To już moje trzecie podejście do tej recki. Próbuję coś mądrego wyskrobać, a jednak za każdym razem wychodzi mi coś skrajnie chaotycznego, bez ładu i składu. Mowa o filmie Shaurana Bartasa Trzy dni (Trys dienos). Pasowałoby napisać, uwaga talent! Ale poważnie, odczuwam to samo co Krzysiek Wu. po obejrzeniu Point Blank. Na ugiętych kolanach kurczę próbowałem ogarnąć ten film. W toalecie, w pracy, a jakże, w łóżku, nawał myśli, które trudno do kupy ogarnąć. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to teoretycznie żadnej nowości na ekranie nie zobaczymy. Można próbować uprościć fabułę, a na pytanie, o czym to jest, odpowiem, że o dwóch młodych facetach, którzy przybywając do Kalingradu, spotykają dwie panienki i próbują sobie zorganizować nocleg. Tyle, że....
Tyle, że reżyser zastosował bardzo ciekawy zabieg, a dodać muszę, że innych filmowych Bartasów nie widziałem, więc nie wiem, czy to jego stała technika, czy też jednorazowy strzał. Po pierwsze film praktycznie pozbawiony jest dialogów. Co jakiś czas padają mruknięcia, pojedyncze słowa w stylu „Szto?” , „Parzałsta” w ten deseń. Trudno dosłyszeć się imion głównych bohaterów, a jednak ta historia czaruje, trzyma przy ekranie i puścić nie chce. Wiem co sobie myślicie, pewnie kolejna emocjonalna wydmuszka, pełna westchnień, uniesień i łez, a figę.
Obrazy, bo to one prowadzą nas przez tę historię, przypominają nieco dzieła Sokurowa. Podpatrujemy bohaterów, a kamera, czasami zapomina o pozostałej dwójce, która nagle się pojawia. Każdy gest jest ważny, każde spojrzenie. Jednym z aktorów jest Andrius Stonys, (według mnie nadzieja kina). Zdjęcia są po prostu piękne, i kurcze, wstyd się przyznać, ja od takiego kina już nieco odszedłem. To wymagający obraz, fabułę określają np. takie elementy jak dźwięki otoczenia. Tutaj podaje jedną z moich ulubionych scen. Kiedy bohaterowie znajdują pokój, chcą mieć tę odrobinę intymności dla siebie, z bloku obok słychać odgłosy przyjęcia. Przez odsunięte zasłony wszystko widać odbywające się sex party, pijani mężczyźni, nagie prostytutki, wystarczy jedno spojrzenie na twarz bohaterów, by wiedzieć, ze tej nocy także do niczego nie dojdzie.
Fabułą dziwnie kojarzy mi się z opowiadaniem Hłaski „Ósmy dzień tygodnia”, jednym z moich ulubionych zresztą, (ciekawe, czy Bartas miał je kiedykolwiek w ręce). Chodzi więc o podtrzymanie wyjątkowości chwili, o piękny początek uczucia. Przespać się ze sobą mogą wszędzie, ale przecież nie o to chodzi. Subtelność, czystość to jedyne co im pozostało, a dzikie miasto chce im to odebrać. To w gruncie rzeczy film o wyobcowaniu. Smutny, ale daje pewne pocieszenie. Że pewnych rzeczy nie można człowiekowi odebrać, ale trzeba też umieć o nie walczyć.






