Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 września 2011

Drive 2011, rez. Nicolas Winding Refn

Drive jest filmem którego bez wątpienia warto zobaczyć. Z mocnej listy Cannejskich wojowników to właśnie tak naprawdę reżyser Bronsona wyszedł prawdziwie zwycięsko. Palma dla najlepszego reżysera i bezwarunkowa wiara polskich dystrybutorów w możliwości i potencjał tego Pana. Jak na razie jeden z najlepszych filmów roku, chociaż bez bicia przyznaję się, że tytułów okraszonych datą 2011 nie widziałem zbyt wiele. Ale niepotrzebnie przedłużam wstęp.

Fabuła jest właściwie powszechnie znana. Nie będę za kimś powtarzał, na pewno większość ten film widziała, na pewno większość się tym filmem zachwyciła (mowa oczywiście o tej grupce ludzi, których brak CGI jakoś specjalnie nie odstrasza) i piszący te słowa również pozostał pod wielkim wpływem.
Bo Winding Refn udowodnił dla mnie jedno. Nie ważna jest sama historia, ważna jest oprawa. Składniki, środki, estetyka. Coś co próbowało robić wielu, z różnym skutkiem. Duńczyk robi po swojemu i nie ogląda się na reakcje widza. Kiedy pisałem ten tekst przeraziłem się, że Refn jest twórcą efektownych opakowań, atrakcyjnej formy, którą nadrabia estetyką. I uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie wielu widzów, niechętnych reżyserowi sięgnie po ten argument.

I Drive również taki jest. Wszechobecny oniryzm, to kiczowate electro*, oglądanie tego to jak przeglądanie albumu ze zdjęciami. Niestety, w drugiej połowie filmu coś zaczęło się psuć.
To oczywista oczywistość, Refn nie poprzestał na jednej matrycy, wprowadził mrok, który skutecznie wyparł subtelną estetykę czasów Miami Vice. Do akcji wkracza Angelo Badalamenti i oto mamy grozę. Nasz bohater przeistacza się w wykonawcę wyroku. Mściciela, jedynym ogniwem łączącym go z jasną stroną jest oczywiście owa samotna matka, ale i ona nie jest w stanie powstrzymać Drivera. Boi się, sama nie wie, na kogo ma liczyć.


A mogło być tak pięknie. Przez pół filmu Duńczyk tworzył piękną historię. Ona i on, obydwoje wiedzą, że nie powinni się byli spotkać, obydwoje za czymś tęsknią i pamiętam, kibicowałem im.
Na imdb stoi, że Refn konsultował się z Gasparem Noe w kwestiach reżyserii scen brutalnych. Nie potrafię tego zrozumieć. Oniryzm w takiej dawce mógłby opowiedzieć David Lynch., tyle, że u niego cały obraz jest umowny, oparty na metodzie skojarzeń. Refn mówi zupełnie serio. Ciemny pokój, młotek i ten złowieszczy dron w tle. Muszą tam stać jeszcze roznegliżowane panienki? (Ich stoicki spokój przeraził mną.) Oto widz jest świadkiem, że aktorzy zaczynają poruszać się po świecie mafii(?), Driver staje się uwikłanym w paskudną historię romantycznym rycerzem i musi za to zapłacić. Wie, że nie ma już odwrotu, pozostała mu tylko zemsta, ale kurcze trochę zbyt naiwne mi się to wydawało. Dwa czarne charaktery nieco to uwiarygodniają, milczący kierowca z twarzą nieśmiałego jelonka sprawdza się w tej pierwszej części filmu. W drugiej już mniej, biorą pod uwagę środki jakich używa...Miałem wrażenie, że reżyser zwyczajnie przedobrzył.

No i miałem napisać jeszcze o stronie aktorskiej. Niestety od tej strony film nie kreuje żadnej wybitnej osobowości. Tak jak Mads Mikkelsen wypełniał całą przestrzeń w kadrze Valhalli, Tom Hardy podobnie,o Pusherach nie wspomnę, o tyle tutaj wszystko jest takie od niechcenia. Postać Blanche, Ron Perlman był niezły, ale potem jego aktorstwo zaczęło się „cofać”. Na uwagę zasługuje właściwie tylko Albert Brooks. Od pewnego momentu to on trzyma film. Chłopiec i jednooki tworzyli duet, uzupełniali się wzajemnie, Ryan Gosling nie ma tego czegoś, niestety. Z drugiej strony widzicie w tej roli Hugh Jackmana?

Gdyby jednak komuś przyszło do głowy, że Drive to film słaby, uprzejmie informuję, że się myli. Biorąc pod uwagę środki formalne, teoretycznie prosta operatorka, taka sama jak bohaterowie filmu, gry cieniem, scena w windzie, a zwłaszcza jej finał...Nie, można krytykować Drive, ale nie wolno tego filmu nie doceniać. Ja nie mam zamiaru wszczynać polemiki, czy Refn na tą Palmę zasłużył. Nie widziałem właściwie żadnego filmu z Cannes**, dlatego nie zabieram głosu i przyznaję 7/10 w filmwebowej skali. Uważam, ze to uczciwa ocena.


P.S. Według mnie najwięcej temu obrazowi zaszkodziły dwa poprzednie filmy. Refn postmodernista, Refn i jego klisze, tak naprawdę ludzie wciąż widzą w nim twórcę postmoderny, czerpiący garściami z kina gatunkowego. Fakt, inspiracje Refna wywodzą się z takiego kina. Jednak zarówno jego dokonania jak i wypracowany własny unikalny styl nakazuje mi go nazywać twórcą dobrego kina autorskiego, a nie Robinsonem poszukiwaczem.
Przynajmniej już od dawna nie.

* Oczywiście jako ex fan tego stylu, nie mogłem nie ulec czarowi tych pierdzących syntezatorków, bolała mnie tylko obecność kawałka Trenta Reznora, która zdobiła prześwietne Social Network. Jak to usłyszałem, miałem ochotę wrzasnąć WTF?

**Widziałem za to Drzewo Życia, jest to jedyny obraz który można nazwać jednocześnie wielkim i wręczyć mu Złotą Malinę, tekst wkrótce.

czwartek, 8 września 2011

Allen w Paryżu

Nie da się ukryć, nazwisko Allen jest marką samą w sobie. Na brak chętnych do grania w swoich filmach na pewno nie może narzekać, a w myśl holyłódzkiej zasady, że „skoro będą grać gwiazdy, to pieniądze na pewno też się znajdą” może śmiało pozwolić sobie na kręcenie co rok. Dodajmy do tego darmową reklamą Paryża i...nic prostszego. Ostatni film Allena, który niedawno miał premierę w kinach zatriumfował na boksofisach i nic dziwnego. Polacy  lubią komedie romantyczne, lubią Paryż, bo kto nie lubi, a jak jeszcze dodamy parę ślicznych twarzy w kostiumach z lat dwudziestych to hoho, mamy przebój.



Nie kryłem i nie kryję niechęci do tego filmu. Dla mnie ostatnia komedia Allenowska to przede wszystkim uproszczona, skierowana do niewymagającego widza papka z obrzydliwie czytelnym przesłaniem. To co fascynowało mnie u Allena czyli kameralność, spokojne, długie ujęcia i przede wszystkim dystans, tutaj ginie pod francuskim landszaftem. Niby jest okej, reżyser od jakiegoś czasu przestał kręcić kino ważne, na rzecz wypośrodkowania treści. Pamiętam, że broniłem Bruneta, pomimo tego, że obraz ten zostaje daleko w tyle za najlepszymi obrazami autora. Broniłem, bo rozumiałem, bo czułem, że ten brak szpanu, surowa, ba wręcz toporna struktura czyniła ten film osobistym.
Tutaj widzę tylko ładne obrazki. Widzę aktorów, którzy próbują pokazać, że naprawdę potrafią grać. Widzę głównego bohatera, który próbuje być jak Allen, ale tylko momentami, widzę postacie z kanonu sztuki, które nie wiele do powiedzenia mają i widzę widownię.
Tak, widownia, która ma okazję poznać Hamingwaya, pośmieje się z Salvatora Dali (obrzydliwa karykatura) albo Bunuela...a właśnie.
Czytałem kiedyś biografię Dalego. Malarz twierdził, że ze wszystkich surrealistów właśnie Bunuel miał najbardziej agresywną naturę. (Na dzisiejszych forach onetu mógłby zrobić karierę:) Tutaj jest to kolo, nieco do niego podobny, który siedzi z petem w ryju i ma gówno do powiedzenia. W ogóle mam wrażenie, ze materiały do scenariusza o tych postaciach zaczerpnął Allen z wikipedii. Broni się jedynie Hemingwa, ale jest raczej to zasługa aktora, reszta to porażka. Dlaczego nie słychać Pabla Picassa? Dlaczego nie pokazano „problemu” S. Fitzgeralda? Bo zwykły widz, mógłby tego nie zrozumieć? Bo film by się zrobił przegadany, a tego widz nie lubi? Po co wątek „topiącej się” Zeldy? Może reżyser wpadł w tą samą pułapkę, co Stallone ze swoimi Niezniszczalnym oddziałem. Zbyt wiele bohaterów, zbyt wiele wątków, jak tu to teraz pomieścić. Całkiem możliwe, że tak było.

Jeżeli założymy umowność, tzn. że cały ten staff dzieje się jedynie w głowie naszego bohatera, to po co scenka z panią przewodnik, która czyta dziennik Marion Cottiliard? Nie bójmy się tego powiedzieć, jest to źle skonstruowany scenariusz.

Podsumowując, na filmwebie stoi, że osoby „choć trochę znające się na sztuce” pokochają ten film. Ja uważam przeciwnie. Albo Allen bardzo mało wie, albo liczył, że te pojedyncze zdanka gwiazd literatury i nie tylko w zupełności widzowi wystarczą. I stawiał bym na to drugie, tylko mam jedno pytanie: za kogo on nas ma.

sobota, 18 czerwca 2011

Ostatnio...


Trochę zaniedbałem oglądanie filmów. Wzorem z Arka robię króciutki przegląd obejrzanych ostatnio produkcji.

Husbands, reż. John Cassavetes. Świetny film. Czwarty mąż, który pojawia się tylko na pamiątkowych fotkach na starcie filmu umiera. Jest to punkt wyjścia, akcja zaczyna się od jego pogrzebu. Jego śmierć stawia przez Gazzarą, Cassavetesem i Falkiem odwieczne pytanie „co dalej” czyli w dużym uproszczeniu możemy powiedzieć, ze jest film o kryzysie wieku średniego. Cassavetes z kolegami czytali scenariusz, potem improwizowali na bazie tych rozmów, zapisywali tekst od nowa i improwizowali ponownie. Tak na przykład urodziła się świetna scena „śpiewania” piosenek w barze. Aktorzy  naprawdę byli pijani (rozbierający się Falk to także podobno efekt spontanu). Film i jego fabuła trochę mi się rozmazuje. Podobno wersja reżyserska miała 5 godzin. Pamiętam, że oglądając Mężów czułem niedosyt. Przeszkadzało mi też podejście do roli Cassavetesa i Gazzary. Czasami ten pierwszy zbyt mocno wysuwał się na plan pierwszy, gdy tymczasem bohaterem główny był Gazzara. Czyli w istocie powstał taki popis umiejętności aktorskich, ale w ostateczności z filmu można było wyciągnąć nieco więcej. Trochę zawiódł Falk, jego kwestie, jego rola rozczarowała mnie. Poza rozmową ze skośną oraz striptiz to wszystko co ocalało z reżyserskiej wersji. Szkoda, może to właśnie był powód aby właśnie jego, a nie Gazzarę obsadzić w Kobiecie pod presją.

Urszula Tes napisała, że Cassavetes nie lubił grać we własnych filmach, uważał, że rola reżysera i aktora się wyklucza, szkodzi całości. W tym wypadku zgadzam się, Kobieta albo Makler to dzieła kompletne, tutaj w odbiorze całości przeszkadzają aktorskie „popisy”.


Sala samobójców, reż. Jan Komasa. Bardzo mi się podobał ten film, a właściwie podobał mi się problem „nieradzenia sobie z problemami". Zauważmy,  że dramat Dominika wynika z presji otoczenia, kolegów z klasy oraz o zgrozo! internautów. Zdominowany przez fejsbukowe Lubię to!, 10/10, emotikonki, teksty typu LOL, WOW, ZAL, bohater filmu nie jest w stanie się bronić, zamyka się w pokoju i dołącza do wirtualnej grupy ściemniaczy o nastrojach samobójczych. Rodzice, którzy nie potrafią wczuć się w problemy syna, wydają się bezsilni.

Naturalnie Komasa zepsuł film przesytem animacji second life’u jednak idea jest jak najbardziej świeża. Dzisiaj już nie szkoła, rodzice czy wychowanie determinują życie człowieka. Decyduje o tym awatar. Jesteś tym, za kogo uważają cię w sieci. Polecam.




Sucker Punch, reż. Zack Synder. Gdyby pomysł na ten film przyszedł Snyderowi jeszcze dekadę temu, kiedy blue screeny kojarzyły się głównie z prognozą pogody reżyser 300 mógłby jedynie marzyć o zostaniu reżyserem. Nadmiar wizualizacji i szczątkowy scenariusz kwalifikuje SP raczej w okolice komputerowych gier, ale nie na wielki ekran.





Hobo with the shotgun, reż. Jason Eisener. Nie wiem na czym to ma polegać. Film oglądało mi się dobrze, jednak po namyśle stwierdzam, że całe te Maczety, Planet Terrory i to, to jakaś próba stworzenia nowej mody. Moim skromnym próba chybiona i Hobo jest na to ostatecznym dowodem. Film, a raczej jego konwencja jest przewidywalna i szybko się nudzi. Reżyser starał się wyjść na twórcę bezkompromisowego, ale wystarczy przypomnieć sobie kampanię promocyjną i już widać o co tutaj chodzi. Młodzież będzie Hobo bronić, no bo niby dlaczego nie, że to takie miało być, że to idea kina klasy c, a dla producentów kasa wpływa. Nie ma chyba nic lepszego, niż tania produkcja przynosząca dochody.



Drzewa, reż. Grzegorz Królikiewicz. Trochę niedoceniany, (w dodatku otagowany jako horror ekologiczny)  to świetne stadium konfliktu ambicji z poczuciem macierzyństwa. To także film o poczuciu niespełnienia, mąż nie może się odnaleźć w świecie, żyje w cieniu żony, która, aby go zachęcić namawia go do wypisywania mandatów. W rezultacie mąż kieruje swą agresją na jej przedmiot badań-właśnie na drzewa. To oczywiście tylko fragment problemów. Nie chcę zdradzać fabuły, ale to Królikiewicz pełną gębą. Trochę dziwi mnie obojętność która panuje wobec Drzew. Nie znalazłem żadnej dobrej recenzji, może ten wywiad rzeka, na który poluje rzuci nieco światła na ten film.
Drzewa to także rezygnacja z nadmiaru artyzmu. Ale to właśnie ten manewr czytelniej niż w Zabiciu ciotki pokazuje język i metodę kręcenia filmów przez Królikiewicza. Cytacik z FW (pisownia oczywiście zachowana).

„Męczący, wydumany - pokazywany chyba tylko raz TVP, w programie określony jako "film eksperymentalny". Jeśli na kimś tu eksperymentowano to tylko na wytrzymałości widzów. Ja przyznam, że nie wytrzymałem. I tylko żal tych wszystkich drzew, które wycięto na potrzeby realizacji takiego gniota.”

oraz odpowiedź

„Masz racje. Kupa jakich mało z tego filmu wyszła. Już nie wspomne o bryzdkich aktorach :D i tej starej kamerze, którą świat przestał używać 20 lat wcześniej. A tak na marginesie to zauważyliście, że polskie filmy z lat 90-tych wyglądają gorzej niż amerykańskie z lat 70-tych?? Weźmy Ojca Chrzestnego i np. Kilera :)”

Kyrtapsowi by się Drzewka spodobały.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Jûsan-nin no shikaku (2010), reż. Takashi Miike

albo "13 Assassins"

Nie podobał mi się. Rozczarował, po kapitalnym początku coś zaczęło się psuć. Od momentu bitwy po kretyńskie zakończenie, film przestał mi się podobać zupełnie. Ot kolejny przeciętny remake. Czyżby najnowszy obraz Takashiego Miike, doceniony w Wenecji miał być tylko potwierdzeniem artystycznej niemocy reżysera. Wygląda na to, że 13 stu Asasynów wbiło właśnie do trumny ostatni gwóźdź.

Paradoksalnie nie jest to zły obraz, więcej to jeden z lepszych filmów twórcy Gry Wstępnej od lat.  Szczerze mówiąc liczyłem na to, że reżyser zrobi mniej więcej ten sam myk, co bracia Coen. Czyli taka niby Chanbara, a jednak nie do końca. Niestety nic takiego nie miało miejsca.  Zanim napiszę coś o 13 Assassins , najpierw kilka przemyśleń.



Twórczość Miike choć ciężka do klasyfikacji cechuje się/cechowała bezkompromisowością. Co lubię w tym człowieku? On w każdym filmie chciał pokazać możliwości kina. Niczym sztukmistrz brał dowolne rekwizyty i układał swoje skecze. Bawił się absurdem, kiczem, przesadyzmem. W jego rękach te rupiecie nabierały nowej jakości. Forma stawała się zaledwie pretekstem. Niczym kościelny odpust parafialny, filmy Miike cechowały się przesytem, ale właściwie czego? Przesytem widowiskowości. Śmieszne, ale to jeden z jego znaków rozpoznawczych opanowanych do perfekcji. Miike kocha kino i pragnie, żeby było to widoczne w jego filmach. Jego obrazy to odtrutka na „holyłódzki” blichtr, na europejskie kino społecznie zaangażowane, wreszcie „usmarkany paluch” skierowany w stronę krytyków ceniących kino oszczędne. Oglądając jego filmy czuliśmy materię filmu od kuchni strony. Lubił stosować dłuższe statyczne ujęcia. Lubił bawić się estetyką kina gatunkowego, lubił tandetne efekty specjalne. Łamał tabu, przekraczał granice dobrego smaku, czyniąc z tego tematy uniwersalne.
Pasowałoby umieścić jakiś przykład, jednak który będzie najbardziej adekwatny. Cokolwiek napiszemy i tak będzie to zaledwie muśnięcie tematu. Czy mój ukochany Visitor Q forma taniego kina niezależnego. Czy Ichi the Killer, adaptacja kultowej mangi. Czy trylogia Dead or Alive? A co zresztą obrazów, którykolwiek danie nie weźmiemy do ręki, zawsze któryś jego składnik nie zostanie wymieniony w jadłospisie. Miike kocha nas zaskakiwać.

Hero?


W ostatnich latach (ogólnie mówiąc od A.D. 2000 ) coś się zaczęło psuć. Osobiście brałem to na karb zwykłego wypalenia, ale może chodziło o coś więcej. Obecnie uważam to za efekt koniunktury. Parafrazując Jörga Buttregeita, kiedyś kino niezależne cieszyło się dużo większym powodzeniem. Kręciłeś film przez 10 lat, a ludziom to imponowało. Obecnie nikogo to nie obchodzi, na nikim nie zrobisz wrażenia. Reżyser Necromantika w sposób prosty i banalny wyjaśnia, co spotkało Takashiego Miike. Czasy kręcenia kamerą video minęły, podobnie jak wszelkich niszowych produkcji. Teraz Miike musi kręcić rzeczy poważne, Miike musi kręcić obrazy które ładnie wyglądają. Miike już nie może szaleć i ma to być dochodowe. Nie wiem jak obecnie wygląda sytuacja z japońskim kinem niezależnym, nie wiem co reżyser MOŻE a co by CHCIAŁ. Czy kinematografia kraju kwitnącej wiśni również próbuje przejść na sprawdzony level remaków?

Jak inaczej mam ocenić film 13 Assassins. Przez pryzmat zdjęć? Fabuły? Pasuje teraz obejrzeć oryginał i doszukiwać się autorskich innowacji reżysera. Z drugiej strony czy lepsze nie jest wrogiem dobrego? A właśnie, w „najbliższym” Cannes będzie wyświetlona kolejna projekcja Miike, HARA KIRI. Takich filmów się nie przekręca od nowa, (chyba, że zrobimy coś w stylu Złego Porucznika Herzoga). A za reżyserię odpowiada jeden z najbardziej bezkompromisowych twórców ostatnich lat. Nie umiem o tym nie myśleć, bo na 13 Zabójcach i Hara-Kiri sprawa pewnie się nie skończy.

A teraz kilka słów o filmie. Ujęcie otwierające i widzimy ni mniej ni więcej tylko Harakiri. Trudno chyba o bardziej dosadne preludium. Dalej będą dominować oszczędne ruchy kamery, (w zaokrągleniu pierwszej połowy filmu). Takie coś można spotkać np. w Sobowtórze (w scenie otwarcia) albo w Rashomonie. Nieruchoma kamera filmuje postaci. Królikiewicz pisał o tym, że gdyby wyłączyć fonię, obraz nic by stracił. To nawiązanie do teatru Kabuki. Tą technikę często posługiwał się Miike w swoich starszych produkcjach dlatego te ujęcia, chociaż pozornie toczące się leniwym rytmem, hipnotyzują.
Estetyka filmu, plener, zieleń (albo proste łowienie ryb) bardzo dobrze kontrastuje z powagą sytuacji. W końcu chodzi o dokonanie rzezi, mordu. A tu mamy zielone łączki oraz armia maszerująca w tych ichnich kapeluszach. Trzeba dodać, że w pierwszej połowie filmu dominują plenery kameralne, toteż takie nagłe rozległe panoramy i zdjęcia żołnierzy świetnie uzupełniają fabułę. Pada mało słów, a widz nie czuje pustki. Bardzo dobrze to rozpisano.




Celem tytułowej trzynastki jest prawdziwy zimny drań. Jest nim Lord Naritsugu , brat shoguna. Początkowo drażniło mnie to, jak ta postać jest skonstruowana. Spodobały mi się jego słowa na końcu filmu,(nie chcę spojlerzyć). Podobała mi się jego postawa podczas bitwy oraz przemówienia do swoich samurajów. Jest to postać zła wcielonego. Ja odniosłem wrażenie, że ta postać ma widzowi uzmysłowić, dlaczego epoka samurajów musiała dobiec końca. Reżyser na szczęście pominął detalizm, tak więc (na szczęście) o jego czynach dowiadujemy się głównie z drugiej ręki, a pamiętajmy kto jest twórcą filmu:)
Niestety samurajowie-zabójcy to postacie bezbarwne. Mówię o stronie filmowej, prawdopodobnie takie było założenie, samuraj ma służyć, ginąć za sprawę, a nie „gwiazdożyć”. Wyróżnia się oczywiście „przywódca”, aktor grający lidera Suzuran z Crows Zero oraz ten nie-samuraj z osobliwą procą a' la król Dawid.
Podczas trwania tej bitwy często traciłem z oczu twarze bohaterów, zwyczajnie nie nadążałem kto jest kim. Nagle okazało się że z całej armii lorda Naritsugu zostało raptem kilka żołnierzy. Ktoś tam miał przebite gardło, a może to był ktoś inny. Może tu chodziło o jakiś rodzaj poczucia humoru reżysera?
W tym filmie przeszkadzała mi nawet faktura obrazu. Jakoś tak kojarzę sobie video z Miike a tutaj mamy ładny i dopieszczony obraz z cyfrówki, który na mnie żadnego wrażenia nie zrobił. To się nazywa skażenie budżetem.

Dla mnie ten film jest do bólu średni. Pamiętając kim jest reżyser, znając chociaż cześć jego autorskich rozwiązań reżyserskich widz wie, że 13 Assassins niczego tak naprawdę nie oferuje. Nie wyobrażam sobie, żeby osoba nieznająca obrazów Miike zachwyciła się tym filmem. Takie coś na festiwal, ostrożnie zrealizowany, ukłon do niezbyt wymagającego widza. Ładny obraz, przystępna fabuła, dobry motor akcji. Zastanawiam się, czy przypadkiem japońska kinematografia nie traktuje obecnie swojej historii jako towaru do sprzedania? Odważna i chamska teza, wiem. Nawet jeżeli tak jest w istocie, nie przeszkadza mi to. Mogę oglądać te rimejki i niechaj robią ich jak najwięcej. Chciałbym jednak aby zajął się tym ktoś inny. Ktokolwiek, byle nie Takashi Miike. 



 


wtorek, 5 kwietnia 2011

Dimension (1991-1997), reż. Lars von Trier

W boksie-kompilacji  DVD z krótkimi metrażami Duńczyków z ichniej szkoły filmowej każdy fan Larsa von Triera może znaleść fragmenty ambitnego i porzuconego przed laty projektu Dimension. Zgaduję, że dodali to do boksu w celach raczej komercyjnych, no mniejsza. Chyba każdy wie, chyba każdy słyszał czym Dimension miało być. Co roku gdzie indziej, inne miasto, ta sama ekipa, no i tylko dwie minuty. Von Trier projekt porzucił, jedyne czym dysponujemy to 27 minut materiału, który po zmontowaniu przypomina jakąś chaotyczną historię gangsterską. Przy czym jedna uwaga, ten materiał zawiera wspomniane niecałe pół godziny, obejmuje osiem lat kalendarzowych, no to trochę się to kurcze nie zgadza. Zgaduję, ze podczas montażu na te DVD, wzięto cały materiał, którym dysponował Lars. Tutaj jest to do pobrania. Niestety, dźwięk jest fatalny, a w dodatku opatrzony komentarzem, (podobno da się to wyłączyć, ja nie umiem) , nie wiem po co.



Na wstępie dodam, że IMO pomysł był iście szatański. No bo kręcić coś tyle lat, tylko właściwie dla idei, bez konkretnego scenariusza. O ile wiem, coś podobnego robił Lynch przy INLAND EMPIRE, tyle, że na znacznie mniejszą skalę. Pierwszy klaps padł chyba w Cannes, z udziałem Jean-Marc Barra, Udo Kiera (wiadomo) no i Eddiego Constantine'na. Ten pierwszy materiał stylistycznie przypomina filmy Larsa z epoki Europy/Elementu Zbrodni.. Mamy dłuższe ujęcia, muzykę Bacha w tle, ale niewiele nam ten segment mówi. Łatwo jest odkryć kolejny „odcinek”, a to za sprawą Eddiego Constatnine'a, który przez ten rok zmienił się bardzo przez chorobę. Muszę to napisać, ale na początku ten film jawił mi się jako apoteoza umierania. Bałem się wręcz, że reżyser nagle zapragnie ciągnąć coraz bardziej chorego aktora przez kolejne lata. Wyobraźmy sobie fabułę filmu, podczas którego z czasem aktorów zaczyna brakować. Zwyczajnie zeszli. Podejrzewam, że gdzieś tam taka opcja kołatała się Larsowi po głowie, dla mnie jednak jest to małe przegięcie. Trier chyba też tak pomyślał, bo dalej widzimy już zmianę stylistyki, reżyser kręci/kręcił Królestwo.

Powiem tak, Lars tak bardzo zachłysnął się tym swoim „kamerem-się-trzęsem”, że fajna koncepcja poszła się jeb@ć. Wszystko jest fajne, ale bardzo koliduje z „pierwszymi latami”. Plusem jest pewne wejście w kino kameralne, ale zabrakło kompromisu z początkiem. Dimension mogłoby się właściwie zacząć od tego momentu, ta estetyka bowiem utrzyma się już do końca. Fabularnie widzimy powrót  pary Udo/Barr.

Zatem kończąc, podobnie jak nieczyste zagrania jest to na pewno bardzo inspirujący projekt. Mnie nie raz kołatało się po głowie zrobienie czegoś podobnego. Czy ktoś, kiedyś, gdzieś nie szarpnął się na podobny eksperyment, oczywiście poza Lynchem? Możemy pokusić się o wysnucie koncepcji filmu jako ekranu kondycji ludzkiej. Pamiętnik, który pod pretekstem fabuły opisuje próbę ogarnięcia czasu. Film i zarazem antyfilm, może ta niespójność jest właśnie zaletą? Może.
Osobiście biorę to na karb buńczuczności reżysera, który po sukcesach na arenie międzynarodowej okrzyknięto został wizjonerem kina, zatem takie Dimension było świetną reklamą. W wywiadzie mówił, że sam nie wie czy dożyje premiery (Spowiedź Dogmatyka). Mówił o absurdalności tego założenia, zatem i ja nie pokuszę się o tworzenie solidniejszej idei.

W sumie film jest w skrócie mówiąc, podsumowaniem twórczości reżysera. Gdyby pociągnąć to dalej, to kto wie, może i styl Dogville by się dało tam zaszczepić:)Albo jakieś zwierzę przemówiło by ludzkim głosem. Powiem tak, projekt Dimension zawiera plejadę nieboszczyków, niestety nie oferuje nam niczego więcej ponadto, co już w kinie Triera znamy. Jak ktoś się do Idiotów nie przekonał, to tym bardziej tutaj nie kupi tej koncepcji. Poza tym, forma i estetyka zaczyna dominować nad koncepcją czasu, bo podobno o tym to miało być. Nie uwierzę też, że Lars utrzymał by całość w jako takiej spójnej formie, już samo to, że pierwsze części to taśma, potem video, potem pewnie by doszła cyfra, zmienia się oświetlenie, krótko mówiąc robi się mentlik. Jednak, fanów twórczości reżysera zachęcać nie trzeba, tak czy siak warto koniecznie Dimension zobaczyć-krótkie przecież jest.

piątek, 18 marca 2011

Spotkasz przystojnego bruneta (2010), reż. Woody Allen

Ostatnio obejrzałem dwie wspaniałe pozycje. Piekielną zemstę z Cagem oraz Spotkasz przystojnego bruneta w reżyserii Woodego Allena, zdecydowałem się omówić tutaj tę drugą.
Po pierwsze, nie jest to aż tak zły film, to film dobry, w dodatku pokazujący Allena od tej lepszej strony. Ten obraz stanowi także ciąg dalszy allenowskich uproszczeń fabularnych, o tym za chwilę, najpierw trochę ogólników.


Wygląda to tak. Reżyseria to kluczowa sprawa, cały film  od strony fabularnej jest niczym horoskop z pism kobiecych.  Postacie są bardzo ogólnikowo zarysowane, ich psychologia opiera się na kilku założeniach, które determinują ich ruchy, wypowiedzi... Tak na przykład pisarz cierpiący na dosyć częstą przypadłość, czyli brak zrozumienia dla geniuszu ze strony bliskich. Kryzys twórczy, małżeński , w sumie dosyć sztampowy schemat. Żona pisarza, zmarnowane życie, rezygnacja z kariery, poświęcenie swoich ideałów na rzecz męża. Matka, porzucona dla młodszej, trauma spowodowana utratą dziecka znajduje oparcie i siły w osobie wróżki Crystal. Jest tego więcej, po co wszystkich wymieniać. To co raziło mnie w Vicki Krysi Barcelonie tutaj wydaje się, ma swoje uzasadnienie. Właśnie trochę przez tę "horoskopową" tematykę. Allen w swoim stylu niczym Bergman koncentruje się na tzw. dramacie rodzinnym. Długie ujęcia w zamkniętych wnętrzach, trochę takiego teatru, czasami telenoweli, odrobina gorzkiego dowcipu. Antagoniści powiedzą, że to tylko plejada ledwo ze sobą połączonych wątków. Odsyłam zatem do Almodovara, który lubił tak tworzyć scenariusze, że każde słowo, każdy gest miał swoje uzasadnienie w finale. Allen nie jest taki. On tworzy historię opartą na jednym pomyśle, tak jakby tworzył wciąż jeden i ten sam film. 



To co mnie fascynuje w tym człowieku to upór. Allen potrafi tworzyć scenariusz lepszy lub gorszy właściwie bazując na najprostszych kliszach. To co my byśmy wyrzucili do kosza, on przenosi na ekran, a krytyka jak zwykle podzielona, nie ma pewności czy Allen już się skończył czy jeszcze nie.
Wróćmy jeszcze do filmu. Mało widowiskowa rola Naomi Watts, czy przerysowana kreacja jej matki. Karykatura Hopkinsa, która nabiera cech dramatycznych o wiele za późno, gdyż film się kończy. Nieco naiwne potraktowanie tematu, z cyklu „reinkarnacja, życie po życiu, kontakt ze zmarłym”. Zbyt ironicznie, zbyt powierzchownie, tak jakby reżyser chciał powiedzieć. „Ten film wyśmiewa nadzieję.” Josh Brolin ma tak dobrane kwestie, że w życiu nie uwierzyłbym, że to pisarz, autor bestselleru, niedoszły lekarz. Spartolona robota, jednak i tak jest co oglądać. Jest tam motyw rozmowy matki z córką o pożyczce. Świetnie zrobiony. Jest też rozmowa Naomi z Banderasem, kiedy jedno zamierza wyznać uczucia drugiemu. Coś pięknego. Allen zrobiłby ten film lepiej, ale zgubiło go tworzenie tzw. drugiego dna. Może nie tyle o głębie mi chodzi, co o jakieś uzasadnienie uzasadnienia? Jest nawet narrator, a po kiego grzyba.A przecież najlepsze momenty w filmie to ta życiowa oczywistość. Że lubimy śnić, że szukamy pocieszenia, że mamy wszystko tylko tego nie dostrzegamy. Niestety jest to tak przedstawione, że trudno określić, czy to jest historia kilku ludzi, moralitet czy komedia w stylu „Cztery wesela i pogrzeb”.

Tak więc polecam i nie polecam. To jest niezły film, ale daleko mu do miana „dobry”. Dotyka on jednak takiej wrażliwej nuty, chyba każdego z nas. Określamy siebie przez pryzmat naszych planów, a nie czynów już dokonanych. Przez co lubimy czuć się zgorzkniali, niedocenieni. To co mamy jest zarówno nagrodą jak i karą. Trzeba umieć jednak umiejętnie postawić poprzeczkę, bo będziemy wyglądać niczym bohaterowie filmu Woodego Allena.

Chyba tyle.

poniedziałek, 7 marca 2011

Essential Killing (2010), reż. Jerzy Skolimowski

Jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów. Polowałem nań i jak to bywa, nadzieja bywa złudna. Piszę to z żalem serca, bo Jerzy Skolimowski to dla mnie jeden z najważniejszych polskich reżyserów. Ci co wiedzą jak go cenię zrozumieją mój ból, gdy to piszę.
To film na festiwal, porusza ważny temat, powielany, to film o ludzkiej godności i kilku rzeczach. Można sobie pointerpretować jak kto woli. 



Zacznijmy od początku, Jerzy Skolimowski miał wizję, pomysł na scenariusz. Kluczem jest scena wypadku, tak naprawdę to od niej wszystko się zaczyna.. Vincent Gallo jest Arabem, Mohamedem, brudasem, którego Amerykanie muszą od czasu do czasu tak nazwać. Ta stronniczość od samego początku mi przeszkadzała. To, że Arab walczy o życie, boi się, naciska spust i żołnierze są martwi, zwłaszcza w trakcie rozmowy o paleniu marihuany świadczy bardzo źle o reżyserze. Bo zauważmy, w Moonlighting Jurek opisał Polaków z perspektywy Anglika. Udający naszego rodaka Jeremy Irons swoim akcentem sprawił, ze Nowak jest postacią jakby to powiedzieć trafiającą do widza każdej narodowości. Tutaj raz, że patent został powielony, dwa, że uproszczony, trzy że po kilku minutach wiadomo znamy lajtmotiv tego filmu.

Mohamed czyli Gallo szarżuje, nie pasuje tak bardzo do otoczenia, że aż się to wydaje niewiarygodne. Co mniej jednak najbardziej martwi to psychologia. Mam wrażenie, że Skolimowski zbudował tę postać na samych stereotypach i na koniec uczynił go aniołem.Weźmy te retrospekcje (czytaj zapychacze) albo biały koń. A sceny w tym filmie jak ta z cycem z czy z Emanuelle Polański to wyglądają jakby je wymyślili na planie. Poważnie, od strony scenariusza to bardzo cienka rzecz,

Powiem tak, gdyby ten film nakręcił jakiś debiutant to by pewnie go zjechano, ale i jakieś pozytywne rokowania na przyszłość by padły. Mam wrażenie, że cała ta zabawa to jakiś koncept, który z jakiegoś powodu musiał zostać nakręcony. To film który właściwie niczego nie mówi, poza tym, że człowiek, bez względu na wyznanie zrobi wszystko aby przeżyć, co nie czyni go jednak zwierzęciem Taka osoba wygląda jak ci ze szkoły przetrwania w trudnych warunkach. Żadne gadki o bazach CIA w Polsce tego nie zmienią. Film musi być wiarygodny, a Skolima wpisał się niechcący w kino zaangażowane. Pewnie nie o to mu chodziło, pewnie chciał zrobić z tego jakiś uniwersalną gawęde, ale wyszło to jak wyszło.

Plusy, też są. Urzekły mnie krajobrazy oraz muzyka.

Prawdziwe męstwo (2010), reż. Bracia Coen

Napiszę o tym filmie to, co udało mi się zapamiętać. Oskara dla filmu nie ma, bracia zaliczyli niezły sukces kasowy, a sam film? No cóż, sama produkcja uparcie wpisuje się w pomysłowo wykorzystywany schemat, do jakiego przyzwyczaiło nas rodzeństwo Coen. Mamy tutaj odrobinę tego humoru, mamy pewną oniryczność, kreacje aktorskie, zastosowanie pewnej kliszy... Po pierwsze dla mnie ten film nie jest westernem. Są konie, kopyta, ostrogi, rewolwery, komboje i pojedynek. To właściwie tyle. Z westernu pozostała jedynie scenografia i rekwizyty. Co do scenografii to właściwie też tak nie do końca, większa część fabuły toczy się na tych ichnich stepach, zatem może nie mówmy o scenografii. Lepszym określeniem będzie „fauna”.

Schyłek epoki wielkiego dzikiego zachodu. Stróż prawa to alkoholik, bełkocący Jeff Bridges, nieco przerysowany rendżer Matt Damon zostają, mówiąc w pewnym uproszczeniu wynajęci do schwytania mordercy ojca przez młodziutką pannicę, imienia której zapomniałem. Wokół tych postaci skupia się fabuła.


Pierwsza myśl po seansie była taka, że to film nie o samej zemście, ale o jej zasadności. O tym, że cżłowiek tak naprawdę ulega jakimś pierwotnym pokusom, aby zadać bliźniemu ból, a najlepiej śmierć i to uleczy jego poczucie krzywdy. Ta pannica jest wg mnie osobą odrobinę wypaczoną ideałami o wielkiej odsieczy dobrego rewolwerowca przeciwko hordzie bandytów. Jest cwana, jak na swój wiek, zbyt bystra i bezlitosna.
Ona jedna pasuje jak ulał do tego schematu. Bracia Coen tak to wymyślili, że umieszczając to dziecko pośrodku „rzeczywistego” świata, gdzie tak naprawdę nikt nie jest ani dobry ani zły., tylko do bólu pospolity. Szeryf to dobry człowiek, ale chleje. Ten teksański ranger to jakiś idealista, wyjęty chyba z innego filmu, ale to tak naprawdę pierdoła.( O Joshu Brolinie za chwilę). Tacy ludzie mają wymierzyć sprawiedliwość.
Ta wędrówka, którą podążają tak naprawdę niczego ich nie uczy. Monologi szeryfa o swoim małżeństwie, przechwałki rangera... tak naprawdę dziewczyna zrozumie o co chodzi, gdy będzie już stara. Że ważniejsze jest coś innego, że szeryf na kilka minut poczuł się ojcem i że zemsta niczego dobrego nie przyniosła. Pewną wskazówką jest postać znachora przebranego za niedźwiedzia.
Bracia przyzwyczaili nas, że nie dają wprost wskazówek o czym tak naprawdę chcą powiedzieć. To ich wielki talent, że człowiek wyłapuje pewne ogniwa i tworzy zupełnie nowy łańcuszek interpretacji, w końcu po to chyba jest sztuka.

Na końcu kilka słów o postaci Josha Brolina. To on jest celem naszej trójki. Widzimy człowieka, który boi się, że zostanie oszukany, że dla wspólników jest niewygodny, to w gruncie rzeczy postać tragiczna, nie ma ona bowiem nawet charakteru, nie wiadomo nawet czy zasługuje na zemstę.
Czy ten wąż to jakiś tam symbol szatana, który się o swoje upomina? Czy to, że szeryf przeżył zawdzięczamy precyzji Matta Damona? Czy podsunięty na koniec motyw, że szeryf zajął się sztuką cyrkową nie jest aby wskazówką, że to film umowny?
Powtarzam, dla mnie to żaden western. Nic tutaj nie jest takie jak być powinno, co z tego, ze kopyta, że konie, że rewolwer. To po prostu bracia Coen.

------------------------------------
To chaotyczna wypowiedź. Nie chce mi się pisać o kreacjach aktorskich, Matt Damon mnie trochę irytował. Dialogów mogło być więcej, ale o tym już pisała większość. Film mi się podobał, ufam, że bracia nakręcili to dla pieniędzy, liczę na bardziej „osobisty” projekt.

wtorek, 18 stycznia 2011

Ognisko zapalne (1979), reż. Bela Tarr

Mam słabość do jego filmów. Łatwiej jest mi nawrzeszczeć na Wernera Herzoga niż na autora Satantanga. Jego debiutancki długi metraż stylistycznie i co gorsza jakościowo odbiega od jego późniejszych dokonań. Film, któremu można wytknąc wiele porusza właściwie oklepane motywy pt. Życie za komuny. Mnie to najbardziej przypominało Kobietę samotną Holland. Tutaj łównym dominatorem jest aspekt mieszkalny. Chyba trzy rodziny mieszkają razem pod jednym dachem, niestety wiele o tym nie wiadomo. Główną bohaterką jest kobieta pracująca w fabryce marząca o własnym lokum. Na razie mieszka u teściów, którzy ją podejrzewają o najgorsze. Że jest dziwką, że wydaje pieniądze,...no kula u nogi. po prostu. Jej mąż to były wojskowy, sympatyczny facet, który właściwie nie ma własnego zdania. Ona walcząca z przeciwnościami dusi się w tej ciasnocie, on sobie spokojnie popija i niewiele ma do powiedzenia.



Trywializuję, ale mam prawo. Tarr w jednym wywiadzie sam przyznał o licznych błędach tego obrazu, mówił, że kiedyś był idealistą. Wydawało mu się, że wystarczy mieć kamerę i świat się dowie (czyt.będzie zbawiony).Potem zmądrzał i inaczej do tego podszedł. Jednak pomimo tej jego młodzieńczej postawy dużo dobrego ten film zawiera.



Widać inspirację Cassavetesem, widać ten styl, który właściwie od Almanachu wyniesie go do czołówki, widać wreszcie, że chłop pomysł miał. Co ciekawe, te problemy, które przeżywają bohaterowie są namacalne. Łatwo sobie je wyobrazić, nie ma tam jakiegoś przesadnego politykowania. Tarr po prostu opisał tę historię stylizując obraz na dokument. Niechaj ludzie po prostu powiedzą czego pragną. Błędów jest tutaj dużo, zbyt wiele, aby je wymieniać, one niestety nie zachęcą potencjalnych odbiorców reżysera. Osobiście bym ten film odradzał, polecał go jako ciekawostkę w dorobku reżysera. Muszę jeszcze zaliczyć Outsidera i Ludzie z prefabrykantów. Podobno to też nie najlepsze obrazy Tarra, podobno.

Największa wada Ogniska to...scenariusz. Nie dopisane wątki, albo inaczej, poruszone, zaczęte,, naszkicowane a potem porzucone. To niechlujnie wygląda. Domyślam się, że młody Tarr chciał pewnie zaszokować widzów warunkami życia bohaterów, ale wyszło to tak, że nawet nie wiadomo z początku kto jest kto. Są trzy rodziny, a ja widzę dwie, trzecia gdzieś się pałęta, żeby wypełnić kadr. Dalej, kamera z ręki mi odpowiadała, ale widać ewidentnie brak pomysłu na jakąś ciekawszą operatorkę. Krótko mówiąc, jakby Kulturek coś takiego nakręcił, to może by mu i pokaz na NH zrobili, ale widownia by się odrobinę wierciła. Film jest spięty klamrą, tak, że w sumie po obejrzeniu cżłowiek ma tam jakąś refleksję, niemniej jednak zbyt wiele pytań postawiono, anegdota choćby nie wiem jak ciekawie się zaczynała, gdy ją urwiemy w połowie drażni. Zaryzykuję stwierdzenie, że Tarr nie myślał wtedy o sobie jako reżyserze, bo ten film jest wręcz łopatą na stół wrzucony. Biorąc jednak pod uwagę progres Węgra, trudno mi jednoznacznie ocenić Ognisko. W końcu miał wtedy 24 lata i zapewne chciał Ogniskiem komuś zwyczajnie i po ludzku przypier—lić.

Stop for Bud (1963), reż. Jorgen Leth

Zanim nakręcił Człowieka Idealnego, Jorgen Leth popełnił taki krótki metraż. Jak ktoś widział Człowieka to podobieństwa zauważy. Mnie póki co zafascynował ten debiucik. Co prawda widać tam pewne niezdecydowanie pomiędzy awangardą a klasycznym podejściem do formy dokumentu (jaka by ona nie była). W końcu jego styl musiał się w pełni ukształtować. Niemniej i tak jest to ciekawy obraz. Minimalizm, odrobina industrialu i muzyka jazzowa w tle. Bardzo ciekawy początek kariery.

Zapraszam



Planuję obejrzenie jeszcze Motion Picture. Dzisiaj wieczorem to wrzucę. Acha, wiedzieliście, że Jorgen ma bloga?

środa, 12 stycznia 2011

Making off Nosferatu reż. Werner Herzog

(kurcze, dużo tu tych herzogów)

Krótko bo o szorcie mowa. Ja mam słabość do takich perełek. Wszelkie making offy, reportaże z planu, publikowane na zasadzie promocji, ciekawostki albo czystego marketingu są dla mnie dopełnieniem tego właściwego obrazu. O Nosferatu właściwie powiedziano już wystarczająco wiele. Estetyka tego horroru nawiązująca do legend o wampirze, potworze, który wzbudza lek, ale który jest osobą samotną oraz te Herzogowskie zdjęcia. To był jeden z jego najlepszych okresów. Dla mnie film Herzoga nic a nic się nie zestarzał, oglądam go z przyjemnością, dalej mnie czaruje, hipnotyzuje, no i ta muzyka…



Ów making off swoją formą nie wyróżnia się niczym innym od tego typu produkcji, ma tylko jedną wadę. Czas trwania. Ledwo 13 minut proszę państwa, no po prostu musi pozostać niedosyt. Trochę za mało wywiadów, właściwie jest tylko Herzog oraz np. wypowiedzi z offu Kinskiego Klausa. Za to możemy zobaczyć preparowanie placu, chyba w Holandii to się odbywało, widzimy jak Herzog szarpie owieczkę, bo ta nie chce usiedzieć na miejscu albo makijaż dla Kinskiego. W sumie nie dziwię mu się, że go cholera brała.

Co warto zauważyć, Herzog lubi samodzielnie robić klapsy, trzymać kamerę a nawet miesza się ze statystami, żeby kontakt lepszy był. Taki Polański to ogląda wszystko przez tę swoją lornetkę, a Werner kruca zakłada kaptur i biega jako aktor po planie.
No i taka refleksja mnie naszła, że gdzieś tego starego Herzoga zaczyna mi brakować. Nie mam nic do Złego porucznika ani My sona, ale to już jakby nie to. Jeżeli ktoś coś wie na temat Making Offu ze Stroszka albo Woyzecka to również rad bym bardzo był.

Filmik do obejrzenia tutaj. Zapraszam

sobota, 8 stycznia 2011

Weekend (2010), reż. Czaruś Pazura

Trochę głupio jest się pastwić nad tym filmem. Jest to bowiem przykład dzieła bezbronnego, nie sposób pisać o WEEKENDZIE pozytywnie, bo też jest coś irytującego w postaci Czarka Pazury. Aktor ten, którego można lubić bądź nie jednak jest w pewnym sensie marką. Ma on ten swój wkurzający stajl, opatentował efekt kretyńskiej jąkały się dzięki Ślesickiemu, pograł sobie w serialu i robi wszystko, żeby unikać grania czegokolwiek innego niż w filmach poprzednich. Jeżeli przyjmiemy, że reżyserką zajął się dla zwykłej zabawy, zgrywy albo dla powiedzmy wrażeń, wtedy jesteśmy gotowi nawet mu ten Weekend wybaczyć. Ale tak nie jest, nie pytajcie dlaczego, tylko obejrzyjcie ten gówniany film. Tam widać taką pieprzoną pewność siebie, tam aż bije po oczach jasna i klarowna wizja na udany film. Tam czuć budżet, zaangażowanie...bezczelność godna samego Tarantino.

Zawsze marzyłem o pracy z profesjonalistami (Łukasz Turek)


Ale to za chwilę,  zastanawiałem się jaki charakter ma mieć ta moja recka, bo nie wiedzieć czemu, ale dałem Pazurze kredyt zaufania. Coś mi się wydaje, ze podobny kredyt udzieliło temu aktoru społeczeństwo. Przyłapałem się na tym, że doszukiwałem się do ostatka jakiejś ukrytej metafory, czyżbym miękł? Teraz tak, film ma dosłownie kilka niezłych dialogów, poważnie, scenariusz jest prowadzony na zasadzie stylu zerowego. Wymuszony dowcip, wymuszona pointa, ale to nic, bo Czaruś uprawia zawody kolarskie w prześciganiu się z zajebistością. Tam w każdym epizodzie, musi być wszystkiego za dużo, tyle, że to jest paradoksalnie tym co psuje, irytuje, wkurza i  rozbija efekt. Tam mamy sytuację, w której Pazura kopiuje np. Tarantino, głównie jednak Guya Ritchie, ale robi to w sposób przedszkolny. No i te patenty, tak jakby scenopis robił on ,Pazura samodzielnie. Jest to film bardzo infantylny,  zrobiony bardzo źle.  Najgorsze, środki były i może nawet pomysł na tą historię mógłby przejść. Zabrakło profesjonalizmu, za to zwyciężyło gówniarstwo.  Gdybym jednak zasugerował panu Pazurze stworzenie kina o surowej teksturze, pozbawionego tej kretyńskiej przesady, to bym pewnie po ryju dostał. Oto kolejny pierdolnięty domorosły krytyk filmowy, który uważa, że kino to nie rozrywka.

A teraz o plusach, bo są właściwie dwa. Podobał mi się zegarek i wskazówki, efekt co prawda dla efektu, ale przyzwoicie zrobiony. Ta sztuczka intryguje, widz jest zdezorientowany, myśli, że film będzie napchany fajnymi efekciorami, widz kupi bilet.  Brawa za koncept.
Druga rzecz to wykreowanie pewnej estetyki. Reżyserowi jednak się udało, uwierzyłem, że ten świat jest zły, że kobiety to dziwki, a bohaterowie są gangsterami, umieją walczyć i nikt im nie podskoczy. Pazura dokonał tego w taki sposób, że pozbawił Weekend wszelkich elementów  „zwykłych”. Oczywiście poza serialową sceną jedzenia śniadania, to gangsterzy cały czas są w tych marynarkach, rozmawiają w sposób amerykański, no i mają takie fajne poważno-smutne minki. Mamy także pościg samochodowy, przekleństwa, muzyczkę oraz panienki lekkich obyczajów. Widz (ten najmniej wymagający) w to uwierzy, wychodząc z kina, będzie patrzył na ulicę jak bohater Weekendu. Nawet „palpfikszynowy” dialog w knajpie o gejach wyszedł ciekawie- oczywiście do pewnego momentu.


poniedziałek, 3 stycznia 2011

Śledztwo prowadzi radca Heumann-suplement

Wśród nocnej ciszy,  reż. Tadeusz Chmielewski









No i obejrzałem „Wśród nocnej ciszy” w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. Obiecałem sobie, że postaram się zachować obiektywizm w stosunku do ekranizacji dzieła Fuksa. Pierwsze wrażenia dotyczą chyba pewnego uproszczenia narracji na język filmowy. Reżyser zrezygnował z dosadniejszej charakterystyki Wiktora Hermana (książkowego Vickiego Heumanna) oraz jego przyjaźni z uprawiającym nieco hedonistyczny tryb życia kolegą. Wątek homoseksualny został w obrazie delikatnie podkreślony, ale już np. palenie papierosów, picie alkoholu, wizyty w knajpach Chmielewski pominął. Także wątek ucieczki do Turcji został nieco strywializowany na rzecz rejsu statkiem Przygoda. To oczywiście nie ma wielkiego znaczenia dla fabuły, może poza chronologią. U Fuksa rzecz się dzieje przez kilka miesięcy, tutaj mamy ostatnie dni przed wigilią, i znów punkt dla Chmielewskiego. Estetyka świąt, radosny nastrój kolęd ciekawie kontrastuje ze zbrodnią w tle. Nie wiem, dlaczego pominięto osobę kamerdynera, to bardzo ważna postać, również postać Rastera nabrała w filmie nowego kształtu, ale tutaj akurat inwencja Chmielewskiego zabrnęła za daleko. W pewnym momencie radca Herman zaczyna przypominać bohatera filmów o relacjach ojciec i syn. Niepotrzebne to było.

Zatem króciutkie podsumowanie, film ma formę o wiele bliższą dla stylistyki kryminału, nawet trillera, niż książka. Zdajemy sobie jednak sprawę, że cytowanie autora mogłoby zakłócić przystępność obrazu. Odrobinę brakowało mi tego pazura, agresji. Chmielewskiemu wyszedł film w sam raz na seans „po dzienniku”, w pewnych momentach reżyser pomysły Fuksa zastępuje schematami, ale trudno. Forma Śledztwa niczym Gombrowiczowska Pornografia epatuje w taką formę liryki, że niewymagający widz zacząłby ziewać. Mogę zasugerować, że Chmielewski nakręcił film do bólu niezobowiązujący, ale oglądało mi się to bardzo dobrze. Szkoda, bo tematycznie bliski Palacz Zwłok został potraktowany jak należy, jest filmem wybitnym, wśród nocnej ciszy jest niestety tylko poprawną produkcją.

środa, 29 grudnia 2010

Film miłosny (2003), reż. Julio Bressane 18+


[sex, fellatio, penetration, milk-bottle, penis, cum-swapping, female-masturbating, shaving, female-frontal-nudity, shaved-vagina, unsimulated-sex, bathtub-scene, black-and-white, cum-shot, strip, love-triangle, lesbian-kiss, posing nude, lesbian-cunnilingus, male-masturbation, banana, milk-bath, shaved-pussy, itd ]


To powyżej to Tagi, które przepisałem odręcznie. Mogą one zachęcić potencjalnego widza do rychłego skonsumowania  Filme de Amor..

Film miłosny w reżyserii mało mi znanego Julia Bressane jest jedynym znanym mi dotąd obrazem, którego artyzm piętnuje samego siebie. Brzmi to może niedorzecznie, ale tak jest. Ktoś mi wspominał ongiś o Zwierciadle Tarkosia, który stworzył film nieprzystępny, korzystający już to z efektów wizualnych, poetyckich ze sporym dopiskiem autobiograficznym na marginesie. To skrajny przypadek filmu, któremu nie sposób odmówić jednak piękna oraz reżyserskiego kunsztu.
Film miłosny co prawda nie zawiera osobistych refleksji twórcy z poza kadru, niemniej reżyser na każdym kroku udowadnia, że mamy oto do czynienia z obrazem artystycznym i awangardowym. Wybijająca się poza kanon technika portretu trojki współżyjących bohaterów nie tylko wystawia widza na ciężką próbę, ale też sprawdza stan naszej wiedzy o kinie.



To swoisty misz masz, pięknie sfilmowany zawiera w sobie elementy awangardowe, Ingmara Bergmana, nowa fala, czemu nie, są i takie nawiązania. Długie ujęcia kamery podążającej za naszymi bohaterami, zmiana kolorystyki, kurde balans. Film ten zasługuje na każdą obelgę i pochwałę jakie mu nadano. Na imdb ktoś napisał, ze to najgorsza rzecz jaką widział, inny głos wspomina, że nadmiar artyzmu tworzy pretensjonalność. Czyżby reżyser chciał się wykazać?

Problem, przynajmniej dla mnie to sama ewolucja reżyserska. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, jakby wstęp kręcił kto inny, ktoś inny odpowiadał za zdjęcia w mieszkaniu a jeszcze inny w plenerze. Oczywiście wstawki z filmów porno przemilczę. Kamera raz jest statyczna, nieruchoma, by w dalszej części poruszać się płynnie po planie. Jeden Boruta wie, czemu to miało służyć. Piękno Filmu Miłosnego tkwi w nim samym. W każdym kadrze pokoju, to co początkowo wydaje się mało atrakcyjnym filmem, przekształca się. Miałem uczucie, że reżyser nakręcił projekcje snu, chociaż to może niezbyt adekwatne określenie, ale mieszkanie kochanków to jakby świat z innego wymiaru. Ich sposób wyrażania, teatralność, egzaltacja gestu, ich seksualność, cielesność…to są wszystko elementy tworzące niesamowity kolaż. Widz uczestniczy w tej karykaturze skrajnie seksualnego stylu bycia. Na oczach naszych bohaterowie stają się kimś innym. To ten rodzaj nihilizmu, który został ubrany w szaty performance. Kto wie, czy nie byłem świadkiem artystycznej pornografii? Może, nie przeszkadza mi to wcale.


No i tak, Ostatnie sceny sprowadzają nas na ziemię, ale pytanie czy takie filmy mają racje bytu? W środowisku awangardzistów, a sprawdziłem był, że ten reżyser za takiego uchodzi, Film Miłosny, nie mam wątpliwości swoją rangę ma. Na takich NH  coś takiego pewnie by zaistniało, tyle, że to trochę tak jak z Limitami Jarmusha. Gromadka wybrańców będzie na ten film patrzeć z otwartymi nosami, reszta po zrobieniu dobrej miny do złej gry, zada sobie to pytanie: WTF?!?

Korciło mnie, żeby sobie coś jeszcze pana Bressane odhaczyć. Trafiłem na  film o Fr. Nietzche w Turynie. Wyłączyłem po 30 minutach, no nie wiem, albo ja za głupi na to jestem albo jeden Zeus wie, na czym to to się opiera. Mam jeszcze w planach Szczurze ziele, które po zajawkach wydaje mi się o wiele bardziej przystępnym obrazem, ale to planuję na przyszły rok.

No i przy okazji ogłaszam, że podsumowania 2010 nie zamierzam czynić, jakoś nie mam na to ochoty zwyczajnie. Wszystkiego dosiego zatem.!!!

Zgadnijcie, czy jest wyjaśnione, dlaczego u licha one tak leżą?

wtorek, 21 grudnia 2010

Pokój w Rzymie (2010), reż. Julio Medem

Trochę ten film stracił w moich oczach, a to za sprawą kampanii reklamowej. Bodajże na stronach FW był dwuznaczny plakat w stylu 2 girls 1 tube, od razu pojawiło się posądzenie o efekciarstwo. A przecież każdy, kto zetknął się z twórczością Julio Medema wie, że seks w jego filmach, często dosyć sugestywnie pokazany służył tylko jako pretekst. Co nie znaczy, że ten film akurat musi na tym zyskiwać/tracić, ale o tym później. Pokój jest póki co, najsłabszym według mnie, obrazem pana Julia, który dane mi było zobaczyć. Sprawa się jednak o tyle komplikuje, że jakoś w pewien sposób ta historia trafiła do mnie. Dlatego moja krytyka od której zacznę następny akapit, a która zdominuje ten tekst powstała odrobinę na przekór.



Po pierwsze warto zauważyć pewien drobiazg, dziewczyny (Rosjanka i Hiszpanka), które spędzą ze sobą noc w tym pokoju, są cudzoziemkami. Mówią po angielsku jak osoby, które dobrze znają ten język, ale brakuje w ich wyrażenia tego potocznego sznitu. Niełatwo się do tego przyzwyczaić, ale z czasem okazuje się, że ta historia robi się wiarygodniejsza, ludzka. Czyli Medem stworzył dwie kobiety z krwi i kości, postanowił, że przypadkowe spotkanie ma jeżeli nie odmienić, to przynajmniej wywrzeć trwały ślad na ich późniejszym życiu. Jednak jest tutaj coś z czym Medem sobie nie poradził. Na przykład Lucia i sex było filmem, który zawierał kilka zgrabnych metafor, pokazane były tam relacje oraz czynnik który je pozornie wyróżnia-miłość w najbardziej seksualnym znaczeniu tego słowa. Która oddala od siebie ludzi , miast łączyć. Tutaj pokój dziewczyn niestety okazuje się zbyt ciasny, dlatego reżyser umieścił w nim dzieła sztuki i trzeba solidnie pogłówkować,by uświadomić sobie, że stanowią one jedynie dekoracje, ot takie coś, żeby wzbogacić fabułę. To zupełnie zbędny zabieg, ale konsekwentnie przedstawiany, widz będzie musiał wziąć to pod uwagę, albo co gorsza, podnieść ocenę o oczko wyżej. Reżyser dobrze wiedział, że nadmiar słów może stać na przeszkodzie odbioru filmu, nadmiar sexu także, zatem wtrynił te obrazy. Wiszą sobie i wiszą, a my  kurcze klaskamy zadowoleni, że dziewczyny są takie wrażliwe na sztukę.

Jedziemy dalej, początkowo scenariusz zakładał taką stopniową nieufność dziewczyn wobec siebie, zatem w przerwie pomiędzy stosunkiem one opowiadają sobie o swoim życiu w tzw realu, ale szybko okazuje się, że jedna okłamała drugą. Odbywa się to tak, jedna coś mówi, druga na chwilę zastyga, poważnieje i zaczyna się zwierzać. Z czasem zaczyna dominować szczerość ale reżyser zbyt szybko wywlekł to na powierzchnię, do końca filmu jeszcze zostało dobre pół godziny, może więcej, a one już tajemnic przed sobą nie mają. Mamy epizodzik z recepcjonistą/kelnerem Maxem, który mógłby stanowić ciekawy kontrast, ale tak nie jest. Max i jego znaczenie staje się marginalne, przerywnikowe, efekciarskie a reżyser konsekwentnie stosuje minimalizm, no cóż.

Pasuje mi teraz napisać, że w pewnym momencie bohaterki zaczynają uświadamiać sobie, że przeżyły coś niesamowitego, że kto wie, może dałoby się żyć razem. Zostawić przeszłość w cholerę, ale słabo to wychodzi. Pretensjonalnie, widz czyli ja ma dość, skojarznie z dramaturgią telenoweli może i na wyrost, ale płycizna emocji, najprostszy sposób ich ukazania skutecznie odstrasza. Końcówka jest już przedłużana, a reżyser wymyśla zabieg z prześcieradłem i to jest chyba najfajniejsza metafora tego filmu. To jest coś, co każe nam myśleć o Julio Medemie, jako zdolnym artyście, ale to mało, o wiele za mało.

Reżyser nie pomyślał, że napisał film do bólu ogólny. Że ten sposób jest szalenie trudny, nieprzyjemny i wbrew pozorom niewdzięczny. Nie da się pokonać nierówności, chyba, że postawilibyśmy na dogmę i Larsa Von Triera. Ten stworzyłby odważny film, surowość pomieszczenia z nad ekspresją aktorów, uwierzyłbym w coś takiego. Julio pragnął stworzyć film intymny, kameralny, ale wyszło z tego coś pośrodku. Raz jest tak, a raz siak. Amorek i przebite serce, satelitarne zdjęcia, Bing i Apple Mac. Max śpiewa arię, którą każdy zna ze słyszenia, a dziewczyny w dziewiczo-białych szlafrokach jedzą śniadanie. Ech, jak ja nie lubię w ten sposób patrzeć na filmy. Chyba tylko strona erotyczna Pokoju się broni, no ale kurcze, za stary jestem, żeby o tym pisać zaraz na początku tekstu.

środa, 15 grudnia 2010

Synekdocha, Nowy Jork [2008], reż. Charlie Kaufman

Za ten film zabierałem się chyba z tuzin razy. Trochę mi teraz głupio pisać o nim, to trochę jak musztarda po kolacji. Obojętnie koło tego obrazu po prostu przejść się nie da, te moje chaotyczne wypowiedzi proszę traktować jako próbę złożenia kupy w całość (i odwrotnie).



Przyznaję się też bez bicia, że Synekdocha to film, który wzbudzał ( i dalej wzbudza) we mnie wyjątkowo skrajne emocje. Od znudzenia przez zaciekawienie, irytację i rozczarowanie, po zachwyt. Film pana Kaufmana możemy śmiało zaliczyć do kuriozalnych przykładów kinematografii, kiedy obraz/twórca staje się pretendentem do przesunięcia granic formy jako takiej na grunt teatralny. Niekoniecznie ten proceder odbywa się pod względem wizualnym. To też. Głównie film czerpie esencje z samego jądra definicji dramatu. Mała dygresja odnośnie dramatu wagnerowskiego. Jego twórca, Ryszard Wagner dążył do pozbawienia opery swojego „komercyjnego” charakteru. Oczywiście mówimy w dużym uproszczeniu, a wracając do Synekdochy. To jeszcze nic nie znaczy, znamy takie przypadki, ale w tym wypadku może to być największy gwóźdź do trumny dla tego filmu. Miejscami miałem wrażenie, że obserwuję podręcznik dramaturga w transkrypcji na życie Cadena Cotarda.

Reżyser, który zasłynął jako twórca niebanalnych scenariuszy mógł stworzyć obyczajówkę, dziełko silące się na prostym zabiegu. Oto znany i ceniony dramaturg odkrywa, że jego życie jest puste i pozbawione celu. Po odejściu żony z dzieckiem pragnie on zrekompensować swoje życie. Pragnie stworzyć dzieło totalne, nie wie, że do samego końca oszukuje siebie samego. To co widz potrafiłby się domyśleć już po pół godzinie seansu, autor dramatu pozostawionego bez tytułu musi stopniowo uświadamiać sobie co jakiś czas. Teraz najlepsze, Kaufman doskonale o tym wie, gra widzowi na nosie. Kusi go tym prostym rozwiązaniem. Pierwszy nasuwający się nam wniosek - osią filmu są egzystencjalne rozterki bohatera. Jego wykreowany bohater przechodzi na oczach widza pewne przepoczwarzenie. Bohatera filmu w bohatera dramatu. Notabene, na Filmwebie w opisie czytamy taki tekst: granice pomiędzy jawą a rzeczywistością powoli przenikają się”. Cytat jest oczywiście niedokładny, ale mniejsza.

Do głosu dochodzi zatem nie tylko egzystencjalizm, ale także klasyczna freudowskie libido bohatera, w pewnym momencie możemy wysnuć wniosek, że Caden Cotard jest gejem. Mamy także dramat artysty niespełnionego, romantyka i nihilisty zarazem. Mamy także klasyczny lęk przed śmiercią z równie do bólu sztampowym poczuciem winy. Przekrój, leksykon, oto jacy są bohaterowie sztuk wg Charliego Kaufmana.

Naturalnie reżyser tworząc scenariusz wywracając schemat bohatera filmowego, ale mało tego, on kaleczy „przekształca” także swój film Znowu uproszczenie, to ten rodzaj scenariusza, który nagle zaczyna przypominać scenariusz jego bohatera. Zabieg o o tyle czytelny, że aż niewiarygodny. Film zyskuje przez to głównie na długości. To także swoista pułapka. Prosty eksperyment, aby sobie to uświadomić. Jeżeli David Lynch tworzy spontanicznie swoje scenariusze, pisze na zasadzie intuicji, ewentualnie w grę wchodzi manipulacja widzem, osiągnięta są pomocą inteligentnego podkreślenia formy, to podobnie Kaufmann, aby uwiarygodnić nieudolność dramatu Cadena Cottarda również dokonuje hochsztaplerki a film zaczyna przypominać sterowiec Zeppelin, którego spotka wiadomy los. Zatem Kaufmannowi nie chodzi o reżyserię, chodzi mu o odpowiednie oświetlenie upadku.

Żeby nie było, to nie porównanie do Davida Lyncha. Jednak zarówno u jednego jak i u drugiego czuć ten niepokój „czy ja przypadkiem nie dorabiam sobie jakiejś ideologii”? Zatem Synekdocha jest filmem zarówno złym jak i genialnym? Czy tak się powinno kręcić filmy? Czy gigantyzm scenariusza, a trzeba podkreślić, ze miejscami Kaufmann objawia iście mistrzowski talent teatralny, nie psuje obrazu jako całości? Przecież to chyba jeden z najbardziej nierównych obrazów jakie widziałem. Reżyser wprowadza wątki ważne dla fabuły opieszale, na plan pierwszy często dochodzą grymasy, westchnienia. Chwilami odczuwałem przesyt obrazem Cadena, marudzącego dla samego marudzenia. W filmie nie uświadczymy płynności w dialogu jak w dramatach Woodiego Allena. Pointy są odbierane przez widza dopiero w odniesieniu do pewnych sytuacji, te lubią pojawiać się po jakimś czasie. Streszczenia tego filmu nastręczyło mi olbrzymią trudność, moja żona patrzyła na mnie jak na osobę psychicznie chorą. Od kwestii „sprzątaczki” trzeba wziąć pod uwagę na karkołomność obrazu, Te hippiczne popisy reżysera są ciekawe, jednak chodzi tutaj raczej o sens ich zastosowanie. Tworzy się więc metafora, która ma olbrzymi transparent „ KINO METAFORYCZNE”. Niestety jest nawet gorzej, Kaufman (możliwie, że świadomie) powiela patent z „Być jak John Malkovich”

Na szczęście, to co słabe dla filmowego języka, ratuje dramat. Sztuka teatralna to potężne medium, film Kaufmanna nie był w stanie unieść takiego ciężaru. Proponuję więc oglądanie go pod takim kątem. Nie jako filmu, nie jako syntezy tychże, ale jako projekcje Cadena Cotarda ergo Charliego Kaufmana. Wtedy te pozornie słabsze elementy filmu, jego nierówność, optyczna oszczędność nie zdeterminują wrażenia przy seansie obrazu. Niewykluczone, że za jakiś czas będzie on stałym elementów warsztatów w szkołach filmowych. Powodzenia moi mili, zapraszam i gorąco polecam.

czwartek, 9 grudnia 2010

The Social Network (2010). reż. David Fincher




No i zobaczyłem ten film Finchera, nie powalił, nie zainteresował, ot kolejna produkcja. Fincher po swoim arcydziele charakteryzacji czyli Benjaminie z jego ciekawym przypadkiem, stworzył „niezłe” kino, ale żeby zaraz taki zachwyt? Gdzie tam, porównanie do Ojca Chrzestnego wydaje się żartem. Reżyser słusznie postarał się stworzyć film, w którym scenariusz i gra aktorska determinują oś fabularną. Stylistycznie bliżej SN do Zodiaka, chociaż takie porównania wydają mi się bezcelowe. Na uwagę zasługuje oświetlenie. Powiedzmy umownie, że atmosfera życia kampusowego, została dosyć ciekawie zachowana. Mnie najbardziej podobał się aktor grający główną rolę w zestawieniu z tymi trzema dżentelmenami, którym to podobno pomysł ukradł. To zresztą jeden z najfajniejszych motywów tego filmu, paowie spece od promocji widocznie postanowili ten wątek porzucić w połowie, napisy końcowe odrobinę wyjaśniają sprawę. Natomiast rola Edvardo czy jak mu tam, została sknocona.To przecież powinien być motyw przewodni. Niby to mamy kontrast, informatyk geniusz, mówiący szybciej niż karabin typu mini gun, a obok stoi jego kolega, który nie jest już tak bystry, za to ma pieniądze. Żeby było czytelniej, reżyser pozbawił go niemal całkowicie ikry, ten człowiek nie nadaje się na ekonomistę, studenta, to tylko dojna krowa, która zostanie sponsorem twórcy Facebooka, na dodatek będzie musiał użerać się z twórcą Napstera.Właśnie.

Największą agresję wzbudził we mnie motyw Justina Timberlaka'a, który budzi się po upojnej nocy i tłumaczy dziewczynie z którą się przespał, że to on wynalazł serwis oferujący darmowe pobIeranie MP3. Ten prostacki reżyserski zabieg, w którym to Justin „przypadkowo” otwiera laptopa, a tam widnieje Facebook (wiadomo), no i tekst wymruczany do siebie, „muszę cię znaleźć Marku Zuckerberg”. O jezu.

Ten film ma kilka dosłownie kilka ciekawych fragmentów, nabór stażystów się do takowych zalicza. Ogólnie jest to rzecz szalenie szara, przeciętna. Niektórzy powiedzą, że Fincher dojrzewa, inni, że to kino dla kogoś wymagającego, a prawda jest taka, że z historii Marka można było wycisnąć o wiele więcej. To nie jest skończony film, tam widać jak na dłonie to gigantyczne uproszczenie. Fincherowi chodziło raczej o samą postać Marka Zuckerberga, trochę zakompleksionego chłopaka, który intelektem próbuje zrobić wrażenie. To byłoby coś, ale osią filmu jest ten nieszczęsny proces, zatem siłą rzeczy musieliśmy zobaczyć w przybliżeniu jak ten Fejsik powstał, jakie były początki i tak dalej. Odnosiłem wrażenie, że Markowi było nieprzyjemnie z powodu Edvardo, to w końcu jego przyjaciel, pomagał mu. Niestety, poza zamyślonym spojrzeniem niczego więcej bohater tego filmu nie pokazał. Zatem puenta: Ty nie jesteś dupkiem Mark, tylko starasz się nim być”.

Chyba na Filmwebie przeczytałem w którejś recenzji, że prawdziwy portret geniusza daleko odbiega od utartego schematu. To fakt, taki wniosek wypływa po obejrzeniu Socjala, tyle. Nakręcono o tym, film.Że coś, że gdzieś nie jest takie jakie by się wydawać mogło. Że geniusz może narodzić się ze spraw totalnie przyziemnych. Pamiętajcie o tym, podczas seansu Social Network, to się nazywa drugie dno, ten film je ma. Zbyt ironicznie, wiem, ale cóż... mszczę się, bo straciłem czas.