wtorek, 21 grudnia 2010

Pan Samochodzik i Pan Kulturek



Cyklu PRL ciąg dalszy, tyle, ze teraz zamierzam wylać gar pomyj na głowę twórcy naszego krajowego Jamesa Bonda, Indianę Jones i całego tego towarzystwa. Dzisiaj będzie legendarny Pan Samochodzik, który ma to swoje pływające autko z silnikiem Ferrari ("...12 cylindrów!!!"). O Nienackim niechaj przemówi wiki.



Ten pan, który pisał dla dzieci i dla pełnoletnich, który podobno miał opinię antystalinowca stworzył cykl młodzieżowy, w którym co chwilę padają zwroty o dobrych radzieckich naukowcach i złym niemieckim najeźdźcy. Sam Tomasz N. (bo nazwisko jego chyba nigdy nie padło) chwalił się legitymacją ORMO uwielbiał pracę z harcerzami (dominowali chłopcy), lubił czarną kawę, papieroski, znał języki, nawet portugalski no i oczywiście miał detektywistyczną żyłkę, którą łapał na wędkę swoje ofiary. Najlepsza powieść z tej serii to chyba pierwsza oficjalna Wyspa Złoczyńców. Mamy tam próbę połączenia powieści kryminalnej, z okrutną zbrodnią w tle z literaturą przygodową. Pan Tomasz wydaje się raczej biernym obserwatorem zajść na wyspie, jego udział jest powiedziałbym marginalny, w porównaniu do tego co było już później. Templariusze, UFO, Winnetou, Niewidzialni, skarb Atanaryka (kto to zacz?).Nawet Kapitan Nemo ze swoją wędką, no ja cie kręcę. O ile Wyspa Złoczyńców miała jeszcze formę, o tyle większość tych książek to zwykłe śmieci, dzisiaj nikt poważny by tego nie wydał, możliwe, że w odcinkach na portalu WP, albo jako nowelki. Pompowanie wartości socrreal oraz sprytny patent na głównego bohatera znalazły uznanie w oczach czytelników, zwłaszcza  młodocianego targetu. Nawet moja mama nie żałowała pieniędzy na przygody pana Tomasza, mam kolekcję, całkiem sporą, jednak czytając to teraz człowiek nawet nie czuje, kiedy ręce opadają, a szczena leci na podłogę. To zwykły komercyjny(!) gniot, wydawany wg tej samej metody co powieści Harlana Cobena, tyle, że w formacie socrealistycznym.



Pan Nienacki podobno zasłynął jako twórca kontrowersyjny co podkreślam, zamierzam sprawdzić. Jego powieści Raz w roku w Skiroławkach oraz Dagome iudex  pokazują zupełnie inne oblicze pisarza. Jeżeli ktoś zna te pozycje, rad będę wysłuchać opinii, myślę jednak, że zawiedziony nie będę. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby Nienacki pozostał przy swoich erotykach, pewnie ceniłbym go bardziej. Muszę również powiedzieć, że ekranizacje Pana Samochodzika podobały mi się, może poza tymi Praskimi Tajemnicami, co nie znaczy, że jest to złe kino. Spełniają te filmy swoją rolę, chyba lepiej wypadają na ekranie niż te Akademie Pana Kleksa. Zerowanie na potrzebach młodego człowieka, ta pseudowiedza historyczna, szybkie, choć paskudne autko spełniły swoje zadanie. Dzisiaj, powtórzę nie ma zapotrzebowania na tego typu herosów, po oczyszczeniu tych zupełnie zbędnych poprawności politycznych cykl Nienackiego byłby ciekawym, archaicznym cyklem o Tarzanie z dyplomem i prawem jazdy, a tak widzimy próbę przypodobania się władzom, szukania tematu wybitnie na siłę. Pytanie do ZN, dzisiaj niestety już nieboszczyka, czy to wszystko było tego warte?



Pokój w Rzymie (2010), reż. Julio Medem

Trochę ten film stracił w moich oczach, a to za sprawą kampanii reklamowej. Bodajże na stronach FW był dwuznaczny plakat w stylu 2 girls 1 tube, od razu pojawiło się posądzenie o efekciarstwo. A przecież każdy, kto zetknął się z twórczością Julio Medema wie, że seks w jego filmach, często dosyć sugestywnie pokazany służył tylko jako pretekst. Co nie znaczy, że ten film akurat musi na tym zyskiwać/tracić, ale o tym później. Pokój jest póki co, najsłabszym według mnie, obrazem pana Julia, który dane mi było zobaczyć. Sprawa się jednak o tyle komplikuje, że jakoś w pewien sposób ta historia trafiła do mnie. Dlatego moja krytyka od której zacznę następny akapit, a która zdominuje ten tekst powstała odrobinę na przekór.



Po pierwsze warto zauważyć pewien drobiazg, dziewczyny (Rosjanka i Hiszpanka), które spędzą ze sobą noc w tym pokoju, są cudzoziemkami. Mówią po angielsku jak osoby, które dobrze znają ten język, ale brakuje w ich wyrażenia tego potocznego sznitu. Niełatwo się do tego przyzwyczaić, ale z czasem okazuje się, że ta historia robi się wiarygodniejsza, ludzka. Czyli Medem stworzył dwie kobiety z krwi i kości, postanowił, że przypadkowe spotkanie ma jeżeli nie odmienić, to przynajmniej wywrzeć trwały ślad na ich późniejszym życiu. Jednak jest tutaj coś z czym Medem sobie nie poradził. Na przykład Lucia i sex było filmem, który zawierał kilka zgrabnych metafor, pokazane były tam relacje oraz czynnik który je pozornie wyróżnia-miłość w najbardziej seksualnym znaczeniu tego słowa. Która oddala od siebie ludzi , miast łączyć. Tutaj pokój dziewczyn niestety okazuje się zbyt ciasny, dlatego reżyser umieścił w nim dzieła sztuki i trzeba solidnie pogłówkować,by uświadomić sobie, że stanowią one jedynie dekoracje, ot takie coś, żeby wzbogacić fabułę. To zupełnie zbędny zabieg, ale konsekwentnie przedstawiany, widz będzie musiał wziąć to pod uwagę, albo co gorsza, podnieść ocenę o oczko wyżej. Reżyser dobrze wiedział, że nadmiar słów może stać na przeszkodzie odbioru filmu, nadmiar sexu także, zatem wtrynił te obrazy. Wiszą sobie i wiszą, a my  kurcze klaskamy zadowoleni, że dziewczyny są takie wrażliwe na sztukę.

Jedziemy dalej, początkowo scenariusz zakładał taką stopniową nieufność dziewczyn wobec siebie, zatem w przerwie pomiędzy stosunkiem one opowiadają sobie o swoim życiu w tzw realu, ale szybko okazuje się, że jedna okłamała drugą. Odbywa się to tak, jedna coś mówi, druga na chwilę zastyga, poważnieje i zaczyna się zwierzać. Z czasem zaczyna dominować szczerość ale reżyser zbyt szybko wywlekł to na powierzchnię, do końca filmu jeszcze zostało dobre pół godziny, może więcej, a one już tajemnic przed sobą nie mają. Mamy epizodzik z recepcjonistą/kelnerem Maxem, który mógłby stanowić ciekawy kontrast, ale tak nie jest. Max i jego znaczenie staje się marginalne, przerywnikowe, efekciarskie a reżyser konsekwentnie stosuje minimalizm, no cóż.

Pasuje mi teraz napisać, że w pewnym momencie bohaterki zaczynają uświadamiać sobie, że przeżyły coś niesamowitego, że kto wie, może dałoby się żyć razem. Zostawić przeszłość w cholerę, ale słabo to wychodzi. Pretensjonalnie, widz czyli ja ma dość, skojarznie z dramaturgią telenoweli może i na wyrost, ale płycizna emocji, najprostszy sposób ich ukazania skutecznie odstrasza. Końcówka jest już przedłużana, a reżyser wymyśla zabieg z prześcieradłem i to jest chyba najfajniejsza metafora tego filmu. To jest coś, co każe nam myśleć o Julio Medemie, jako zdolnym artyście, ale to mało, o wiele za mało.

Reżyser nie pomyślał, że napisał film do bólu ogólny. Że ten sposób jest szalenie trudny, nieprzyjemny i wbrew pozorom niewdzięczny. Nie da się pokonać nierówności, chyba, że postawilibyśmy na dogmę i Larsa Von Triera. Ten stworzyłby odważny film, surowość pomieszczenia z nad ekspresją aktorów, uwierzyłbym w coś takiego. Julio pragnął stworzyć film intymny, kameralny, ale wyszło z tego coś pośrodku. Raz jest tak, a raz siak. Amorek i przebite serce, satelitarne zdjęcia, Bing i Apple Mac. Max śpiewa arię, którą każdy zna ze słyszenia, a dziewczyny w dziewiczo-białych szlafrokach jedzą śniadanie. Ech, jak ja nie lubię w ten sposób patrzeć na filmy. Chyba tylko strona erotyczna Pokoju się broni, no ale kurcze, za stary jestem, żeby o tym pisać zaraz na początku tekstu.

środa, 15 grudnia 2010

Synekdocha, Nowy Jork [2008], reż. Charlie Kaufman

Za ten film zabierałem się chyba z tuzin razy. Trochę mi teraz głupio pisać o nim, to trochę jak musztarda po kolacji. Obojętnie koło tego obrazu po prostu przejść się nie da, te moje chaotyczne wypowiedzi proszę traktować jako próbę złożenia kupy w całość (i odwrotnie).



Przyznaję się też bez bicia, że Synekdocha to film, który wzbudzał ( i dalej wzbudza) we mnie wyjątkowo skrajne emocje. Od znudzenia przez zaciekawienie, irytację i rozczarowanie, po zachwyt. Film pana Kaufmana możemy śmiało zaliczyć do kuriozalnych przykładów kinematografii, kiedy obraz/twórca staje się pretendentem do przesunięcia granic formy jako takiej na grunt teatralny. Niekoniecznie ten proceder odbywa się pod względem wizualnym. To też. Głównie film czerpie esencje z samego jądra definicji dramatu. Mała dygresja odnośnie dramatu wagnerowskiego. Jego twórca, Ryszard Wagner dążył do pozbawienia opery swojego „komercyjnego” charakteru. Oczywiście mówimy w dużym uproszczeniu, a wracając do Synekdochy. To jeszcze nic nie znaczy, znamy takie przypadki, ale w tym wypadku może to być największy gwóźdź do trumny dla tego filmu. Miejscami miałem wrażenie, że obserwuję podręcznik dramaturga w transkrypcji na życie Cadena Cotarda.

Reżyser, który zasłynął jako twórca niebanalnych scenariuszy mógł stworzyć obyczajówkę, dziełko silące się na prostym zabiegu. Oto znany i ceniony dramaturg odkrywa, że jego życie jest puste i pozbawione celu. Po odejściu żony z dzieckiem pragnie on zrekompensować swoje życie. Pragnie stworzyć dzieło totalne, nie wie, że do samego końca oszukuje siebie samego. To co widz potrafiłby się domyśleć już po pół godzinie seansu, autor dramatu pozostawionego bez tytułu musi stopniowo uświadamiać sobie co jakiś czas. Teraz najlepsze, Kaufman doskonale o tym wie, gra widzowi na nosie. Kusi go tym prostym rozwiązaniem. Pierwszy nasuwający się nam wniosek - osią filmu są egzystencjalne rozterki bohatera. Jego wykreowany bohater przechodzi na oczach widza pewne przepoczwarzenie. Bohatera filmu w bohatera dramatu. Notabene, na Filmwebie w opisie czytamy taki tekst: granice pomiędzy jawą a rzeczywistością powoli przenikają się”. Cytat jest oczywiście niedokładny, ale mniejsza.

Do głosu dochodzi zatem nie tylko egzystencjalizm, ale także klasyczna freudowskie libido bohatera, w pewnym momencie możemy wysnuć wniosek, że Caden Cotard jest gejem. Mamy także dramat artysty niespełnionego, romantyka i nihilisty zarazem. Mamy także klasyczny lęk przed śmiercią z równie do bólu sztampowym poczuciem winy. Przekrój, leksykon, oto jacy są bohaterowie sztuk wg Charliego Kaufmana.

Naturalnie reżyser tworząc scenariusz wywracając schemat bohatera filmowego, ale mało tego, on kaleczy „przekształca” także swój film Znowu uproszczenie, to ten rodzaj scenariusza, który nagle zaczyna przypominać scenariusz jego bohatera. Zabieg o o tyle czytelny, że aż niewiarygodny. Film zyskuje przez to głównie na długości. To także swoista pułapka. Prosty eksperyment, aby sobie to uświadomić. Jeżeli David Lynch tworzy spontanicznie swoje scenariusze, pisze na zasadzie intuicji, ewentualnie w grę wchodzi manipulacja widzem, osiągnięta są pomocą inteligentnego podkreślenia formy, to podobnie Kaufmann, aby uwiarygodnić nieudolność dramatu Cadena Cottarda również dokonuje hochsztaplerki a film zaczyna przypominać sterowiec Zeppelin, którego spotka wiadomy los. Zatem Kaufmannowi nie chodzi o reżyserię, chodzi mu o odpowiednie oświetlenie upadku.

Żeby nie było, to nie porównanie do Davida Lyncha. Jednak zarówno u jednego jak i u drugiego czuć ten niepokój „czy ja przypadkiem nie dorabiam sobie jakiejś ideologii”? Zatem Synekdocha jest filmem zarówno złym jak i genialnym? Czy tak się powinno kręcić filmy? Czy gigantyzm scenariusza, a trzeba podkreślić, ze miejscami Kaufmann objawia iście mistrzowski talent teatralny, nie psuje obrazu jako całości? Przecież to chyba jeden z najbardziej nierównych obrazów jakie widziałem. Reżyser wprowadza wątki ważne dla fabuły opieszale, na plan pierwszy często dochodzą grymasy, westchnienia. Chwilami odczuwałem przesyt obrazem Cadena, marudzącego dla samego marudzenia. W filmie nie uświadczymy płynności w dialogu jak w dramatach Woodiego Allena. Pointy są odbierane przez widza dopiero w odniesieniu do pewnych sytuacji, te lubią pojawiać się po jakimś czasie. Streszczenia tego filmu nastręczyło mi olbrzymią trudność, moja żona patrzyła na mnie jak na osobę psychicznie chorą. Od kwestii „sprzątaczki” trzeba wziąć pod uwagę na karkołomność obrazu, Te hippiczne popisy reżysera są ciekawe, jednak chodzi tutaj raczej o sens ich zastosowanie. Tworzy się więc metafora, która ma olbrzymi transparent „ KINO METAFORYCZNE”. Niestety jest nawet gorzej, Kaufman (możliwie, że świadomie) powiela patent z „Być jak John Malkovich”

Na szczęście, to co słabe dla filmowego języka, ratuje dramat. Sztuka teatralna to potężne medium, film Kaufmanna nie był w stanie unieść takiego ciężaru. Proponuję więc oglądanie go pod takim kątem. Nie jako filmu, nie jako syntezy tychże, ale jako projekcje Cadena Cotarda ergo Charliego Kaufmana. Wtedy te pozornie słabsze elementy filmu, jego nierówność, optyczna oszczędność nie zdeterminują wrażenia przy seansie obrazu. Niewykluczone, że za jakiś czas będzie on stałym elementów warsztatów w szkołach filmowych. Powodzenia moi mili, zapraszam i gorąco polecam.

sobota, 11 grudnia 2010

Paweł i Ryszard (2010), reż. Mateusz Głowacki

                                                                                                                               

czwartek, 9 grudnia 2010

The Social Network (2010). reż. David Fincher




No i zobaczyłem ten film Finchera, nie powalił, nie zainteresował, ot kolejna produkcja. Fincher po swoim arcydziele charakteryzacji czyli Benjaminie z jego ciekawym przypadkiem, stworzył „niezłe” kino, ale żeby zaraz taki zachwyt? Gdzie tam, porównanie do Ojca Chrzestnego wydaje się żartem. Reżyser słusznie postarał się stworzyć film, w którym scenariusz i gra aktorska determinują oś fabularną. Stylistycznie bliżej SN do Zodiaka, chociaż takie porównania wydają mi się bezcelowe. Na uwagę zasługuje oświetlenie. Powiedzmy umownie, że atmosfera życia kampusowego, została dosyć ciekawie zachowana. Mnie najbardziej podobał się aktor grający główną rolę w zestawieniu z tymi trzema dżentelmenami, którym to podobno pomysł ukradł. To zresztą jeden z najfajniejszych motywów tego filmu, paowie spece od promocji widocznie postanowili ten wątek porzucić w połowie, napisy końcowe odrobinę wyjaśniają sprawę. Natomiast rola Edvardo czy jak mu tam, została sknocona.To przecież powinien być motyw przewodni. Niby to mamy kontrast, informatyk geniusz, mówiący szybciej niż karabin typu mini gun, a obok stoi jego kolega, który nie jest już tak bystry, za to ma pieniądze. Żeby było czytelniej, reżyser pozbawił go niemal całkowicie ikry, ten człowiek nie nadaje się na ekonomistę, studenta, to tylko dojna krowa, która zostanie sponsorem twórcy Facebooka, na dodatek będzie musiał użerać się z twórcą Napstera.Właśnie.

Największą agresję wzbudził we mnie motyw Justina Timberlaka'a, który budzi się po upojnej nocy i tłumaczy dziewczynie z którą się przespał, że to on wynalazł serwis oferujący darmowe pobIeranie MP3. Ten prostacki reżyserski zabieg, w którym to Justin „przypadkowo” otwiera laptopa, a tam widnieje Facebook (wiadomo), no i tekst wymruczany do siebie, „muszę cię znaleźć Marku Zuckerberg”. O jezu.

Ten film ma kilka dosłownie kilka ciekawych fragmentów, nabór stażystów się do takowych zalicza. Ogólnie jest to rzecz szalenie szara, przeciętna. Niektórzy powiedzą, że Fincher dojrzewa, inni, że to kino dla kogoś wymagającego, a prawda jest taka, że z historii Marka można było wycisnąć o wiele więcej. To nie jest skończony film, tam widać jak na dłonie to gigantyczne uproszczenie. Fincherowi chodziło raczej o samą postać Marka Zuckerberga, trochę zakompleksionego chłopaka, który intelektem próbuje zrobić wrażenie. To byłoby coś, ale osią filmu jest ten nieszczęsny proces, zatem siłą rzeczy musieliśmy zobaczyć w przybliżeniu jak ten Fejsik powstał, jakie były początki i tak dalej. Odnosiłem wrażenie, że Markowi było nieprzyjemnie z powodu Edvardo, to w końcu jego przyjaciel, pomagał mu. Niestety, poza zamyślonym spojrzeniem niczego więcej bohater tego filmu nie pokazał. Zatem puenta: Ty nie jesteś dupkiem Mark, tylko starasz się nim być”.

Chyba na Filmwebie przeczytałem w którejś recenzji, że prawdziwy portret geniusza daleko odbiega od utartego schematu. To fakt, taki wniosek wypływa po obejrzeniu Socjala, tyle. Nakręcono o tym, film.Że coś, że gdzieś nie jest takie jakie by się wydawać mogło. Że geniusz może narodzić się ze spraw totalnie przyziemnych. Pamiętajcie o tym, podczas seansu Social Network, to się nazywa drugie dno, ten film je ma. Zbyt ironicznie, wiem, ale cóż... mszczę się, bo straciłem czas.

piątek, 3 grudnia 2010

Step Across the Border (1990), reż. Nicolas Humbert, Werner Penzel

Ten dokument zdołał zyskać sobie status arcydzieła. Podobno uchodzi w pewnych kręgach za dzieło kultowe. Dla mnie ma to wartość podwójną, no bo jest tam Fred ze swoją muzyką, no i ciekawie jest to pokazane.


Stylistycznie przypomina to dokument eksperymentalny. Mamy czarno biały obraz,zdjęcia są ciekawie zestawione z muzyką. Dodam, że spodziewałem się czegoś do bólu biograficznego. Tutaj narratorem jest muzyka, która we wszystkich krajach, jak świat długi i szeroki brzmi wszędzie tak samo. I nie ma znaczenia, czy to awangardowe klastery, czy też jest to muza poważna.
Ja o Fredzie słyszałem tylko dobre rzeczy, ale gdybym miałbym komuś polecić coś z jego twórczości, to miałbym problem, bo od czego zacząć. Ja zaczynałem od Zorna i Massacry, ale jest też ten albo Henry Cow , Art Bears, są też jego płyty solowe. No i dupa zbita, trzeba po prostu w to wejść, żeby zauważyć, że awangarda czy jak to sobie tam nazwiemy, to coś całkiem fajnie przystępnego.

A wracając do dokumentu. Jest tam scena, jak Fred bawi się z małym dzieckiem, obserwuje jak on niezdarnie bawi się grzechotkami. Potem widzimy jak próbuje to powtórzyć i mamy nowy utwór Freda Fritha. Albo jak opowiada z zafascynowanie o ludzkim głosie. Potem majstruje taki wynalazek, że jego głosik leci przez gitarę. Tutaj macie fragmencik.

Zatem ten film to jeden wielki hołd złożony muzyce przez muzyków. To manifest, muzyka nie ma granic, nie ma podziałów, banały? Być może, dla mnie właśnie to czyni Step Across czymś wyjątkowym.


Dopisane:  Brakowało mi jakiegoś klucza, teraz to sobie uświadomiłem. Ten dokument nakręcony wyjątkowo intuicyjnie, jest jakby zaimprowizowany. Tak jak utwory improwizowane przez Fritha. Dalej, całościowo to daje efekt jakby takiego metafizycznego teledysku. Mam nadzieję, że ten fragmencik, który tam umieściłem, nie zrazi nikogo bo to tylko mała próbka Fritha, zaledwie ułamek talentu.

środa, 1 grudnia 2010

Zdradziłem Miśka Pieczarę



To prawda, zdradziłem, mówiłem wiele złych słów na jego temat. Dokonałem w myślach abstrakcyjnej analizy jego utworów, stylu, dokonywałem pochopnych recyj całej twórczości i wysnułem wniosek na niekorzyść, a jakże tej postaci. Niechaj mi będzie wolno ukorzyć się, a wszystko to za sprawą odkopania Birthday Party, pierwszej po Boys Next Door kapeli Nicka Cave'a. Sam lucyfer chyba nakazał mi odpalić te hałasy. Energia, która olśniła mnie, chociaż wcześniej mój Beethovenowski słuch absolutny, jakoś porcję tych kwantów ominął, a tu proszę. Ukończyłem trzydziestkę i zaczynam na powrót wkręcać się w te muzykę. Łatwo obliczyć, że jak tak dalej pójdzie, to w wieku czterdziestu lat zacznę głosić wszem i wobec, że Grindermeny to największa muza ever.


A skoro już jesteśmy, pierwszy Grindermen naturalnie trafił do mnie, chociaż nie powalił. Traktowałem to jako projekt poboczny, niezobowiązujące granie, ot jam, który postanowili wydać. Podobała mi się ta surowość, nawiązanie do psychodelii, Stonesów, Doorsów, Zeppelinów a nawet Velvet Underground... podobała mi się gitarka, z tym fajnym wah-waha podpiętym pod przester. W drugiej części miałem wrażenie, że to miejscami nie Grindermen, tylko muzycy z Queens of the stone age trzymają w łapach instrumenty. Grindermen2 to cięższy materiał,ale też trochę niebezpiecznie podrasowany w studiu, co owocuje tym, że miejscami wokal Cave'a jest ledwo słyszalny. Szału nie było, ale żeby tylko takie rozczarowania wychodziły na rynek...Wróćmy do Birthday.


To jest oczywiście w dużym uproszczeniu porcja solidnego punku, nowej fali z rozmaitymi inspiracjami. W końcu jest tu nawet saxik, który lubi dżezująco zadąć. Co mnie jednak powaliło? To chyba wokal Miśka. To chyba za jego sprawą ta kapela w ogóle miała szansę zaistnieć. Słychać ten mrok w tekstach, chociaż to jeszcze nie Bad Seeds. Ogólnie jest tu wszystko co tygrysy lubią najbardziej. Od tej surowej perkusji do pasztetowo przesterowanej gitary.

Dwie płytki tej kapelki to coś co sprawiło, że odleciałem. Subiektywnie rzecz biorąc, chyba Junkyjard jest lepiej wyprodukowane, z drugiej Prayers on Fire surowe, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No i Hee Haw. Punkowość grupy, opisana i sklasyfikowana jako post punk objawia się chyba w sposobie nagrań oraz wokalu Nicka. Tyle, że te wrzaski, to jest coś więcej, Miałem skojarzenie, nie uwierzycie, z piosenką aktorską. To się wzięło chyba stąd, że Pieczara deklamuje, recytuje, umie zaakcentować każde słowo, potrafi nadać tą swoistą ekspresję, dzięki czemu słuchacz przeżywa to intensywniej. Aż dziw bierze, że mu struny nie siadły podczas tego Urodzinowego okresu, ale, że on cokolwiek uzależniającego zażywał, to jest sprawa oczywista.

Dopiszę takie coś. Boys Next Door podobali mi się mniej. Za kilka lat, pewnie zmienię zdanie.przepraszam Cię Misiek, i tak cię kocham.


                                                                                                       Turek w Jaskini