sobota, 30 października 2010

Trash Humpers (2009), rez. Harmony Korine




Męczący obraz. Na przemian irytuje, intryguje, by zirytować ponownie. Przyłapałem się na tym, że zacząłem dorabiać ideologię, szukałem symbolu, metafory, kontekstu, jednak jakby nie patrzeć, jest to jeden z lepszych obrazów Korine’a ostatnich lat.
Fabuła koncentruje się wokół trójki zamaskowanych postaci, ale słowo fabuła ubierzmy w cudzysłów,  Jak wiadomo Korine nigdy nie popełniłby czegoś tak popowego, jak film fabularny stricte.. Pamiętne Gummo, gorszy Julien albo jeszcze mniej udany Pan Samotny, to co wyróżnia te filmy, co sprawia, że o nich myślimy, to momenty. Nie inaczej jest i tu. Oczywiście większość słyszała czym się ten film je, trailer nie pozostawił nam złudzeń, żadnej ciekawej operatorki nie zobaczymy, montaż –szkoda gadać, film jest o dziwo dosyć dobrze udźwiękowiony, co się kłóci trochę z tą chałupniczą ledwo zipiącą kamerą z ręki.  Zatem mamy do czynienia z jak najbardziej przemyślaną metodą pracy, dużo dźwięków z offu, ale przede wszystkim obraz. Łatwo o pochopny  wniosek, ze operator (sam Korine) używa techniki weselnej, czyli filmuje wszystko jak leci, dlatego czasami "sekwencje/masterszoty" mogą nasunąć takie skojarzenie. To trochę tak, jakby dzieciakowi dać kamerę do łapy, pokazać gdzie jest zoom, no to efekt będzie podobny. Tak wyglądają sceny typu kopulacja ze śmietnikiem, albo niszczeniem sprzętów. Nazwałem je roboczo „sceny zwykłe”.
Raz na jakiś czas reżyser wprowadza w życie swoją formułę i serwuje nam całkiem zgrabną scenkę, której nie powstydziłby się żaden duński dogmatyk ( nawiasem mówiąc miejscami miałem skojarzenia z Idiotami). Widząc tam tą patologię, którą reżyser  winduje na ekran od lat, faktura obrazu, ułożenie postaci, pewna sugestywność, to każe nam przyjrzeć się Trash Humpers uważniej. Zgadliście moi drodzy, Korine znowu manipuluje widzem i to ostro.




Mamy tutaj wiele scen, wyjętych wprost ze Skrawków i te są na swój sposób ozdobą filmu. Postacie mówią w sposób, w jaki widziałem tylko w filmach Korine’a. Spróbujcie kiedyś taki dialog napisać albo zmusić aktora teatralnego, żeby wypowiedział kwestie w ten sposób. No, kurde balans, chciałbym to zobaczyć.
Jak ten film sklasyfikować? Mnie najbardziej pasuje tutaj etykieta kina eksperymentalnego, to nie jest underground, to kino prowokacji, ale jest to  prowokacja wyjątkowo udana. To niezależne dziełko, ale może aspirować do miana filmu ważnego. Złośliwi nazwali by „przydługim video artem”.



Zabawna rzecz, dotychczas Harmonia Korińska używała kliszy paradokumentu, co było zabiegiem ciekawym, ale niezbyt odkrywczym. W tym wypadku mamy dzieło trzymane w konwencji filmików z YT w stylu ” jestem hardkorem”. Na upartego można takie obrazy zgrać ,posklejać, opatrzyć tytułem, wprowadzić trójkę przebranych internautów i już. Oczywiście nie zrobimy tego, przecież to nie jest „sztuka”, a tym czasem Korine się na coś takiego odważył. Nawiasem mówiąc kolejnym filmem, z którym skojarzyłem sobie TH to Nawet szczury potrzebują sera Rafała Woźniaka to ta sama bajka, (jemu Trash Humpers polecam z czystym sumieniem). "Innym" już mniej,  wiem, że i prędzej czy później i tak to obejrzą.


 

czwartek, 28 października 2010

THIS HEAT


Jakiś czas temu odświeżyłem sobie Masakrę. Jednym z ich ostatnich perkusistów był gość z This Heat, powróciłem zatem do tej kapelki, a nawet zacząłem rozglądać się po Allegro za jakimś wznowieniem debiutu albumu, niestety niczego takiego nie znalazłem, sprawa i mój zapał  umarły śmiercią naturalną.

Teraz, kiedy słucham sobie ich kolejnej płyty DECEIT i skończyłem redagować (uwielbiam to słowo) tekst o Urbanie przyszła mi ochota, aby walnąć taką notę o tym ważnym dla mnie zespole. Znacie ich w ogóle?

Odsyłam do wiki, a jak ktoś jest zdegustowany moją ignorancją to na ich oficjalną stronę. Ostatnio w sumie niewiele tam się dzieje. Ten awangardowy zespół, który zaczął swojej eksperymenty nim szanowne Pink Floyd nagrało niesamowicie awangardową Ummagummę. Throbbing Gristle funkcjonowało wtedy zaledwie w zarysach jako grupa performance, ci już zaczęli swoje dziwactwa. Ni to punk, ni to rock, nie mieszajmy do tego Cpt. Beefhearta, to zupełnie inna muza. A że nie chce mi się opisywać ich debiutu kawałek po kawałku, oto próbki.


Dla fanów powiedzmy Sonic Youth to.

Miłego słuchania

P.S. Dlaczego to takie ważne dla mnie? Bo zawdzięczam tym panom moje hobby, to oni sprawili, ze uruchamiam wzmacniacze, nagrywam przester, próbuję to jakoś zapętlić, potem włączam jakiś emulator dźwięku, i ten natłok hałasu, zgrzytów, trzasków, wycia czasami daje ciekawy efekt. Z reguły jednak nie, to trzeba umieć robić, a This Heat są w tym pionierami.

Alfabet Urbana (1990), Jerzy Urban

No i PRLu ciąg dalszy, po Jasieńskim przyszła pora na coś odprężającego duchowo. Omówiona lektura oczyszcza umysł, wprowadza mnie w stan, który mogę określić mianem „rozwolnienia intelektu”. Nie jestem co prawda aż takim wiekowcem, żeby sobie sumiasty was podkreślać i wzdychać, jak to kiedyś super było, trochę żałuję, ale tylko trochę.


Jerzy Urban, teoretycznie dziennikarz, podobno zdolny, Hłasko pisał o nim dobrze, ja tam się nie znam. Redaktor gazetki NIE, zresztą wcale nie takiej znowu złej, wcale nie aż takiej znowu kontrowersyjnej w treści, może nieco wyprzedzającej czas. Może czytelnik nie do końca dojrzał do tego, aby z czystym sercem przyjąć do serca te satyryczne paszkwile, przepraszam felietony. Alfabet Urbana stanowi jeden z najciekawszych obrazów literackich pewnej ważnej dla nas epoki, przedstawione tam portrety wbrew pozorom wiele człowiekowi mówią. Prawda ukryta między wierszami nie pozostawia złudzeń, zarówno dla czerwonej i jak i czarnej stronie flagi.

Kiedy do moim łap po raz pierwszy dotarła książka, tatuś okrzyczał mnie i wyrwał mi ją z kontekstu dzieciństwa. W mojej podświadomości zaistniała ona jako rzecz „zła”. Czemu tata jej nie wyrzucił do kosza, czemu nie spalił, czemu ona podobno dalej gdzieś tam jest? To zaledwie kilka pytań, ja kupiłem tą pozycję na allegro za jednego zeta, chociaż tata mawiał, że szkoda pieniędzy, jak on poszuka, to na pewno znajdzie.

Oczywiście, jak sama nazwa wskazuje Alfabet to omówienie kilkudziesięciu mniej lub bardziej znaczących postaci sfery politycznej (w kolejności alfabetycznej oczywiście). Najpierw podzielę się z czymś. W trakcie czytania, miałem wrażenie, że ci, których Urban chwali, oooo ci na pewno są podejrzani. To chyba efekt narodowej paranoi. Obecnie przeszło mi, ale uprzedzam, i wy możecie tego doświadczyć, spokojnie, to normalne.
Weźmy takiego Wałęsę. Urban sprytnie rozprawia się z mitem Lecha, nawet jeżeli przyjmiemy to za nieprawdę, lub tylko prawdę częściową, to o jakiejkolwiek obrazie majestatu, plwaniu i rzucaniu mięchem mowy nie ma. Nie sądzę, żeby Lechu się miał obrazić, polecam ZWŁASZCZA to o Wałęsie, to punkt kulminacyjny książki. Zachęcam do wytrwania, przynajmniej do tego fragmentu.
Weźmy takiego Andrzejewskiego, Urban nie ceni jego twórczości, ale pamiętajmy, że pisarz ten miał ciekawy okres kolaboracji z systemem, chociaż oczywiście dziś mu to wybaczono, Urban nie pozostawia złudzeń, Jurek A. to gość dwulicowy.

Weźmy takiego Piotra Fronczewskiego, który świetnie zapowiadającą się karierę zniszczył sobie, tylko dlatego, że podał rękę pewnemu dygnitarzowi, co mu środowisko do dzisiaj wybaczyć nie może. Taki Jacek Fedorowicz, który wiele zawdzięcza Urbanowi. Jako naczelny telewizji bardzo lubił jego dowcipy, chociaż, potem jak sam twierdzi, stępiły się one trochę. Pamiętajmy, że Fedorowicz to opozycja.

I tak dalej, i tak dalej, mógłbym tu powpisywać jeszcze wiele rzeczy, ale przyjemności czytającego odmawiać się nie godzi, zatem zamilknę. Warto zwrócić uwagę na kwestię emigracji, którą Urban popierał jak najbardziej. Kto tak naprawdę stworzył opozycję, to fakt oczywisty, a jednak jakoś nie przemawia on do ludzi. No cóż, według mnie Alfabet to rzecz obowiązkowa, a ja mam nadzieję, że kogoś zachęciłem.

P.S. Książeczka jest naprawdę ciekawie wydana, przed wstępem mamy piękną fotę pana Jerzego, który szama jakaś bułeczkę, (ciekawe jakby go uchwycił Gierałtowski) w środku co jakiś czas pojawiają się wyjątkowo artystyczne szkice, no miód. Jedynym mankamentem, prawdziwie najsłabszym ogniwem książki jest omówienie samego siebie. Urban robi to, jakby chciał pokazać jaki to on jest kontrowersyjny, a mnie tam zabrakło finezji. Poza tym wyciągnięcie najcięższych bombard na samym początku, które dodatkowo mogą zmylić (czyt. zniechęcić czytelnika) jest posunięciem topornym. Zatem zalecam nie sugerowanie tym opisem, bowiem reszta jest o niebo lepsza.


Medium (1985). reż. Jacek Koprowicz



Polecono mi ten film już dawno temu, na blogu Marcina ten temat ostatnio wypłynął, więc to dobry motyw, pomyślałem , aby rozpocząć dzień od czegoś okultystycznego. No i tak.
W skali FW walnąłem mu 8/10, chociaż trochę chyba przeszarżowałem. Pierwsze skojarzenia to Trzecia część nocy, której jestem fanem wielkim. Mniej intensywnie, czytelniej, widz nie jest zdeterminowany nadążać za wizjami reżysera. Zdjęcia na przyzwoitym poziomie, widać, ze pod tym względem polskie kino miało dużo do zaoferowania, ale są i zgrzyty.

Zoppodzkie Molo, das Mann strzelać w das Auto


Otóż, zabrakło mi wątku hitlerowskiego, który pojawił się na początku, z czasem zanikł, nie chce spojlerować, ale przecież Koprowicz nie musiał tworzyć politycznego pamfletu. Otoczka miasta okupowanego dałaby jednak pewien kontekst, czy kto wie metaforę. Motyw z żółwiami niesamowity, bardzo mi się to spodobało, ale jakoś reżyser nie miał pomysłu, aby to do końca rozwinąć. Także pewne uproszczenia fabularne, które co prawda występują i w filmie Żuławskiego, ale tam chodziło o konkretną estetykę, tutaj pod koniec filmu montaż zaczyna kuleć. Domyślam się, że reżyser nie mógł za bardzo szarżować, obraz jest jednak za mało mistyczny, brak tam tego czegoś, co w kinie houlyłódzkim, czyli detalu. Widz oczekuje symboli, nawiedzenia, bo ja wiem, pewnego zagęszczenia, w końcu to chodzi o okultyzm (pomijam element z zaćmieniem słońca, źle to zrobiono i chyba zupełnie niepotrzebnie znalazło sie w scenariuszu.)

Kolejny poranek w koszu?

Film nadrabia to muzyką (brawa dla Krzesimira) i wyjątkowo sugestywną grą aktorów. To moje drugie zastrzeżenie, scenariusz zawierał natężenie postaci, ale np. Stuhr psuł mi cały film, Szapołowska grała wyjątkowo źle, oczywiście z wyjątkiem scenki łóżkowej, zaś Michał Bajor raz to intrygował, raz denerwował. Nie chce mi się tworzyć wyliczanki, ale no, ten film naprawdę mógł być arcydziełem. Zarówno w kontekście gatunku jak i sztuki autorskiej.

Jacek Koprowicz może się poszczycić tym filmem, udana rzecz, najbardziej podobała mi się operatorka , idealne zgranie z muzyką. Tylko taki niedosyt po seansie mi pozostał, pasuje jeszcze zobaczyć tą Mistyfikację, ale bardziej zależy mi na Alchemiku.

środa, 27 października 2010

Palę Paryż (1928) Brunon Jasieński

Tam na dole jest etykietka PRL, ale to oczywiście nie te lata, nie ten kraj, nie ten człowiek. To moi drodzy historia tragiczna, tak więc będzie poważnie. Chciałbym pokrótce przedstawić sylwetkę Brunona Jasieńskiego, zdolnego poety futurysty, którego wiersze uwielbiam, które są dla wielu inspiracją. Ten jeden z nielicznych przedstawiciel polskiego futuryzmu miał świetny start, dobrą prasę i świetne recenzje. Dzisiaj dzięki Bogu mówi się o nim tylko dobrze (przynajmniej taką mam nadzieję, tego bym sobie życzył) został wpisany w kanon, pośmiertnie uhonorowany, zrehabilitowany, no ale nie zmienia to faktu, że sobie życie sam trochę spaprał.



Nie muszę podawać linków do jego wierszy, łatwo je znaleźć. Historia Brunona Jasieńskiego zaczyna się tak naprawdę podczas tzw. Wypadków krakowskich w 1923. Co on tam ujrzał, co nim tak wstrząsnęło, dość, że uwierzył w proletariat, zmienił front, od tego czasu staje się czynnym i aktywnym członkiem ruchu komunistycznego. Nigdy nie żałował swojej decyzji, swoją wcześniejsza działalność poetycką uważał za coś bezwartościowego, a kilka lat później już we Francji wydał Palę Paryż ( jestem ciekawy, jaką jego towarzysze futuryści przyjęli postawę). Wydano mu to w 1928, chociaż pewne przymiarki pojawiały się wcześniej, nowela Moranda Palę Moskwę dopełniła czarę i Jasieński zaatakował. Nim omówię tą jego słynną odpowiedź jeszcze dodam, że został z Francji wydalony. W ZSRR witany był jak bohater, objął stanowisko redaktora naczelnego Kultura Mas, liczne awanse, wreszcie, co historia pomija z niejasnych przyczyn został stracony. Dlaczego tak się stało tego się nie dowiemy nigdy, ale wiadomo jedno, że do końca życia był wiernych swoim ideałom, tak więc jeden diabeł wie, co i jak zaszło.

A teraz o Paryżu, książka łączy w sobie elementy Dżumy Camusa oraz Germinal Zoli. Można ją uznać nawet za swego rodzaju literaturę dystopijną. Czyta się ją dobrze, czuć jednak oburzenie autora. Książka jest napisana stylem nierównym, zaczyna się od genezy wydarzeń, które spowodowały wybuch epidemii, potem mamy życiorys głównego bohatera, chińczyka P’ana Tsiang-kueja. On to wkrótce obejmie „dowództwo” w zarażonym Paryżu. Ciekawostką jest fakt, że w pewnym momencie Jasieński pokornieje, jego bohaterowie zaczynają mieć wątpliwości. Ciekawy jest sposób ukazania jak poszczególne nacje narodowe próbują radzić sobie w tej tragicznej sytuacji. Z czasem Jasieński już nie wskazuje palcem, w stylu, „wy są źli, a wy ci dobrzy”, mamy tam już „tylko” ludzi. Każdy próbuje sobie radzić według własnego kodeksu etyki, ale autor nie staje po żadnej stronie. Zatem, konkluzja, im dalej, tym książka jest lepsza. Koncepcja nowego porządku, która wychodzi pod koniec jest oczywiście z punktu widzenia współczesnego czytelnika trochę archaiczna, ale pamiętajmy, kiedy Paryż został napisany. Jasieński na pewno był lepszym futurysta niż komunistą prozaikiem, ale trzeba to przyznać, warsztat miał niezły.

Obecnie czekam na Bal Manekinów, książka już do mnie jedzie, jest dramat, podobno ma eksperymentalny charakter, groteska, horror przeplatana wizja końca, omówię to na pewno.

P.S. Włoscy futuryści, twórcy tego nurtu w większości „poszli” w swoich poglądach w stronę faszyzmu, ciekawe, że w przypadku Jasieńskiego stało się dokładnie na odwrót. Ze znanych polskich futurystów, tylko on jeden popełnił ten krok. Podziwiajcie Polskich futurystów panowie, warto, naprawdę.

Gie, złapany za guzik (2010), reż. Łukasz Turek

Krzysztof Gierałtowski autoportret

Jakiś czas temu los zesłał mi okazję zrobienia dokumentu o dosyć znanym fotografiku (fotografie?) Krzysztofie Gierałtowskim. Akurat złożyło się tak, że wystawa jego prac miała się odbyć w naszej Krynickiej galerii. Jak na młodego Herzoga przystało wysłałem czym prędzej maila oraz koncept scenariusza do pana Krzysztofa z pytaniem co on o tym myśli, czy ma czas, czy się ewentualnie zgodzi i tak dalej. Odpowiedź dostałem (o dziwo) szybko, wraz z numerem telefonu pod który niezwłocznie zadzwoniłem i tak dograliśmy kilka szczegółów.

Wywiad przebiegł całkiem sprawnie, mój rozmówca okazał się człowiekiem, który ma wiele do powiedzenia, nazbierało się dużo fajnego materiału. Mój koncept był prosty, chciałem przedstawić Krzysztofa Gie w taki sam sposób, w jaki on pokazywał swoich modeli. Odsyłam tutaj do jego strony internetowej, tam można pooglądać jego prace. Skojarzenie jakie nasunęło mi się podczas kontemplacji tych fotografii, no cóż. Dla mnie on pokazywał znane osobistości w jakby to powiedzieć, krzywym zwierciadle, modele dostawały nowa tożsamość, często te zdjęcia przypominały raczej plakat. Ingerencja komputera była wyraźnie widoczna. Szczerze, to nie do wszystkich to przemawiało, ja muszę stwierdzić byłem i jestem pod wielkim wrażeniem. Niestety,
moje plany pokrzyżował Borys Lankosz i jego dokument Polacy, Polacy. Dokument całkiem przyzwoicie zrobiony, a który został wyświetlony podczas wystawy. Musiałem stwierdzić ze smutkiem, że w wielu miejscach moja koncepcja niebezpiecznie zbliża się do Polaków.
Krzysztof Gierałtowski, osoba o napiętym grafiku nie miał za bardzo ochoty na realizowanie dalszej części dokumentu,ja doświadczyłem blokady twórczej i nie miałem pomysłu, jak to popchnąć dalej. Na moje nieszczęście wg Gierałtowskiego materiał był dobry, on czeka na rezultat końcowy, a ja zostałem ze swoim nieaktualnym skryptem w łapie. Odpadły mi zatem zdjęcia plenerowe, a że i tak chciałem zrobić mniej więcej to samo co Lankosz, więc w sumie dałem sobie z tym spokój.
Tak więc to, co sobie w zaciszu domowym wykoncypowałem teraz przedstawiam. Jako dokument dla mnie niebezpiecznie zahacza to o zwykły wywiad, ale mój rozmówca także mi zadania nie ułatwiał. Na przykład na pytanie, czy nie uważa pan, że odejście od klasycznej fotografii, zamiana ciemni na procesor komputera oraz romans z grafiką może osłabić pana pozycję jako artystę rzemieślnika, otrzymałem cały wykład o zaletach komputera, wyliczankę o megapikselach, info o kupnie nowego Maca i, że technologia jest ważna, bo zdjęcia są na dysku i łatwo je obrobić . Do niczego cała ta wypowiedź. Czekałem na nazwiska, inspiracje, na jakieś newsy o Łódzkiej filmówce, bo tam studiował, a dostałem anegdotę o tym, że go wyrzucono, rzekomo z braku talentu i że to było normalne życie. Wreszcie na najbardziej interesującą mnie kwestię, dlaczego pan stawia modeli często w niekorzystnych warunkach, pokazuje ich „ludzką” stronę, dowiedziałem się, (co jest w dokumencie), że (on)”... nie ma jakiegoś konkretnego celu, stosuje różne obiektywy i wybiera sobie jedną „fotografię”, która jest „tą właściwą”.

Oczywiście fajnie by było umieścić Polaków, Polaków na YT, jednak, jako, że dostałem ten film osobiście, wolałbym nie nadużywać zaufania i jak powiedziałem, tak słowa dotrzymam. Są tam elementy jak Lankosz robi zbliżenia siatkówki oka Gierałtowskiego, jak widać popękane naczynka, zatem, no nie mogłem kopiować tych patentów choćbym chciał. Dla mnie jednak ważniejsze było to, że reżyser wpadł na to samo co ja (w sumie raczej odwrotnie) i , że mam tam jakiś powiedzmy, zmysł, czy coś. No, że może, MOŻE coś ze mnie będzie (żart).

W podsumowaniu dodam jedynie to, jak ważna to dla mnie była lekcja. Nieprzewidywalność, umiejętność improwizacji, dopasowania się do myśli rozmówcy, to są ważne rzeczy. Może gdyby Krzysztof Gierałtowski poświecił mi więcej czasu, może, gdybym był bardziej rozgarnięty,...ale nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać. Zapraszam zatem na film.

wtorek, 26 października 2010

Kongres futurologiczny (2014), reż. Wojciech Smarzowski

Aż trudno uwierzyć, ile trzeba było czekać nim to zacne dzieło Stanisława Lema poddane zostanie ekranizacji. Wybór nikogo innego jak Wojtka Smarzowskiego na stołek reżyserski wydawał się pomysłem tyle kontrowersyjnym co rokującym nadzieję. Oto twórca Wesela, Domu Złego, Damy z Mazur i serialu Gromu-efekt powinien wyjść przynajmniej zadowalający.



Zacznę od krótkiego streszczenia fabuły, (którą podobno "każdy zna")główny bohater, Ijon Tichy przebywa w republice Costaricanie na światowym zjeździe futurologów. W tle obrad mamy burzliwe demonstracje, ingerencje rządu, porwania polityków i różne, różne okropności. Kiedy państwo decyduje się na użycie gazów halucynogennych, ich ofiarą staje się sam Tichy.

Wojciech Smarzowski wydawało się odczytał Lema trafnie. Obrady futurologów przypominają polskie obrady sejmu, obsadzenie w roli Ijona Tichy Barłomieja Topę było przedsięwzięciem dosyć ryzykownym, w ostatecznym rachunku on i Marian Dziędziel (w roli profesora Tarantogi to najlepsze kreacje aktorskie w filmie). Hotel przypomina Pałac Kultury, ilość roznegliżowanych postaci oraz antypapista przypominają coś, co znamy trochę z Wesela, trochę z Wielkiego żarcia oraz Salo czyli Ostatniego Dnia Sodomy. Niestety, na tym plusy się kończą.

Największy zarzut wobec filmu to halucynacje Tichego. Wiadomo, że Smarzowski miał bardzo utrudnioną wizję, większość ludzi zna zakończenie, każdy czytelnik Lema oczekiwał zatem nie suspensu, a właśnie tego smaczku. Falujący obraz, psychodeliczna muzyka, pominięcie akapitu o transplantacji,... to nie one przecież stanowią tło i sens wszystkich książek Lema. Zamiast tego dostajemy brawurowa ucieczkę przypominającą akcje z filmu Grom na osobistych helikopterach, wybuchy, strzelanina niczym w Resident Evil, a ja się pytam po co to.

Wreszcie sama przyszłość, Smarzowski uspokaja akcje tak bardzo, że mamy wrażenie, jakbyśmy oglądali serial (albo obraz Sophi Coppoli). Innymi słowy, film ma źle rozstawione akcenty, jest niespójny (już widzę komenty na FW) można spokojnie zobaczyć połowę, by potem iść spokojnie na papierosa. Z Lemowskiego języka niewiele zostało, Smarzowski w wywiadach podkreślał wielokrotnie o wielowymiarowości jego filmu. To fakt, ale to co jest dopuszczalne na gruncie literackim, niekoniecznie wygląda dobrze w przełożeniu na język filmowy.

Mam jednak problem z Kongresem, bo to ważny film, otoczka wizualna miasta (którą podobno kreowało Platine Image) estetyka niczym Tokio, wszechobecne hologramy, lewitujące pojazdy oraz sapiący ludzie...to pierwszy tak dobrze zrobiony film sci fi jaki powstał w naszym kraju od lat. Temat był trudny, Lem jest praktycznie nieprzetłumaczalny, łatwo ogarnąć intencje autora, ale w trakcie pisania zawsze można coś pominąć. Smarzowski pokazał dużo i chwała mu za to, jednak wolę go w jego kameralnych produkcjach przy których podobno panuje "za dużo stresu".