środa, 2 lutego 2011

Urlop na cały miesiąc

W związku z nawałem zajęć, niektórzy wiedzą o co biega, robię sobie przerwę od blogowania. Do marca. Mam trzy teksty do wrzucenia i może je nawet wrzucę po jakiejś tam pseudo korekcie albo poczekam z tym do marca.
Blogi znajomych obserwuję w dalszym ciągu, będę czytał wpisy nawet podczas urlopu.

wtorek, 25 stycznia 2011

Motion Picture (1970). reż.Jørgen Leth

Dwa dni się męczyłem, żeby to ładnie wrzucić. Albo jakieś łącze, albo nieznany błąd. I tak w kółko, wreszcie jest. Ciekawa rzecz, pomysł na wykorzystanie ruchu jako środka wyrazu. Mamy tenisistę, który biega z paletką do tenisa. U Jorgena będzie musiał nieźle się napocić, zapraszam.


Mam absolutnego zajo6a na punkcie tego gościa. Reżysera znaczy się.

niedziela, 23 stycznia 2011

"Stoje na ulicy z nioł" AYA RL

Pamiętacie jeszcze te kapelkę? To taki klasyczny przykład zespołu, który mógł wstrząsnąć posadami, dorobić się grupy naśladowców, zaistnieć jako motor przewodni muzy elektronicznej (chociaż to gigant uproszczenie). Idea była piękna, Igor Czerkawski i Paweł Kukiz spotykają się w Jarocinie, nie wiem, skąd to wyszło, zęby używać tylu elektronicznych szpejów, które nie dosyć, że praktycznie wtedy były nieosiągalne, to przy zaletach ówczesnych akustyków nie mogły dać na żywo satysfakcjonujących efektów. Dzisiaj takie możliwości są, ale nie ma Ayi.



Pierwsza płytka, ciekawy aranż, stylistyka to kompromis pomiędzy rockiem, punkiem i psychodelą. Można się też pokusić o New Wave. Śmieszny wokal Kukiza, który miejscami przypominał psalm  ministranta przed mutacją tworzyło taki nietypowy efekt. O wiele lepiej to wyszło muzykom na płycie. Są tam przemyślane aranże, może aż nazbyt przemyślane. Ktoś by powiedział, że to przekombinowane było, ale pamiętajmy, który to był rok. Nie mam teraz jak pokazać co kolesie potrafili, na YT był filmik z próby zespołu w Jarocinie. Igor używał chyba moogów i jakiegoś śmiesznego automata do perki. Później to wyglądał niemalże jak Mike Patton w Fantomasie (ilość sprzętu). Tak czy siak na wniosek Igora filmik wywalono. Jest za to Ramona Rey.

Oczywistością jest, że najfajniej, najbardziej melodyjniej  wyszła im owa Ściana i Księżycowy krok. Są to utwory niemal „singlowe” ale całość, koncept albumu broni się. Panowie sprawiali wrażenie wiedzących, w którą stronę pójść. Ta płyta ma tą wadę, ze słuchając  mam odczuwałem i odczuwam nadal przesyt z niedosytem na zmianę. Albo to za dużo tych brzęczeń w tle, albo melodia jakaś nijaka, albo znowu Kukiz jakoś tak bezpłciowo zawodzi, no ale to wszystko ciul. Zespół dał bardzo ciekawy debiut, Z takich debiutów to niewiele jest zespołów, które można porównać do tego. Odmienny całkowicie Klauss Mitffoch. Też świetny początek i nagle bum. Koniec. Aya miała szczęście, że działała niby dalej. Niebieska płytka jest mniej melodyjna ale naturalnie, lepiej dopracowana formalnie. Aranż jest, a w kontekście tego zespołu pełni  ważną rolę, solidny i nie przeszkadza tak jego nachalność jak w czerwonej. Teksty, chociażby „10 złotych za mój mocz...” intrygują, ba pokazują, że ten pan mógł coś ciekawego skrobnąć. Piersi to już inny kaliber literacki, niestety. Zresztą, „naciskam ręką ruchomą ścianę, lecz ona wciąż trwa...” może i stanowi jakąś tam metaforę, ale konstrukcja i składnia to zgroza. Nieważne, Niebieska Aya RL jak to zwykle bywa nie podobała się i zespół się właściwie rozleciał.
Igor tworzy etno AYĘ i to właściwie jest koniec tego zespołu. Mamy muzyczkę, która nie jest w żaden sposób odkrywcza, jest jedynie dobrze wyprodukowana. Na wiki znalazłem tekst, chociaż nie wiem czy to prawda, że sukces Deep Forestu przyczynił się do skierowania ich ku tym właśnie rejonom.  W sumie nie mam żalu, nawet Ramonę można mu wybaczyć, facet jest uzdolniony, a jako producent pewnie zarobi więcej niż na Wha Mo Ya.

Co dała muzyce polskiej AYA? Właściwie nic, jest elementem, częścią historii, ale zabrakło jej  może trzeciej płyty z Kukizem?  Żółtej, zielonej, pomarańczowej? Szkoda, bo Niebieska pokazała, że muzycy szli w dobrym kierunku, a tak to dziś istnieje właściwie tylko na YT, no i w wiadomej postaci empeczy. A zatem, pamiętacie AYE RL?

P.S. A jednak znalazłem  takie dwa kwiatki:
1.Próba z Jarocina, ale wrzuta, bo na YT nie ma z wiadomych przyczyn.
2.Koncert skądś tam będący reaktywacją dla potrzeby chwili. Dla mnie  to parodia zespołu dokonana przez sam zespół, ale cóż. Ludzie się zmieniają.

czwartek, 20 stycznia 2011

Opowiadania zebrane-Jan Himilsbach



Bardzo się cieszę, że proza Jana Himilsbacha została potraktowana tak jak na to zasługuje. Wydane parę lat Opowiadania zebrane w koszmarnej okładce stanowią chyba większość dzieł tego gawędziarza. Kiedy skusiłem się na zakup tej knigi, przyznam szczerze, oczekiwałem czegoś ala Hłasko. Pijaństwo, bluzgi, kobiety upadłe no i...pijaństwo. Tym czasem, ku mojemu zdziwieniu te krótkie historyjki to kawał pięknej i wzruszającej literatury. Jeżeli miałbym już porównywać to chyba bliżej im do Leopolda Tyrmanda, a podobno Hłaskoner  był dla niego wzorem. Janusz Głowacki wspominał Himilsbacha gdy czarował swoimi teksami panny, aby je do łóżeczka zaciągnąć. Miał sukinsyn olbrzymie branie. We wcześniejszych pozycjach przewijają się wątki autobiograficzne. Chociażby kwestia jego chrztu, dzieciństwa. Oczywiście jak ktoś widział film Przyjęcie na 10 osób plus 3 to informuję uprzejmie, że to opowiadanie także tutaj jest.
Lubił opisywać biedę, w tych opowiadankach ludzie nie posługują się wyszukanym językiem. Sam styl pisania jest prosty i oszczędny. Dwaj kamieniarze odnawiają pomnik bohatera powstania. Ekscentryczny dandys spotyka biedną samotną matkę (moje ulubione zresztą),  wiezień wychodzi z odsiadki i rozpoczyna normalne, uczciwe życie. Jest w czym wybierać, szkoda, że  zbiór nie zawiera wierszy Himilsbacha, żałuję bo nie miałem dotąd okazji się z nimi zapoznać.



No i na koniec, bo dzisiaj krótko, jak to w życiu bywa ostatnie pozycje Jana H. są już niestety słabsze. Pisarz nabrał doświadczenia, ale tematy są jakby trochę pisane pod publikę. Nagle pojawia się inna rzeczywistość, inne środowisko, to nie jest ten Himilsbach. Może inaczej, autor nie czuje się dobrze portretują czasy współczesne. Opisując środowisko, które tak naprawdę było mu obce. Himilsbach nie jest wiarygodny.To po prostu dorabiający sobie (wiadomo do czego) pisarz.

No i kurde znowu tak mam. Ile razy zaczynam myśleć o Himilsbachu, to mi się jakoś dziwnie nastrojowo robi. Może to nie był wzór do naśladowania, ale była to osobowość. Maklakiewicza cenię za aktorstwo a Janka właściwie za wszystko. Podobno kiedyś, gdy ocknął się po zapaści na łóżku szpitalnym pierwszą rzeczą po którą sięgnął była szklanka, żeby kaca zaleczyć.Wychylił duszkiem zawartość. A w szklanicy był spirytus do odkażania rąk. Ledwo go wtedy uratowali.


wtorek, 18 stycznia 2011

Ognisko zapalne (1979), reż. Bela Tarr

Mam słabość do jego filmów. Łatwiej jest mi nawrzeszczeć na Wernera Herzoga niż na autora Satantanga. Jego debiutancki długi metraż stylistycznie i co gorsza jakościowo odbiega od jego późniejszych dokonań. Film, któremu można wytknąc wiele porusza właściwie oklepane motywy pt. Życie za komuny. Mnie to najbardziej przypominało Kobietę samotną Holland. Tutaj łównym dominatorem jest aspekt mieszkalny. Chyba trzy rodziny mieszkają razem pod jednym dachem, niestety wiele o tym nie wiadomo. Główną bohaterką jest kobieta pracująca w fabryce marząca o własnym lokum. Na razie mieszka u teściów, którzy ją podejrzewają o najgorsze. Że jest dziwką, że wydaje pieniądze,...no kula u nogi. po prostu. Jej mąż to były wojskowy, sympatyczny facet, który właściwie nie ma własnego zdania. Ona walcząca z przeciwnościami dusi się w tej ciasnocie, on sobie spokojnie popija i niewiele ma do powiedzenia.



Trywializuję, ale mam prawo. Tarr w jednym wywiadzie sam przyznał o licznych błędach tego obrazu, mówił, że kiedyś był idealistą. Wydawało mu się, że wystarczy mieć kamerę i świat się dowie (czyt.będzie zbawiony).Potem zmądrzał i inaczej do tego podszedł. Jednak pomimo tej jego młodzieńczej postawy dużo dobrego ten film zawiera.



Widać inspirację Cassavetesem, widać ten styl, który właściwie od Almanachu wyniesie go do czołówki, widać wreszcie, że chłop pomysł miał. Co ciekawe, te problemy, które przeżywają bohaterowie są namacalne. Łatwo sobie je wyobrazić, nie ma tam jakiegoś przesadnego politykowania. Tarr po prostu opisał tę historię stylizując obraz na dokument. Niechaj ludzie po prostu powiedzą czego pragną. Błędów jest tutaj dużo, zbyt wiele, aby je wymieniać, one niestety nie zachęcą potencjalnych odbiorców reżysera. Osobiście bym ten film odradzał, polecał go jako ciekawostkę w dorobku reżysera. Muszę jeszcze zaliczyć Outsidera i Ludzie z prefabrykantów. Podobno to też nie najlepsze obrazy Tarra, podobno.

Największa wada Ogniska to...scenariusz. Nie dopisane wątki, albo inaczej, poruszone, zaczęte,, naszkicowane a potem porzucone. To niechlujnie wygląda. Domyślam się, że młody Tarr chciał pewnie zaszokować widzów warunkami życia bohaterów, ale wyszło to tak, że nawet nie wiadomo z początku kto jest kto. Są trzy rodziny, a ja widzę dwie, trzecia gdzieś się pałęta, żeby wypełnić kadr. Dalej, kamera z ręki mi odpowiadała, ale widać ewidentnie brak pomysłu na jakąś ciekawszą operatorkę. Krótko mówiąc, jakby Kulturek coś takiego nakręcił, to może by mu i pokaz na NH zrobili, ale widownia by się odrobinę wierciła. Film jest spięty klamrą, tak, że w sumie po obejrzeniu cżłowiek ma tam jakąś refleksję, niemniej jednak zbyt wiele pytań postawiono, anegdota choćby nie wiem jak ciekawie się zaczynała, gdy ją urwiemy w połowie drażni. Zaryzykuję stwierdzenie, że Tarr nie myślał wtedy o sobie jako reżyserze, bo ten film jest wręcz łopatą na stół wrzucony. Biorąc jednak pod uwagę progres Węgra, trudno mi jednoznacznie ocenić Ognisko. W końcu miał wtedy 24 lata i zapewne chciał Ogniskiem komuś zwyczajnie i po ludzku przypier—lić.

Stop for Bud (1963), reż. Jorgen Leth

Zanim nakręcił Człowieka Idealnego, Jorgen Leth popełnił taki krótki metraż. Jak ktoś widział Człowieka to podobieństwa zauważy. Mnie póki co zafascynował ten debiucik. Co prawda widać tam pewne niezdecydowanie pomiędzy awangardą a klasycznym podejściem do formy dokumentu (jaka by ona nie była). W końcu jego styl musiał się w pełni ukształtować. Niemniej i tak jest to ciekawy obraz. Minimalizm, odrobina industrialu i muzyka jazzowa w tle. Bardzo ciekawy początek kariery.

Zapraszam



Planuję obejrzenie jeszcze Motion Picture. Dzisiaj wieczorem to wrzucę. Acha, wiedzieliście, że Jorgen ma bloga?

środa, 12 stycznia 2011

Ostatnie dni sodomy, oczywiście Andrzej Rodan

Twórczość Andrzeja Rodana jest jednocześnie niedoceniana jak i  przeceniana. Jest w jego zbiorach znakomita powieść Okolice Porno Shopu jak i kilka zupełnie złych. Przesadą jest ta jego wielka kontrowersyjność. Epatowanie taką literacką pornografią, wręcz nadużywanie erotyki nie musi każdemu się zaraz podobać, ale trzeba przyznać, że pióro pisarza jest wprawne. W ogóle to jest tak, tematy są odrobinę wymuszane, ale ujęte sprawnie. Problemy emigrantów albo chociażby ten nazizm... Ta wulgarność jest atutem, cynizm rodem z Bratnego, złe kobiety i ich łóżkowe możliwości, odrobinę socjologii, kilka niepoprawnych politycznie twierdzeń…Czy jest to brukowa literatura? Na pewno nie, ale Rodan aspiruje do miana skandalisty. Takie rzeczy jak historia papieży czy coś to według mnie szajs. Podobno jednak jest na to popyt.



Ostatnie Dni Sodomy koncentruje się w momencie dojścia do władzy Hitlera, mamy początki nazizmu ale Rodan w swoim stylu skupia się na aspektach ideologii od kuchni. Z jednej strony posługuje się oklepaną retoryką, którą każdy może znaleźć w podręczniku do historii, z drugiej tworzy prawdziwą galerię postaci., które mają wziąć w tym udział. I tak, mamy na przykład ciekawą Olgę, mamy apolitycznego filmowca, który oczywiście przestaje być apolityczny, mamy seks w różnych odmianach i jak to u Rodana, oczu od lektury oderwać nie sposób.

A zatem, pomysł na fabułę był interesujący, ale miałem wrażenia, że Rodan pracy domowej nie odrobił. Że sobie zaczął upraszczać. Wiecie jak to jest, rozmowy Adolfa z politykami, coś na kształt Politycal  Fiction, uczłowieczanie postaci, które wtedy grały pierwsze skrzypce, dorabianie im osobowości. No nie zawsze to grało. Podobnie jak osoba Hitlera w Bękartach Wojny miała widza raczej śmieszyć o tyle tutaj Rodan stara sie go zrozumieć, a to już kulawo wygląda. Dalej, każdy epizod kończy się, niczym w serialu jakimś ekscesem (czyt. zawieszeniem akcji) ale ich poziom jest nierówny. No bo na przykład geneza paktu Ribentropp Molotov to już takie snucie, że Ribentropp nie wiedział, że źle się wyraził, itd.a po cholerę  to. W przeciwieństwie do Okolic Porno Shopu, tutaj już nie ma subtelności, to nie jest historia o miłości, to cała seria pulp fiction, z którego można by wykroić kilka wcale niezłych opowiadań, ale jak to u Rodana, dominuje przesadyzm.

Dla mnie jest to dziwne, styl pan Rodan ma ciekawy. Potrafi wymyślić  na poczekaniu historię z pointą, nie jest mu obca ta nuta pożądanej podświadomie kontrowersji, a jednak zawsze gdzieś to się musi sypać. W konsekwencji te książki krążą po allegro i są kupowane przez erotomanów którzy udają intelektualistów (jak piszący te słowa) albo trafiają na półkę, kurzą się i nikomu się odkurzać ich nie chce.

Ja nie potrafię być obiektywny, lubię czytać powieści Rodana. Lubię te jego bluźnierstwa i ciekawie opisany seks ujęty w jakąś tam warstwę fabularną. Gdybym miał się jednak osobiście wyspowiadać panu Andrzejowi, dlaczego czytałem Życie seksualne Papagejów to nie jestem pewny, czy o takiego czytelnika  właśnie mu chodziło.

P.S. Dopisuję to teraz, bo sobie sięgnąłem po Ostatnie dni. Co ciekawsze, agresywniejsze wypowiedzi, albo może akurat te, z których Andrzej Rodan był szczególnie dumny są napisane tłustym drukiem.. Ale fajnie.