, jak to kiedyś super było, trochę żałuję, ale tylko trochę.


Jerzy Urban, teoretycznie dziennikarz, podobno zdolny, Hłasko pisał o nim dobrze, ja tam się nie znam. Redaktor gazetki NIE, zresztą wcale nie takiej znowu złej, wcale nie aż takiej znowu kontrowersyjnej w treści, może nieco wyprzedzającej czas. Może czytelnik nie do końca dojrzał do tego, aby z czystym sercem przyjąć do serca te satyryczne paszkwile, przepraszam felietony. Alfabet Urbana stanowi jeden z najciekawszych obrazów literackich pewnej ważnej dla nas epoki, przedstawione tam portrety wbrew pozorom wiele człowiekowi mówią. Prawda ukryta między wierszami nie pozostawia złudzeń, zarówno dla czerwonej i jak i czarnej stronie flagi.

Kiedy do moim łap po raz pierwszy dotarła książka, tatuś okrzyczał mnie i wyrwał mi ją z kontekstu dzieciństwa. W mojej podświadomości zaistniała ona jako rzecz „zła”. Czemu tata jej nie wyrzucił do kosza, czemu nie spalił, czemu ona podobno dalej gdzieś tam jest? To zaledwie kilka pytań, ja kupiłem tą pozycję na allegro za jednego zeta, chociaż tata mawiał, że szkoda pieniędzy, jak on poszuka, to na pewno znajdzie.

Oczywiście, jak sama nazwa wskazuje Alfabet to omówienie kilkudziesięciu mniej lub bardziej znaczących postaci sfery politycznej (w kolejności alfabetycznej oczywiście). Najpierw podzielę się z czymś. W trakcie czytania, miałem wrażenie, że ci, których Urban chwali, oooo ci na pewno są podejrzani. To chyba efekt narodowej paranoi. Obecnie przeszło mi, ale uprzedzam, i wy możecie tego doświadczyć, spokojnie, to normalne.
Weźmy takiego Wałęsę. Urban sprytnie rozprawia się z mitem Lecha, nawet jeżeli przyjmiemy to za nieprawdę, lub tylko prawdę częściową, to o jakiejkolwiek obrazie majestatu, plwaniu i rzucaniu mięchem mowy nie ma. Nie sądzę, żeby Lechu się miał obrazić, polecam ZWŁASZCZA to o Wałęsie, to punkt kulminacyjny książki. Zachęcam do wytrwania, przynajmniej do tego fragmentu.
Weźmy takiego Andrzejewskiego, Urban nie ceni jego twórczości, ale pamiętajmy, że pisarz ten miał ciekawy okres kolaboracji z systemem, chociaż oczywiście dziś mu to wybaczono, Urban nie pozostawia złudzeń, Jurek A. to gość dwulicowy.

Weźmy takiego Piotra Fronczewskiego, który świetnie zapowiadającą się karierę zniszczył sobie, tylko dlatego, że podał rękę pewnemu dygnitarzowi, co mu środowisko do dzisiaj wybaczyć nie może. Taki Jacek Fedorowicz, który wiele zawdzięcza Urbanowi. Jako naczelny telewizji bardzo lubił jego dowcipy, chociaż, potem jak sam twierdzi, stępiły się one trochę. Pamiętajmy, że Fedorowicz to opozycja.

I tak dalej, i tak dalej, mógłbym tu powpisywać jeszcze wiele rzeczy, ale przyjemności czytającego odmawiać się nie godzi, zatem zamilknę. Warto zwrócić uwagę na kwestię emigracji, którą Urban popierał jak najbardziej. Kto tak naprawdę stworzył opozycję, to fakt oczywisty, a jednak jakoś nie przemawia on do ludzi. No cóż, według mnie Alfabet to rzecz obowiązkowa, a ja mam nadzieję, że kogoś zachęciłem.

P.S. Książeczka jest naprawdę ciekawie wydana, przed wstępem mamy piękną fotę pana Jerzego, który szama jakaś bułeczkę, (ciekawe jakby go uchwycił Gierałtowski) w środku co jakiś czas pojawiają się wyjątkowo artystyczne szkice, no miód. Jedynym mankamentem, prawdziwie najsłabszym ogniwem książki jest omówienie samego siebie. Urban robi to, jakby chciał pokazać jaki to on jest kontrowersyjny, a mnie tam zabrakło finezji. Poza tym wyciągnięcie najcięższych bombard na samym początku, które dodatkowo mogą zmylić (czyt. zniechęcić czytelnika) jest posunięciem topornym. Zatem zalecam nie sugerowanie tym opisem, bowiem reszta jest o niebo lepsza.


środa, 27 października 2010

Palę Paryż (1928) Brunon Jasieński

Tam na dole jest etykietka PRL, ale to oczywiście nie te lata, nie ten kraj, nie ten człowiek. To moi drodzy historia tragiczna, tak więc będzie poważnie. Chciałbym pokrótce przedstawić sylwetkę Brunona Jasieńskiego, zdolnego poety futurysty, którego wiersze uwielbiam, które są dla wielu inspiracją. Ten jeden z nielicznych przedstawiciel polskiego futuryzmu miał świetny start, dobrą prasę i świetne recenzje. Dzisiaj dzięki Bogu mówi się o nim tylko dobrze (przynajmniej taką mam nadzieję, tego bym sobie życzył) został wpisany w kanon, pośmiertnie uhonorowany, zrehabilitowany, no ale nie zmienia to faktu, że sobie życie sam trochę spaprał.



Nie muszę podawać linków do jego wierszy, łatwo je znaleźć. Historia Brunona Jasieńskiego zaczyna się tak naprawdę podczas tzw. Wypadków krakowskich w 1923. Co on tam ujrzał, co nim tak wstrząsnęło, dość, że uwierzył w proletariat, zmienił front, od tego czasu staje się czynnym i aktywnym członkiem ruchu komunistycznego. Nigdy nie żałował swojej decyzji, swoją wcześniejsza działalność poetycką uważał za coś bezwartościowego, a kilka lat później już we Francji wydał Palę Paryż ( jestem ciekawy, jaką jego towarzysze futuryści przyjęli postawę). Wydano mu to w 1928, chociaż pewne przymiarki pojawiały się wcześniej, nowela Moranda Palę Moskwę dopełniła czarę i Jasieński zaatakował. Nim omówię tą jego słynną odpowiedź jeszcze dodam, że został z Francji wydalony. W ZSRR witany był jak bohater, objął stanowisko redaktora naczelnego Kultura Mas, liczne awanse, wreszcie, co historia pomija z niejasnych przyczyn został stracony. Dlaczego tak się stało tego się nie dowiemy nigdy, ale wiadomo jedno, że do końca życia był wiernych swoim ideałom, tak więc jeden diabeł wie, co i jak zaszło.

A teraz o Paryżu, książka łączy w sobie elementy Dżumy Camusa oraz Germinal Zoli. Można ją uznać nawet za swego rodzaju literaturę dystopijną. Czyta się ją dobrze, czuć jednak oburzenie autora. Książka jest napisana stylem nierównym, zaczyna się od genezy wydarzeń, które spowodowały wybuch epidemii, potem mamy życiorys głównego bohatera, chińczyka P’ana Tsiang-kueja. On to wkrótce obejmie „dowództwo” w zarażonym Paryżu. Ciekawostką jest fakt, że w pewnym momencie Jasieński pokornieje, jego bohaterowie zaczynają mieć wątpliwości. Ciekawy jest sposób ukazania jak poszczególne nacje narodowe próbują radzić sobie w tej tragicznej sytuacji. Z czasem Jasieński już nie wskazuje palcem, w stylu, „wy są źli, a wy ci dobrzy”, mamy tam już „tylko” ludzi. Każdy próbuje sobie radzić według własnego kodeksu etyki, ale autor nie staje po żadnej stronie. Zatem, konkluzja, im dalej, tym książka jest lepsza. Koncepcja nowego porządku, która wychodzi pod koniec jest oczywiście z punktu widzenia współczesnego czytelnika trochę archaiczna, ale pamiętajmy, kiedy Paryż został napisany. Jasieński na pewno był lepszym futurysta niż komunistą prozaikiem, ale trzeba to przyznać, warsztat miał niezły.

Obecnie czekam na Bal Manekinów, książka już do mnie jedzie, jest dramat, podobno ma eksperymentalny charakter, groteska, horror przeplatana wizja końca, omówię to na pewno.

P.S. Włoscy futuryści, twórcy tego nurtu w większości „poszli” w swoich poglądach w stronę faszyzmu, ciekawe, że w przypadku Jasieńskiego stało się dokładnie na odwrót. Ze znanych polskich futurystów, tylko on jeden popełnił ten krok. Podziwiajcie Polskich futurystów panowie, warto, naprawdę.

piątek, 22 października 2010

Dwa łyki Ameryki (1956), Jerzy Putrament

Może najpierw o autorze. Pomyje, które wylewano na głowę tego szanownego komunisty, obelgi jakoby Putrament to Żyd, kiepski pisarz, słaby dziennikarz. Poeta od siedmiu boleści, wróg Hłaski, Miłosza, sprawca niepowodzeń wydawniczych wielu utalentowanych, lecz „myślących inaczej niż trzeba” pisarzy. Cóż, 80 procent jest pewnie prawdą, ale to w bardzo, bardzo dużym uproszczeniu. To, czego nie mogę odmówić pisarzowi, to determinacji. Świadomy braku talentu, uparcie piął się wyżej i wyżej. Dzisiaj to norma, wtedy była to niesłychana dwulicowość.



Start miał niełatwy, jego dobrowolne przejście na czerwoną stronę ugruntowało mu opinię zdrajcy-sprzedawczyka. Hłasko oskarżał go o donosicielstwo, to z winy Putramenta podobno pisarz nie mógł wyjechać, a potem powrócić do kraju. Pisał paszkwile na Miłosza.Putrament miał taką cechę, że jak kogoś przyjmował w swoim gabinecie, to każdy interesant musiał odczuć, że jest małym petentem, który ma znać swoje miejsce. Dzisiaj taką postawę spotykamy nawet u pani sprzedającej pieczywo, wtedy jednak wszyscy byli mili i fajni, tylko komuniści takie chamy aroganckie…No dobra, stylem  nawiązywał do Sienkiewicza, lubił patos, lubił górnolotne krasomówstwo, bohaterskie postawy, dlatego władza lubiła wydawać jego książki. Miłosz od początku kwestionował jego talent (zresztą nie tylko jemu).  Kiedy w Zniewolonym umyśle sportretował go jako Gammę, który aby być wydawany niszczy innych pisarzy, który obejmuje stanowiska kosztem innych, Ha Putrament (podobno) był odpowiedzialny za pobicie Miłosza w szkolnych latach, podobno w obronie czci kolegi, o wątpliwym talencie poetyckim. Na obronę Miłosza przyjmijmy, że jego Zniewolony Umysł to przede wszystkim portret postawy, jaką przyjmuje jednostka egzystująca w społeczeństwie zamkniętym, totalitaryzm bowiem polega na strachu, to próbował nakreślić Miłosz. To, że wziął na warsztat ludzi, których znał, których działania określał negatywnie, lecz w podsumowaniu nie wydaje wyroków jest dla mnie zrozumiałe. No, ale , że Jerzy P.  mógł się poczuć obrażony, to inna sprawa.
Dwa łyki Ameryki to swego rodzaju odpowiedź, książka reportaż, króciutka, nie dorównująca nawet słabszym pozycjom Putramenta stanowi jednak portret. Oto pisarz nie kryjący swoich przekonań wyjeżdża do Stanów, ogląda Amerykę okiem komunisty. Podobają mu się wystawy, ale zaraz dodaje, że to wszystko, aby zamaskować artystyczną niemoc oraz wątpliwą jakość produktów. Odwiedza fabrykę samochodu i „przyuważa” wyzyskiwanego robotnika, podobają mu się kina i teatry, ale czepia się, że nie ma na nie kto chodzić, jest zafascynowany wózkami sklepowymi oraz metodą skanowania produktów, ale to wszystko.
Obiektywizmu tu tyle, co kot napłakał, ale można to zrozumieć.

Kiedy odwiedza biedniejsze dzielnice portorykańskie na ten przykład, identyfikuje się z jej mieszkańcami, podobają mu się te kamienice, domy osiedla, dzieci na ulicy, patrzy na nich jak na potencjalnych wyborców. Oczywiście nie mówię już o Madame Liberty. To jest symbol fałszu, zła i zakłamania Ameryki.Statua może urągać jego oczom, co zrozumiałe.

Najciekawszy dla mnie jest rozdział o Miłoszu. Dotyczy on oczywiście samego poety oraz jego „ucieczki” na zachód. To z niego dowiadujemy się o rzekomym pobiciu, o megalomani poety, oraz o Zniewolonym umyśle. Trzeba przyznać szczerze, że Putrament zręcznie podchodzi do tematu, jak sam pisze „nie próbuje polemiki”. Pragnie postać tym lepszym, niech Miłosz ma ostatnie słowo, on się w przepychanki słowne nie bawi. Najciekawsze jest to, że jak sam pisze, próba zatrzymania Miłosza w kraju była podyktowana tylko i wyłącznie trosce o talent Miłosza. No cóż.

Książka jest ciekawa ,ale tylko z punktu widzenia osoby, która pragnie się dowiedzieć czegoś o „specyficznej” prozie tego okresu. Wadą Putramenta jest jego płodność, podobno na to samo cierpiał inny orzeł, Roman Bratny. Wśród tych kilkunastu pozycji Jerzego jest może kilka dobrych, kilka słabych, ale w miarę, na resztę spuszczamy zasłonę milczenia. Mnie pomimo wszystko szkoda człowieka, Putrament stał się ofiarą, stał się symbolem „złego systemu”. Podobnie jak Wilhelmi, który podobno nie dopuścił do ekranizacji Na srebrnym globie, tak Putramentowi została przylepiona etykietka niszczyciela talentów. Nie zastanawiamy się, że podobny proceder wydawniczy ma miejsce i dzisiaj, na o wiele większą skalę. Historia pisze o pisarzu dzisiaj trochę cieplej. Na Wiki znalazłem do bólu ogólną charakterystykę pisarza, lepsze to niż nic.

P.S. Miałem taki pomysł na cykl, aby krótko omawiać perełki PRl owskie, swego czasu nazbierało mi się tego trochę, na allegro można to dostać za złotówkę, no kurcze, temat kuszący, sam nie wiem ale póki co, od dziś pojawia się nowa etykieta PRL.
P.S.2 Informuję, ze na Allegro pojawiła się Tęcza Grawitacji Pynchona. Fajnie, że jest, apelowałem ongiś o jakieś info w tej sprawie. Książka jest w  dobrym stanie, cena 150 zeta, to ja na razie podziękuję

Melancholia sprzeciwu, László Krasznahorkai

Kurcze, coś mnie na czytanie bardziej wzięło niż na oglądanie, parę tytułów czeka w kolejce do obejrzenia, a tu wpadła mi w łapy Melancholia sprzeciwu. Podchodziłem do niej ze sporymi obawami, Laszko nie jest pisarzem łatwym, a ta pozycja jest dla mnie o tyle ważna ze względu na Harmonie Werckmeistera w reżyserii Beli Tarra. Najpierw króciutko o filmie. Kto zna obrazy Beli ten wie, czego się spodziewać, opowiadanie fabuły za pomocą długich sekwencji, w czerni bieli, niesamowita poetyka, której mógłby pozazdrościć niejeden Tarkowski…Jego Harmonie wydawały mi się jednak filmem niedopowiedzianym. Reżyser owszem pokazał film niebanalny, ciekawy, wciągający i hipnotyzujący, ale kurcze, spędziłem wiele nocy na formułowanie kwestii, co do skubany Bela chciał nam właściwie powiedzieć.
Na niekorzyść filmu powiem tak,  brak znajomości Melancholii praktycznie wyklucza pełne zrozumienie fabuły, już mówię dlaczego.
Reżyser i Laszko to autorski team, pisarz dostarcza reżyserowi scenariuszy, nie wiadomo, który od kogo „zgapiał” pomysły, ale ci dwaj uzupełniają się idealnie. No dobra, czas powiedzieć coś o książce. Mam nawet koncepcję, że Laszko pisze tak a nie inaczej, bo wie, kto będzie to ekranizował.




Melancholia jest po pierwsze hymnem pochwalnym na temat poetyki zdania. To ważne, jeżeli nie lubisz długich opisów ujętych w jedno zdania zajmujące czasami ponad pół strony, to lepiej sobie te pozycje daruj. Niewielu pisarzy potrafiło tę sztukę, dziś dominuje nie wiedzieć czemu trend do pisania krótko i lapidarnie( o tym innym razem). Pisarze tworzą historie, ale zapominają o ponadczasowości dzieła. To jest tak, ja piszę książkę, chce, żeby czytelnik ją zrozumiał, chcę żeby kanwa fabuły była czytelna, oryginalna. Dobrze jak jest nagły zwrot akcji, tym czasem prozę Laszko, której najbliżej wg mnie do stylu wypracowanego przez modernistów czyta się inaczej. To wymagająca lektura, która wymaga koncentracji w pełnym tego słowa rozumieniu.

Akcja Melancholii dzieje się w bliżej nieokreślonym miasteczku na Węgrzech. W mieście panuje niepokój, coraz trudniej utrzymać porządek. Do owego miejsca zjeżdża cyrk. Początkowo ludzie są zafascynowani, z czasem jednak zaczyna dziać się coś dziwnego, następuje jakby to powiedzieć, załamanie. Mieszkańcy wszczynają rewoltę. Niestety nie wypada mi tutaj spojlerzyć, kluczem są owe harmonie, czyli uproszczony system strojenia fortepianu.

Jeden z bohaterów, muzykolog pragnie nastroić swój fortepian idealnie, kiedy mu się to udaje, okazuje się, że wszystkie klasyki brzmią fałszywie, brzydko, o co chodzi zatem?
Kolejną postacie jest Janos Valuska, listonosz, nieco upośledzony umysłowo pijak, który dorabia sobie do kieliszka odtwarzając mały performance za szklankę piwa  „o układzie ciał niebieskich”. Prostoduszność tego człowiek, który widzi w świecie boską harmonię zostaje wystawiona na wielką próbę. Wreszcie cyrk i jego tajemniczy eksponat, wieloryb oraz ukrywający się przed wszystkimi Książe. Czy to jest mutant, potworek, sam szatan?  Groteska, surrealistyczna apokalipsa, metafora bytu? Każdy musi zdecydować osobiście.



Tyle, więcej zdradzić po prostu nie wypada, okazuje się, że kiedy w trakcie lektury zaczynamy sobie tworzyć koncepcje autora, czujemy, że jesteśmy bliżej ogarnięcia okazuje się w ostatnim rozdziale, co i z czym to naprawdę się je.

Zatem, książka dla każdego i dla nikogo, dla mnie jedna z najlepszych pozycji jakie czytałem ever, nie musi się podobać, czytanie jej sprawia ból. Pod koniec autentycznie się czegoś bałem. Jedyny mankament, długie zdania w wykonaniu Andrzejewskiego na przykład nie raziły mnie. Tutaj tak czasami jest. Wina leży zapewne po stronie tłumacza, no ale to minusik znaleziony na siłę, Melancholia sprzeciwu szczerze mówiąc w jakiś dziwny sposób zmieniła moje spojrzenie na świat.