Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 kwietnia 2011

Melvins, The Bride Screamed Murder (2010)

Ta wydana rok temu płyta Melvinsów, to dla mnie taka rzecz obowiązkowa. Straciłem bowiem ten zespół z oczu, a tymczasem panowie postarali się o dwie perki. Strasznie chciałem usłyszeć jak to wygląda na płycie studyjnej.



niedziela, 23 stycznia 2011

"Stoje na ulicy z nioł" AYA RL

Pamiętacie jeszcze te kapelkę? To taki klasyczny przykład zespołu, który mógł wstrząsnąć posadami, dorobić się grupy naśladowców, zaistnieć jako motor przewodni muzy elektronicznej (chociaż to gigant uproszczenie). Idea była piękna, Igor Czerkawski i Paweł Kukiz spotykają się w Jarocinie, nie wiem, skąd to wyszło, zęby używać tylu elektronicznych szpejów, które nie dosyć, że praktycznie wtedy były nieosiągalne, to przy zaletach ówczesnych akustyków nie mogły dać na żywo satysfakcjonujących efektów. Dzisiaj takie możliwości są, ale nie ma Ayi.



Pierwsza płytka, ciekawy aranż, stylistyka to kompromis pomiędzy rockiem, punkiem i psychodelą. Można się też pokusić o New Wave. Śmieszny wokal Kukiza, który miejscami przypominał psalm  ministranta przed mutacją tworzyło taki nietypowy efekt. O wiele lepiej to wyszło muzykom na płycie. Są tam przemyślane aranże, może aż nazbyt przemyślane. Ktoś by powiedział, że to przekombinowane było, ale pamiętajmy, który to był rok. Nie mam teraz jak pokazać co kolesie potrafili, na YT był filmik z próby zespołu w Jarocinie. Igor używał chyba moogów i jakiegoś śmiesznego automata do perki. Później to wyglądał niemalże jak Mike Patton w Fantomasie (ilość sprzętu). Tak czy siak na wniosek Igora filmik wywalono. Jest za to Ramona Rey.

Oczywistością jest, że najfajniej, najbardziej melodyjniej  wyszła im owa Ściana i Księżycowy krok. Są to utwory niemal „singlowe” ale całość, koncept albumu broni się. Panowie sprawiali wrażenie wiedzących, w którą stronę pójść. Ta płyta ma tą wadę, ze słuchając  mam odczuwałem i odczuwam nadal przesyt z niedosytem na zmianę. Albo to za dużo tych brzęczeń w tle, albo melodia jakaś nijaka, albo znowu Kukiz jakoś tak bezpłciowo zawodzi, no ale to wszystko ciul. Zespół dał bardzo ciekawy debiut, Z takich debiutów to niewiele jest zespołów, które można porównać do tego. Odmienny całkowicie Klauss Mitffoch. Też świetny początek i nagle bum. Koniec. Aya miała szczęście, że działała niby dalej. Niebieska płytka jest mniej melodyjna ale naturalnie, lepiej dopracowana formalnie. Aranż jest, a w kontekście tego zespołu pełni  ważną rolę, solidny i nie przeszkadza tak jego nachalność jak w czerwonej. Teksty, chociażby „10 złotych za mój mocz...” intrygują, ba pokazują, że ten pan mógł coś ciekawego skrobnąć. Piersi to już inny kaliber literacki, niestety. Zresztą, „naciskam ręką ruchomą ścianę, lecz ona wciąż trwa...” może i stanowi jakąś tam metaforę, ale konstrukcja i składnia to zgroza. Nieważne, Niebieska Aya RL jak to zwykle bywa nie podobała się i zespół się właściwie rozleciał.
Igor tworzy etno AYĘ i to właściwie jest koniec tego zespołu. Mamy muzyczkę, która nie jest w żaden sposób odkrywcza, jest jedynie dobrze wyprodukowana. Na wiki znalazłem tekst, chociaż nie wiem czy to prawda, że sukces Deep Forestu przyczynił się do skierowania ich ku tym właśnie rejonom.  W sumie nie mam żalu, nawet Ramonę można mu wybaczyć, facet jest uzdolniony, a jako producent pewnie zarobi więcej niż na Wha Mo Ya.

Co dała muzyce polskiej AYA? Właściwie nic, jest elementem, częścią historii, ale zabrakło jej  może trzeciej płyty z Kukizem?  Żółtej, zielonej, pomarańczowej? Szkoda, bo Niebieska pokazała, że muzycy szli w dobrym kierunku, a tak to dziś istnieje właściwie tylko na YT, no i w wiadomej postaci empeczy. A zatem, pamiętacie AYE RL?

P.S. A jednak znalazłem  takie dwa kwiatki:
1.Próba z Jarocina, ale wrzuta, bo na YT nie ma z wiadomych przyczyn.
2.Koncert skądś tam będący reaktywacją dla potrzeby chwili. Dla mnie  to parodia zespołu dokonana przez sam zespół, ale cóż. Ludzie się zmieniają.

piątek, 3 grudnia 2010

Step Across the Border (1990), reż. Nicolas Humbert, Werner Penzel

Ten dokument zdołał zyskać sobie status arcydzieła. Podobno uchodzi w pewnych kręgach za dzieło kultowe. Dla mnie ma to wartość podwójną, no bo jest tam Fred ze swoją muzyką, no i ciekawie jest to pokazane.


Stylistycznie przypomina to dokument eksperymentalny. Mamy czarno biały obraz,zdjęcia są ciekawie zestawione z muzyką. Dodam, że spodziewałem się czegoś do bólu biograficznego. Tutaj narratorem jest muzyka, która we wszystkich krajach, jak świat długi i szeroki brzmi wszędzie tak samo. I nie ma znaczenia, czy to awangardowe klastery, czy też jest to muza poważna.
Ja o Fredzie słyszałem tylko dobre rzeczy, ale gdybym miałbym komuś polecić coś z jego twórczości, to miałbym problem, bo od czego zacząć. Ja zaczynałem od Zorna i Massacry, ale jest też ten albo Henry Cow , Art Bears, są też jego płyty solowe. No i dupa zbita, trzeba po prostu w to wejść, żeby zauważyć, że awangarda czy jak to sobie tam nazwiemy, to coś całkiem fajnie przystępnego.

A wracając do dokumentu. Jest tam scena, jak Fred bawi się z małym dzieckiem, obserwuje jak on niezdarnie bawi się grzechotkami. Potem widzimy jak próbuje to powtórzyć i mamy nowy utwór Freda Fritha. Albo jak opowiada z zafascynowanie o ludzkim głosie. Potem majstruje taki wynalazek, że jego głosik leci przez gitarę. Tutaj macie fragmencik.

Zatem ten film to jeden wielki hołd złożony muzyce przez muzyków. To manifest, muzyka nie ma granic, nie ma podziałów, banały? Być może, dla mnie właśnie to czyni Step Across czymś wyjątkowym.


Dopisane:  Brakowało mi jakiegoś klucza, teraz to sobie uświadomiłem. Ten dokument nakręcony wyjątkowo intuicyjnie, jest jakby zaimprowizowany. Tak jak utwory improwizowane przez Fritha. Dalej, całościowo to daje efekt jakby takiego metafizycznego teledysku. Mam nadzieję, że ten fragmencik, który tam umieściłem, nie zrazi nikogo bo to tylko mała próbka Fritha, zaledwie ułamek talentu.

środa, 1 grudnia 2010

Zdradziłem Miśka Pieczarę



To prawda, zdradziłem, mówiłem wiele złych słów na jego temat. Dokonałem w myślach abstrakcyjnej analizy jego utworów, stylu, dokonywałem pochopnych recyj całej twórczości i wysnułem wniosek na niekorzyść, a jakże tej postaci. Niechaj mi będzie wolno ukorzyć się, a wszystko to za sprawą odkopania Birthday Party, pierwszej po Boys Next Door kapeli Nicka Cave'a. Sam lucyfer chyba nakazał mi odpalić te hałasy. Energia, która olśniła mnie, chociaż wcześniej mój Beethovenowski słuch absolutny, jakoś porcję tych kwantów ominął, a tu proszę. Ukończyłem trzydziestkę i zaczynam na powrót wkręcać się w te muzykę. Łatwo obliczyć, że jak tak dalej pójdzie, to w wieku czterdziestu lat zacznę głosić wszem i wobec, że Grindermeny to największa muza ever.


A skoro już jesteśmy, pierwszy Grindermen naturalnie trafił do mnie, chociaż nie powalił. Traktowałem to jako projekt poboczny, niezobowiązujące granie, ot jam, który postanowili wydać. Podobała mi się ta surowość, nawiązanie do psychodelii, Stonesów, Doorsów, Zeppelinów a nawet Velvet Underground... podobała mi się gitarka, z tym fajnym wah-waha podpiętym pod przester. W drugiej części miałem wrażenie, że to miejscami nie Grindermen, tylko muzycy z Queens of the stone age trzymają w łapach instrumenty. Grindermen2 to cięższy materiał,ale też trochę niebezpiecznie podrasowany w studiu, co owocuje tym, że miejscami wokal Cave'a jest ledwo słyszalny. Szału nie było, ale żeby tylko takie rozczarowania wychodziły na rynek...Wróćmy do Birthday.


To jest oczywiście w dużym uproszczeniu porcja solidnego punku, nowej fali z rozmaitymi inspiracjami. W końcu jest tu nawet saxik, który lubi dżezująco zadąć. Co mnie jednak powaliło? To chyba wokal Miśka. To chyba za jego sprawą ta kapela w ogóle miała szansę zaistnieć. Słychać ten mrok w tekstach, chociaż to jeszcze nie Bad Seeds. Ogólnie jest tu wszystko co tygrysy lubią najbardziej. Od tej surowej perkusji do pasztetowo przesterowanej gitary.

Dwie płytki tej kapelki to coś co sprawiło, że odleciałem. Subiektywnie rzecz biorąc, chyba Junkyjard jest lepiej wyprodukowane, z drugiej Prayers on Fire surowe, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No i Hee Haw. Punkowość grupy, opisana i sklasyfikowana jako post punk objawia się chyba w sposobie nagrań oraz wokalu Nicka. Tyle, że te wrzaski, to jest coś więcej, Miałem skojarzenie, nie uwierzycie, z piosenką aktorską. To się wzięło chyba stąd, że Pieczara deklamuje, recytuje, umie zaakcentować każde słowo, potrafi nadać tą swoistą ekspresję, dzięki czemu słuchacz przeżywa to intensywniej. Aż dziw bierze, że mu struny nie siadły podczas tego Urodzinowego okresu, ale, że on cokolwiek uzależniającego zażywał, to jest sprawa oczywista.

Dopiszę takie coś. Boys Next Door podobali mi się mniej. Za kilka lat, pewnie zmienię zdanie.przepraszam Cię Misiek, i tak cię kocham.


                                                                                                       Turek w Jaskini

piątek, 19 listopada 2010

Throbbing Gristle, Part Two: The Endless Not (2007)

Właściwie to nie chce mi się pisać o tej płycie. Najdalej dwie godziny temu, na ich oficjalnej stronie przeczytałem, że Genesis odszedł z grupy. Ową decyzję ogłosił za pomocą poczty E mail. Grupa zmuszona była odwołać koncerty, później jednak zdecydowali się wystąpić razem jako X-TG.
No i tak, gdy słuchałem ich wywiadu udzielonego Booing Booing Video, byłem pogrążony w autentycznym szczęściu, słuchać wypowiedzi tych wiekowych, lecz nie mniej przez to twórczych osobowości dawało mi jakąś tam namiastkę wiary  w sztukę. Tymczasem, puk, puk, kupa i tyle mogę napisać.



Ostatnią oficjalną płytą czyli Part Two: The Endless not zespół na pewno nie rozczarował fanów. Oczywiście porównując do wcześniejszych labeli, płyta ma brzmienie wręcz popowe, brudy studyjne zostały praktycznie raz na zawsze unicestwione, jednak i tak jest to porcja porządnej muzy. Gatunek zw. Industrial , (który już dawno stracił swoje znaczenie) nie determinuje piosenek. Dalej mamy charakterystyczny wokal Gena, Loopy i sample, przetwarzane do niemożliwości, ubrane w niepokojące bity. I jest to na pewno w większości Sleazy’ego zasługa. Brakuje tutaj brudu, ale może właśnie przez to grupa mocno chciała zaznaczyć swoją obecność. Muszę dodać, że projekt Gena czyli te jego Psychic TV, odbieram jako rzecz słabą. Komercyjny potencjał tego halucygennego miszmaszu ulotnił się pod nawałem produkowany pośpiesznie kolejnych płyt. Dobrze Genowi tak, miast tworzyć to w czym jest najlepszy zaczął prowadzić ten swój objazdowy cyrk.



Reszta grupa również nie próżnowała, nie będę wspominał o Coilu, ale na przykładzie nawet tych późniejszych projektów Sleazyego widać olbrzymi progres tej postaci. Chris Carter poślubił Cosey Fanni Tutti, co mogło wpłynąć pozytywnie na jego życie osobiste, jednak efekty artystyczne tej pary raczej nie powalają. Co można jeszcze dodać,? Throbbing Gristle opatentowali swój Gristleizer, urządzono pomysłu Cartera, które dokonuje z dźwiękiem rzeczy niemożliwych, możliwe, że kondycja finansowa grupy wzrosła, ale niestety. Stare TG już  nigdy więcej nie powróci.

Z płyty Part two dla mnie najprzyjemniejszym numerem jest Rabbit Snare, planuję go umieścić na YT, bo to wstyd, że go tam jeszcze nie ma. To numer jazzowy, Cosey gra na trąbce, w tle rozbrzmiewa spokojnie ten głęboki dron rodem ze starych wydawnictw TG. Im jednak więcej słucham tej płyty, tym bardziej mam wrażenie, że reaktywacja TG powstała głównie z przyczyn finansowych. Nowe wcielenie Genesisa na scenie nie poraża tą energią jak za dawnych dobrych lat, a już nowe wersje starych hitów brzmią w moim odczuciu beznadziejnie.

Czy zatem warto słuchać tej płyty? Ależ jak najbardziej, dla mnie to jedno z najlepszych  „powrotów” ostatniej dekady, tyle, że to nie jest już TEN zespół. To już nie ta energia, TG nieświadomie(?)  zbliżyło się do tego, z czym walczyli dekadę temu. Do mainstreamu.

                                                                                                         Łukasz  T-Urek Grysiel 

czwartek, 28 października 2010

THIS HEAT


Jakiś czas temu odświeżyłem sobie Masakrę. Jednym z ich ostatnich perkusistów był gość z This Heat, powróciłem zatem do tej kapelki, a nawet zacząłem rozglądać się po Allegro za jakimś wznowieniem debiutu albumu, niestety niczego takiego nie znalazłem, sprawa i mój zapał  umarły śmiercią naturalną.

Teraz, kiedy słucham sobie ich kolejnej płyty DECEIT i skończyłem redagować (uwielbiam to słowo) tekst o Urbanie przyszła mi ochota, aby walnąć taką notę o tym ważnym dla mnie zespole. Znacie ich w ogóle?

Odsyłam do wiki, a jak ktoś jest zdegustowany moją ignorancją to na ich oficjalną stronę. Ostatnio w sumie niewiele tam się dzieje. Ten awangardowy zespół, który zaczął swojej eksperymenty nim szanowne Pink Floyd nagrało niesamowicie awangardową Ummagummę. Throbbing Gristle funkcjonowało wtedy zaledwie w zarysach jako grupa performance, ci już zaczęli swoje dziwactwa. Ni to punk, ni to rock, nie mieszajmy do tego Cpt. Beefhearta, to zupełnie inna muza. A że nie chce mi się opisywać ich debiutu kawałek po kawałku, oto próbki.


Dla fanów powiedzmy Sonic Youth to.

Miłego słuchania

P.S. Dlaczego to takie ważne dla mnie? Bo zawdzięczam tym panom moje hobby, to oni sprawili, ze uruchamiam wzmacniacze, nagrywam przester, próbuję to jakoś zapętlić, potem włączam jakiś emulator dźwięku, i ten natłok hałasu, zgrzytów, trzasków, wycia czasami daje ciekawy efekt. Z reguły jednak nie, to trzeba umieć robić, a This Heat są w tym pionierami.

sobota, 16 października 2010

Spór o Micachu

Ułożony, przemyślany, dopracowany tekst powitalny przepadł mi gdzieś. Stało tam, że zachęcam do przejrzenia bloga w chwili wolnej od zajęć, skomentowania od czasu do czasu, dyskutowania, mnożenia bytów i schodzenia na manowce. W zaginionym eseju pt. Dzień Dobry przepraszałem czytelnika za ewentualne herezje, pochopnie wysnute wnioski, albo za moją wrodzoną nieuprzejmość. Jako rzekłem, tego nie ma, nie wiem gdzie to jest, nie wiem czy ja przypadkiem nie posiadałem jakiegoś pendrive'a z tymże wyżej wymienionym o istnieniu którego zapomniałem. Zwyczajnie nie mam głowy do tego. Postanowiłem sobie raz na jakiś czas, tytułem wstępu wyżalić się co mnie kierowało do blogowania, ale żeby nie przeciągać akapitu- to by było na tyle.
A teraz właściwy tekst.


A wszystko przez Makselona

Był nastrój, muzyczka, odpaliłem Diamandę Galas i jakoś szło. Makselon mówi, poczekaj, coś ci zapuszczę i poleciało TO. Pamiętam moje sceptyczne podejście do tej artystki po przesłuchaniu wersji unplugged . Dużo później uzupełniłem informacje z internetu i żeby Was wprowadzić  w temat...To stworzenie nazywa się Mica Levi,  występuje pod pseudonimem Micachu. Na scenie oraz w studiu towarzyszy jej  zespół The Shapes. Sama muzyka jest przeze mnie określana jak Noise Pop. Dominują rytmiczne sample, kolaż złożony z najróżniejszych odgłosów. Przesterowane dźwięki przepuszczone przez różnego rodzaju emulatory i samplery. Dodamy do tego nagłą zmianę rytmu.  A oto wersja studyjna.

Wokal jest pretensjonalny, słodki, naiwny,... słychać jak artystka nie wyrabia się w wysokich oraz niskich partiach (zwłaszcza w lubianym przez mnie (Turn Me Well). Ten anty pop jest wręcz... piękny.  Makselon nie mógł zrozumieć, dlaczego muzyka, tak memu sercu bliska wzbudziła u mnie taki chłód. Ja powiedziałem, że póki co czuję dystans (emocjonalny) i zrobiło się nie przyjemnie. Oczywiscie wtedy jeszcze nie znałem jej życiorysu, wyszedł ze mnie klasyczny sceptyk. Na balkonie stał Makselon i ja, próbowaliśmy odbudować dobry nastrój, ale no kurcze nie szło. Wszystko przez Makselona, wszystko przez Micachu.



Patent pani Mici leży oczywiście nie w samej muzyce, a raczej w próbie uchwycenia samej barwy dźwięku i wypuszczeniu jej w atrakcyjnym rytmie.  Artystka , która jest a raczej była obiecującą skrzypaczką, absolwentka Guildhall School of Music and Drama zaczęła nawiązywać przyjaźnie z DJ ami co stopniowo zaowocowało debiutem Jewellery.
Zadziwia mnie to, w pewnej recenzji jej twórczość została przyrównana do muzyki która uprawia Mike Patton. Osobiście uważam, że jeżeli już bawimy się w takie porównania to co najwyżej do projektu General Patton & X-cutioners. Sam Mike to poszukiwacz, umie wyniuchać perełki, umie wykorzystać potencjał twórczy danego artysty, zaś jego osoba  służy ( w niektórych wypadkach) do rodzaju promocji  podopiecznego. Coś takiego popieram jak najbardziej. Nie wspomniałem oczywiście Makselonowi, że takie Jewellery Patton potrafi zmajstrować w przerwie na papierosa, no ale ja nie o tym.

Fenomen Micachu  polega według mnie na jej scenicznym wizerunku. Tutaj rodzi się swego rodzaju synth punk. Ta osobliwej urody dziewczyna o specyficznym zgryzie, ze swoją gitarką do której przymocowała kabelki na scenie wygląda po prostu pięknie. Wierzę w nią, wierzę w to co ona gra. Gorzej jeśli chodzi o samą płytę, mamy do czynienia bowiem ze sprawnie wyprodukowanym potworkiem, którego na pewno dobrze jest posłuchać. Dla mnie to jednak zabawka odpustowa. Nie jest objawieniem ten przesyt sampli, on z czasem nuży. Z czasem widzimy, że artystka tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Makselon, pamiętam zaprotestował, nie o to chodzi, krzyczał. Równie dobrze można powiedzieć, że używanie gitar też jest na dalszą metę nudne. Kroiła się dysputa na temat muzyki, jej sensu, kierunku do którego zmierza i tak dalej. Dość!!!

Gdybym był złośliwy przytargałbym Bjork, która nie boi się stosować rozmaitego instrumentarium. Bjork ma jednak atut w postaci głosu (zresztą nie tylko) Jeżeli Mica Levi ma talent, nie jest nim na pewno kompozycja. Coś takiego może zbudować każdy, jeżeli ma worek sampli i dobrego producenta. Bez tej otoczki zespół wygląda jak kapela nastolatków uczących się grać.
Makselon znowu swoje,  podobnie można powiedzieć o każdej partii perkusyjnej, gitarowej czy o każdym zespole w ogóle. Zgadzam się, jeżeli odbieramy coś jako nowość możemy co najwyżej kupić wizje albo nie. To, że Rolling Stones grają od lat ten sam kawałek  nie może być dla mnie atutem. Jednak zespół ten zasłużył sobie na to aby grać to na co ma ochotę. Gorzej jeżeli rzucamy się z piskiem na wszelką nowość tylko dlatego, że zawiera pewną dozę oryginalności. Czy możemy  zatem mówić o pewnym unikalnym brzmieniu? Nie, czy sample Micachu budują nową formę, albo tworzą pewnego rodzaju unikaty? Nie. Czy usłyszymy tam nowatorstwo? Nie, po wysłuchaniu płyty do końca przypomniałem sobie loopy Radiohead na Kid A' ju. Tam muzycy sięgnęli po syntezator modułowy,  perkusja z sekwencera Rolanda bywała odwracana, albo defragmentowana. Zresztą muzykę ,która zaprezentował Johnny Greenwood w Bodysong pokazuje czym jest sampling i jaki potencjał niesie. Podobnie opluwana przez krytykę płyta Pop U2 zawiera skondensowaną porcję nowinek, nieobcych dla współczesnych, ale muzycy traktują to jako narzędzie. Muzyka jest ponad tym.
Zatem moje pierwsze zarzuty pod adresem Micachu są następujące. Dużo, głośno, hałaśliwie nie znaczy dobrze. Brakuje mi na tej płycie oddechu. Jeden z singli Turn Me Well wyróżnia się bardziej melodią, niestety został tam wje***y odkurzacz i mamy kolejny gadżet, dzięki któremu utwór będzie lepiej kojarzony.

Zatem Micachu ułożyła sobie własną koncepcje zespołu, zachęcam do obejrzenia tej artystki live. Ciekawe instrumentaria daje, przynajmniej dla mnie pewną popową polemikę z Sonic Youth. Image sceniczny, pewna prostota i surowość ( o dziwo!) ale sam album jest po prostu sztuczny. Czuć, że to nie jest wrzask, czuć, że to nie jest prawdziwy zadzior, to robota producenta. Przester przesterowi nierówny jak mawiał znajomy panczurmen po wysłuchaniu Łez.

To co jest prawdziwym atutem dla Micachu to po prostu wrodzona anty uroda. Na filmiku zamieszczonym wyżej Micachu gra akustycznie trzy swoje numerki,ma na ramieniu tą swoja gitarkę, którą używa w sposób „quasi przemyślany”. Koncept jest taki. Oglądający ma być zdumiony ,kiedy dowiaduje się, że postać w pidżamie nie jest osobą chorą psychicznie, zaś pełna aranżacja utworu pokazuje nam dzieło skończone.
Artystka jest tego świadoma, wie jakie wrażenie wywołuje, wie, że jej pięć minut nastaje wtedy, kiedy czytamy jej biografie, kiedy słuchamy jej albumu... Zaskoczenie często czyni nas nieobiektywnymi. Ta formuła jednak może nie wystarczyć. Czy na następnym albumie usłyszymy jeszcze większą ilość sampli czy też Mica poszuka nowych rozwiązań? Wolałbym to drugie, ja póki co jej nie skreślam, jednak paradoksalnie już na starcie  Jewelleryj wywleka na wierzch jej największy atut. Pytanie, czy to wystarczy na przyszłość?

I co ty na to Makselon?



piątek, 15 października 2010

...w narożniku leży Miles

...czyli myślimy o jednym a robimy drugie


Rok 1972. Na światło dzienne wychodzi jedna z najbardziej przełomowych płyt w historii jazzu i muzyki w ogóle. Równocześnie najbardziej niedoceniana, krytykowana, nierozumiana, nie wpisująca się w żadną konwencję. Dziś, powiedzmy sobie szczerze, nie robiąca wielkiego wrażenia. Mimo iż numer Black Satin stał się pewnego rodzaju standardem, to jednak spośród olbrzymiej dyskografii Davisa, On The Corner ginie.


Wizja artysty, który przez całe swoje życie poszukiwał. Który pragnął docierać w te najbardziej tajemnicze zakątki muzyczne, eksploatować to, co wydawałoby się, że jest zarezerwowane tylko dla nielicznych. Iść pod prąd obowiązującym w jazzie trendom i łamanie barier. Ech, to brzmi jak truizmy, nic nie znaczące komunały. Miles Davis słuchając zarówno pop, rocka albo funku, potrafił obracając formą nadawać jej nową jakość. Nie mający wielkiego uznania w oczach artysty Ornette Coleman także stał się inspiracją, a w znacznej mierze Karl Stockhausen. To właśnie eksperymenty i filozofia dźwięku tego ostatniego sprawiły, że kształt On the Corner jest taki jaki jest.


Płyta zawiera tylko cztery utwory, dość pokaźnych rozmiarów (nie mówię tutaj o tym obrzydliwym boxie The Complete). Wyprodukowana przez Paula Buckmastera, który w którymś momencie podobno brzdąkał na wiolonczeli, (ale w którym miejscu u licha?!?) i nagrana w okresie w dwóch miesięcy z przerwami w roku 1972.
Uściślijmy czym się różni technika aranżacji w Bitches Brew a czym On the Corner. Najbardziej widoczna i rzucająca się w oczy to stylistyka. Tam mieliśmy proto jazz rock, tutaj funk. Tam dominowała improwizacja, tutaj zaledwie jej szkic. Tam taśma służyła do utrwalenia i wyłonienia największej ekspresji utworu, tutaj mamy loop. Dość ogólne charakterystyki wikipedii trochę przekłamują nowatorstwo On the Corner. W dużym uproszczeniu można by rzec, że konstrukcja tych dwóch skrajnie opiera się na post produkcyjnym etapie. Tyle, że autorskie kompozycje Zawinula są budowane (a właściwie sklejane z fragmentów nagrań np. Pharaoh Dance) o tyle tutaj mamy zaledwie riff, szkic,konspekt utworu. Metoda o tyle odważna co i niebezpieczna. Muzycy obdarzeni nieziemskim feelingiem musieli wyczarować nie tyle dźwięk, co barwę. Nie tyle utwór, co jego fragment. Jakoś nagrań stała i tak na wysokim poziomie, ale bądźmy szczerzy, niektórych instrumentów praktycznie nie słychać. Ma to w sumie dobra stronę, album brzmi jakby był nagrany na setkę.
„On the Corner / New York Girl / Thinkin' One Thing and Doin' Another / Vote for Miles”
Pierwszy numer (o przydługawym tytule) charakteryzuje się dosyć widocznym motywem perkusyjnym. Szybkie sekwencje werbla, ze swingowo-funkowym uskokiem to jeden z loopów użytych niemal we wszystkich utworach. Muzycy delikatnie opisują temat, chociaż przebija się funkująca gitara Coseya, to ona trzyma cała konstrukcję. Davis aby „ufankowić swoją grę stosował kaczkę wah-wah do swojej trąbki, wielu krytyków pisało, że nie sposób rozpoznać gry Milesa Davisa na tej płycie. Poszczególne instrumenty, trąbka, delikatne pianinko a nawet sitar niedostrzegalnie prowadzą melodię, tak że przez te niecałe dwadzieścia minut zmienia się ona niemal w sposób niewyczuwalny, by pod koniec zamienić się w coś co uprawiał Ornette Coleman w jego pankowo-fankowych fridżezach (z okresu Dancing in Your Head na przykład). Możemy się pokusić, że ten kolos zapowiada jeszcze trans, drum' n base oraz funk rocka (chociaż za jego ojca chrzestnego uważa się i słusznie właśnie Ornetta ). Moja teoria, płyta jest odpowiedzią Davisa na ówczesne zmiany w jazzie. Artysta będący pod wpływem, a jakże czarnoskórych wykonawców m.in. Black Poet, Sly'a z rodzinką a także na rosnącą popularność free jazzu starał się wypośrodkować formę, nadać jej klarowny kształt. Cała On The Corner jest zatem niczym innym jak PROPOZYCJĄ. Można tu mnożyć hipotezy, ale fakt faktem zafascynowany elektroniką i poszukujący nowych dróg artysta niechcący popełnił najbardziej awangardowy twór jazzowy w historii, w którym nie sposób doliczyć się wszystkich inspiracji , a podobno chciał stworzyć coś prostego dla przeciętnego czarnego obywatela.
Jeszcze coś, to pierwszy w historii Milesa album, na którego kształcie zaważyła postprodukcja. W przeciwieństwie do Bitches Brew jak wspomniałem wcześniej ta muzyka to efekt kleju i nożyczek. Mamy zatem pierwszą w historii płytę, w której producent staje na równi z muzykami.
Można sobie wyobrazić, że dotychczasowe sesje polegały głównie na zgrywaniu jam session i święto. Nawet dzisiaj muzycy jazzowi niechętnie siedzą w studiu po godzinach. Panuje opinia jakoby jazz polegał na pewnego rodzaju kultywowaniu tradycji. Dla mnie to w porządku, ale istnieje spore niebezpieczeństwo stagnacji tego gatunku. Co ciekawe inne gałęzie muzyki rozrywkowej bardzo chętnie korzystają z tej metody, a nie muszę dodawać, że dzisiaj Pro Tools poradziłby sobie znacznie lepiej z tego rodzaju zabawą. Urywane fragmenty, sklejane potem w jedną całość, tworzyły pewną jakość, i do takiej faktury muzycy dogrywali swoje improwizacje. Tym razem czasu mieli niewiele, Davis sugerował, krótkie mało swobodne „wstawki” przez trudno tutaj się doszukiwać jakiejś niesamowicie karkołomnego sola, chociaż niektórzy wręcz wychodzili z siebie o czym za chwilę. Tak czy siak żaden z muzyków nie wypowiadał się jakoś entuzjastycznie o tej płycie. Możliwe, że dla nich oznaczało to zepchnięcie na drugi plan, kto wie. Mi osobiście. w niektórych utworach brakuje mi na przykład Keitha Jarreta, także Dave Liebman pojawia się i znika, niestety wpływ funku wystawił na wierzch głównie gitarę. Szkoda, bo skład Milesa był niesamowity.


Black Satin


Album jest spójny do bólu, może poza Black Satin. Ten wyróżniający się utwór jest znacznej mierze tworem producenta albumu Paula Buckmastera. Nie wiedzieć czemu zasugerował Milesowi stworzenie singla i tak zamiast kolejnej kolumbryny mamy zaledwie pięciominutowy utworek z wyraźnym motywem, zaczynającym się delikatnym intro przez sitar i tablę by przemienić się w rozpoznawalny Black Satin z trąbka w temacie. To co według mniej najbardziej wyróżnia ten numer to łatwo rozpoznawalne klaskanie rączek. Ten infantylny zabieg tak idealnie wpisuje się w estetykę całej płyty, ciekaw jestem co sam Karlheinz Stockhausen powiedział na ten loopik.
A zatem Black Satin to „czysty przebój”. Nie ma w nim ostrego wah-waha na gitarze, nikt tutaj się nie popisuje, temat nie ciągnie się w nieskończoność. Zatem w tym i tylko w tym przypadku można chyba mówić o jakimś kompromisie z odbiorcą a słuchający BS „przeciętny czarny obywatel winien być zadowolony.
Na koncertowym wydaniu In Concert: Live in Philharmonic Hall można usłyszeć ten utwór w wersji ostrzejszej w moim odczuciu jest to znacznie ciekawsza forma niż na płycie.


„One and One” wreszcie „Helen Butte / Mr. Freedom X”


Niby te dwa utwory już znamy. Wykorzystują one podobny schemat co dwa pierwsze. Bas One and one występuje w Black Satin. Nieprzypadkowo spotykałem się z opinią, że aby poznać On the corner wystarczy posłuchać pięciu minut utworu tytułowego. Nie dziwota. Bas, , beat pozostał bez zmian (a właściwie są, ale czysto „intuicyjne”) dlaczego zatem takie utwory zostały umieszczone na płycie? Według mnie taki eksperyment nawiązywał jeszcze do twórczości Strawińskiego, to swego rodzaju jazzowa impresja dźwiękowa, słuchacz zaczyna odbierać muzykę intuicyjnie. Po drugie Karlheiz Stockhousen stosował takie patenty, sklejał taśmę z różnymi odgłosami, często z różnych kompozycji, przez co wychodziła nowa. Tutaj jest kwestia dyskusyjną na ile Miles skopiował pomysł niemieckiego kompozytora. Raczej zapożyczył tę technikę, podobnie zresztą jak ornamentykę Colemana, możliwe też, że przewijające się przez całą płytę sekwencje hi-hatu mają nawiązywać do jakiegoś murzyńskiego ruchu wyzwolenia. Ta luźna trawestacja „musique concrète” na gruncie jazzowym może zapewne wzbudzać politowanie, ale fakt pozostaje faktem. Szkoda tylko, że skończyło się na zabawie klejem, bo ta płyta to jedyna jak dotąd próba dialogu z muzyką współczesną. Teoria odbioru wrażeń estetyczno akustycznych opracowana przez kompozytora musiała polec w tej funkowej kanonadzie, ale to moja mała dygresja.
Tak więc utwór ostatni jego swego rodzaju finałem. Muzyczną orgią. Łatwo odnaleźć w nim większość motywów. Dla mnie te dwa utwory są o tyle ważne, że pokazują możliwości pozostałych muzyków, mniej funkowej gitary, wreszcie inni dochodzą do głosu. Basik Hendersona, klawisze Chicka i Hancocka. Obydwaj zresztą zawdzięczają wiele Milesowi i On the Corner. Keith Jarret ze swoim pierścieniem modulującym oraz Miles, a w tle pobrzmiewają indyjskie instrumentaria, a to nie wszystko. Gdzieś tak od szóstej minuty Helen Butte wchodzi niesamowita solówka Garnetta, a po niej skubany John Mclaughlin. Czy to co on wyprawia to jest free czy fusion czy jeszcze coś innego? To coś unikalnego.


Słuchanie tego albumu jest męczące nie da się ukryć. Jeżeli mogę zaproponować klucz do „przyjemniejszego odbioru”...Najfajniej jest wybrać sobie pewny schemacik, np. słuchając tego stukanego hi hatu, z czasem zauważymy jak on fajnie i dyskretnie ewoluuje. Czasami jest to przesuniecie o ułamek sekundy, a jednak intryguje. Ta precyzja, ta subtelność, to wyczucie. Z pozoru tak barbarzyńsko ułożony punkt wyjściowy, to „tatatatatatatata TA”, wpływa na nas, a przynajmniej na mnie. Podobno sklejanie loopu Money Pink Floyd było gehenną, to co się musiało dziać tutaj. Te delikatne improwizacje muzyków to małe perełki, zwłaszcza w ostatnim utworze.
Na koniec się powtórzę. Mam osobisty żal do Milesa za jego lenistwo, że nie pociągnął tego odrobinę dalej, że nie próbował nadać tejże formie swoistego rytmu. Że na tym poprzestał. Płyta jest swego rodzaju artystycznym dziwolągiem, co z tego, że Radiohead na Kid A czerpali garściami inspirację z OTC. Utwór National Anthem jest dla mnie mniej lub bardziej świadomym hołdem dla tej płyty. Co z tego, że gromadka zachwyconych krytyków wychwala dzisiaj OTC wpisując Milesa w poczet prekursorów gatunku, kiedy sam artysta swoje zamierzenia porzucił. Już w następnych swoich projektach powrócił do jazz rocka, by ostatecznie osiąść na laurach swojego fusion. To jedyny przypadek, kiedy Miles się ugiął, nie nawiązał kontaktu z odbiorcami, nie potrafił sprzedać produktu. Wspomniany wcześniej Live at Philharmonic Hall jest niezwykle energetyczny, ale nie pokazuje tego „czegoś”. Bardziej do „teorii psychologii odbioru wrażeń akustycznych” Stockhausena pretenduje Black Beauty niż te funkowe ciągoty sceniczne. Wydaje się nawet, że wielowarstwowość tego albumu wynika z pewnego niezdecydowania
W podsumowaniu podsumowania dopiszę takie coś. Dla mnie On The Corner jest fetyszem. Mogę go słuchać w nieskończoność, kiedy trzymam w ręku tą tandetna okładkę, czuję takie śmieszne swędzenie. Nie potrafię, nie chcę tego określać, ale ten album traktuję jako taką grę wstępną do ... Koniec, zamykam temat, za dużo już powiedziałem.




Lista utworów

Side one

  1. "On the Corner / New York Girl / Thinkin' One Thing and Doin' Another / Vote for Miles" (19:55)
  2. "Black Satin" (5:16)

Side two

  1. "One and One" (6:09)




Lista płac

    Miles Davis – elektryczna trąbka z efektem Wah Wah ( nie wiedziałem, że coś takiego jest)
oraz:

    Dave Liebman – sopranowy sax
    Carlos Garnett – sopranowy i tenorowy sax
    Chick Corea – pianino elektryczne
    Herbie Hancock – pianino elektryczne, syntezator
    Harold I. Williams – organy (pewnie Yamaha albo Hammond), syntezator
    Lonnie Liston Smith – organy,
    John McLaughlin – gitara elektryczna,
    David Creamer – jak wyżej,
    Michael Henderson – elektryczny bas z efektem Wah Wah (miód),
    Khalil Balakrishna – sitar (podobno także elektryczny)
    Bennie Maupin – klarnet basowy,
    Collin Walcott – elektryczny sitar,
    Badal Roy – tabla,
    Jack DeJohnette – perkusja,
    Al Foster – perkusja,
    Jabali Billy Hart – perkusja, bongosy,
    Don Alias – przeszkadzajki,
    James "Mtume" Foreman – kolejne przeszkadzajki,
    Paul Buckmaster – okazjonalnie wiolonczela


Polecam poszukać na YT kowerki Black Satin. On The Corner może lecieć przy czytaniu tego tekstu. Nie za głośno, broń boże nie wyłączać w trakcie przerwy na siku, bo urwiemy połączenie. Słuchanie On the Corner od środka można sobie spokojnie darować.