poniedziałek, 16 stycznia 2012

Moje życie z Dżejmsem, Maciej Gierszewski

Prawda, że jest piękny

To Marcinowi Zembrzuskiemu muszę podziękować za sugestię, w czyj talent warto zainwestować odrobinę kapitału. On to w którymś tam tysięcznym mailu rzucił mi tekst w stylu:
"a może coś Kreta byś wydał?".
Już wtedy obiecałem sobie, że jak się uda to pasuje Zembrzuskiemu publicznie podziękować. Dzięki Marcin za cynk, zawsze będę o tym pamiętał. 

Ale wtedy, nim nastąpiło ostateczne porozumienie wiele maili musiało przepłynąć. Byłem wtedy pochłonięty wydaniem Ziniola, chwilami "srałem ze strachu" i różne myśli latały mi po głowie. Maciej, co mi się podobało nie narzucał się ze swoim materiałem. Nie częstował mnie tekstem w styl "mam tych wierszy w cholerę", albo "mam w szufladzie kilka opowiadań", a przecież debiutantem nie był. Debiutantem byłem ja, a on w sumie mógł mi wcisnąć cokolwiek.
Wreszcie padła decyzja. Moje życie z Dżejmsem Nie mogłem nie wydać tego tytułu, a to dzięki żonie, która usłyszawszy tytuł, zapytała: "Czy to jest o homoseksualistach?".
I jak to w życiu bywa, musiało minąć trochę czasu nim doszło do druku. Zdążyłem poznać osobiście Maćka na MFK i żałuję, że nie pogadałem z nim dłużej. I teraz, kiedy mam za sobą telefony do drukarni, że książka już jest, nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić Wam Dżejmsa.
"Zabiję tego kota"
Oto dziś, tuż po odśnieżeniu wjazdu do garażu mogę oficjalnie ogłosić przedsprzedaż.

Zamówienia składamy tutaj(KLIK)



MACIEJ GIERSZEWSKI ur. 1975; poeta, prozaik, bloger. Pisuje o komiksach, m.in. na „Kolorowych Zeszytach” oraz „Alei Komiksu”. Opublikował: „Profile” (Olsztyn 2006), „Luźne związki” (Poznań 2010). Zredagował (ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką pt: „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga o komiksach: http://dybuk.wordpress.com. Mieszka w Poznaniu.

środa, 21 grudnia 2011

The Lonely Matador, 2011 Jay Wright

Sztuka czy gadżet. O komiksie Jaya Wrighta  
The Lonely Matador



Z okazji Poznańskiej Ligatury Centrala wydała nagrodzony Grand Prix album Jaya Wrighta Lonely Matador. Dobrze się stało że dzięki Centrali ten komiks ujrzał światło dzienne. Jego wydanie mogło narobić nieco szumu na naszym małym, komiksowym poletku. Po pierwsze, komiksiarze mogli podzielić się na obozy za i przeciw. Matador mógłby posłużyć jako pretekst do arcyciekawej i nowatorskiej dyskusji „czy ten komiks jest dziełem sztuki” oraz „ile jesteśmy na tą sztukę gotowi wydać ”. Niestety nic takiego się nie stało. Owszem, ktoś napisał, że Matador jest przereklamowany, inny, że cena z kosmosu...ale szału nie ma. Ja sam miałem i mam problem z oceną The Lonely Matador, do dziś ten komiks pozostawia mnie z mieszanymi uczuciami, jednak jedno nie ulega wątpliwości. Jest to kawał bardzo dobrej roboty.

I tak. Fabuła komiksu jest wariacją na temat potencjalnej emerytury legendy korridy, Juana Belmonte. Wiemy o tym z tylnej strony okładki, wiemy to od recenzentów... i tutaj pojawia się pierwsze ostrzeżenie. Gdyby nie ów opis, czytelnik miały spory problem ze  złapaniem kontekstu. Ot luźne zapiski, tydzień z życia jakiegoś cudaka. Dobra rzecz na raz. Zatem Matador jest prowokacją czy też nie. Czy funkcjonuje (jakkolwiek głupio to nie zabrzmi) jako samodzielna, integralna całość czy musimy sobie pomóc znajomością postaci Belmonte. Czy mówimy o szeroko pojętej intertekstualności, pojęciu, które krytyka lubi przylepiać najczęściej do postmodernistycznej farsy czy też przeciwnie. Od strony formalnej Wright posiłkuje się budową niczego innego jak klasycznego dziecięcego pamiętnika, do którego za młodu lubiliśmy wklejać zasuszone kwiatki, liście, papierki rozmaite... no co tylko dusza zapragnie. Pytanie, co z tego wynika.
Osobiście skłaniałbym się ku tezie, że rysownik użył postaci Matadora jako makiety dla stworzenia powiastki filozoficznej na miarę Małego Księcia. Można mówić o Matadorze w kontekście egzystencjalnym. Ale chyba najprościej będzie napisać, że konstrukcja komiksu przypomina worek z prezentami. Czytelnik znajdzie w nim to co chciałby znaleźć. Dla jednych Matador będzie refleksyjnym pamfletem na temat samotności dla drugich postmodernistycznym eksperymentem narracyjnym.



Na początku recenzji wspomniałem, że ocena komiksu sprawiła mi kłopot. Pomimo zgrabnej konstrukcji Matadora nie mogę oprzeć się wrażeniu, że padam ofiarą szarlatanerii. Że Matador nie mówi niczego nowego, więcej: jest kosztowną, pięknie wydaną ozdobą, którą wypada mieć w posiadaniu. Wartości, które Matador oferuje to stare, dawno wyświechtane moralitety. Lektura komiksu przypomina czytanie prozy Érica Emmanuela Schmitta. Nie jest to wada, ale i nie zaleta.Osobiście już na samym starcie stałem się fanem kreski Jay Wrighta. Jego styl bazuje na dziecinnych uproszczeniach, zwłaszcza w ukazaniu sekwencji ruchu. Postacie Wrighta to humanoidy opatrzone dysproporcją ciała. Coś pięknego. Brak rysunku perspektywicznego, brak dymków, dialogi zredukowane do minimum...Cudo. Tylko czy te edytorskie gadżety musiały się w komiksie znaleźć? Bo nie mam wątpliwości co zadecydowało o cenie albumu. I wreszcie, czy naprawdę mówimy tu o nowatorstwie i czy komiks jako medium takich ozdobników potrzebuje.

Jak pisałem i powtórzę jeszcze raz. Matador jest komiksem bardzo dobrym i tylko mam głęboką nadzieję, że te dodatki  nie staną się stałym elementem komiksów Centrali.

Kwestie techniczne:

Ilość stron: 56
Format: 21x29,7 cm
Wnętrze: cyclus print 150 g, kolor, + 2 plakaty A3 [ eccobook 52 g ] + koperta [ wew. 4 zdjęcia oraz ulotka ] + wklejka na kalce. Szyte.
Oprawa: okładziny tekturowe 2 mm, kaszerowane okleiną z surowymi kantami  (!!!)
Cena: 111 zł lub 44 euro

I zapraszam tutaj- blog Jaya Wrighta





niedziela, 4 grudnia 2011

Fotostory, Dominik Szcześniak i Rafał Trejnis, 2011




Najpierw oczywista oczywistość. Pierwsze odcinki Fotostory pojawiły się na kartach Ziniola już dobre kilka lat temu. Gdyby kontynuacja zina trwała dalej, prawdopodobnie historia Mikołaja i Berna urosłaby do całkiem słusznych rozmiarów. Podczas tegorocznego MFK miała miejsce premiera Fotostory, tym razem jako pełnoprawnego albumu z niepublikowanym dotąd epizodem Zanim zaczniemy. Za scenariusz odpowiadał oczywiście Dominik Szcześniak, za rysunki Rafał Trejnis. Od debiutu przyglądałem się reakcjom czytelników na Fotostory. Poza kilkoma recenzjami, o komiksie właściwie niewiele słychać. Niby reakcje są pozytywne, ale...

Przyczyn tego stanu jest kilka. Pojawił się w sprzedaży w najgorszym momencie. Premiera Szelek duetu Szyłak/Stefaniec, ceglastego Osiedla Swoboda Śledzia, świetnego Czasem Marcina Podolca…dodatkowo sztucznie przylepiona etykieta, jakoby Fotostory było odpowiedzią albo przedstawiało dalsze losy bohaterów Ekipy Swobodnej sprawiło, że album ten zaszufladkowano gdzieś pomiędzy komiksem obyczajowym, zbiorczym wydaniem pretekstowym a kolejnym z wielu projektów Szcześniaka wyciągniętych z szuflady na światełko dnia.

Prawda jest nieco inna. Fotostory może nie jest albumem roku, ani tym bardziej dekady, ale też nigdy do tego miana nie aspirowało. Nie jest freskiem jak komiks Śledzia, który kokietuje czytelnika każdym kadrem. Żaden Niedźwiedź nie dubluje hiszpańskiego pornosa, nikogo nie goni sympatyczna Psotka. Panie i panowie, to nie te kwiatki. Zupełnie inna rzeczywistość, inni bohaterowie. Fotostory nie raczy wszechobecną nowomową. Brakuje graffiti, jest za to pieprzona, nudna polska rzeczywistość. Zatem jeżeli już musimy album do czegoś porównywać, niechaj to będzie 10 Bolesnych Operacji.
Dlatego Osiedle wygrywa, Fotostory stoi z boku. Każdy kto zasugeruje się wstępem komiksu (autorstwa Kuby Jankowskiego) będzie podświadomie te dwa komiksy ze sobą zestawiał. Błąd.



Można napisać, że fabuła jest tu pretekstem do złapania w kadr „pokolenia 1200 brutto”, ale dla mnie jest to zdanie wytrych. Prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Scenariusz Szcześniaka to zabawa konwencją telenoweli, podczas której banał wysuwa się na plan pierwszy a małżeńska sprzeczka stanowi oś główną odcinka. Mamy tam sytuacje typu „bączek na zgodę”, trochę ostający od reszty epizod Ridża Forestera czy „koleżanki Gośki” i chorobę krwi. Kto pamięta starsze odcinki Klanu, będzie wiedział o czym mówię. Absurd sytuacyjny, nagromadzenie wątków bez żadnej przyczyny. Budowanie pustego napięcia, które okazuje się odpustowym balonikiem. W przypadku F. widać, że scenarzysta przeniósł język telenoweli na język komiksu.
Powiedzmy, że Szcześniak z Trejnisem przemówili do Polaków w ich „macierzystym” języku albo zaproponowali nowy „komiks dla ludu”. Czy można zatem zaryzykować stwierdzenie, że adresatem Fotostory są nie komiksiarze, lecz fascynaci tasiemców?

Bo Fotostory jest komiksem bez początku ani końca, brakuje klarownej fabuły-historia Berna i Mikołaja po prostu trwa. I pewnie dlatego Fotostory jest delikatnie mówiąc olewane. Bo oferuje czytelnikowi to, co go najmniej interesuje. Brak przystępnego artyzmu nudzi, chociaż już od dawna było wiadome, że Dominik Szcześniak jest świetnym obserwatorem. Pozwolę sobie napisać, że ten komiks to środkowy palec wymierzony w malkontentów,którzy uważają, że brakuje nam dobrych scenarzystów. Powiem więcej, mam przeczucie, że ten komiks odżyje po latach jako udana próba sportretowania pokolenia powracającego z emigracji z przysłowiową ręką w nocniku. I nie jest to widok, który wzbudza nasze zainteresowanie, Pewnie dlatego, że sami obcujemy z tym na co dzień.



Czy zapowiadana kolejna część wyrwie się z tego marazmu na inny lewel? Czy Szcześniakowi uda się przekonać do siebie nową publiczność, wprowadzi nowe wątki, dopieści te zaczęte. Obawiam się, że zadanie będzie miał nieco utrudnione. Fotostory pojawiło się w swej pełnej postaci za późno i w tym tkwi chyba jego największy problem.

Na koniec chciałbym wspomnieć o warstwie graficznej. Rafał Trejnis ma prostą i oszczędną kreskę. Komiks narysowany w czerni i bieli wygląda przejrzyście i czytelnie, ale brakowało mi tam zróżnicowania. Mam wrażenie, że przy niektórych kadrach rysownik mógłby się nieco więcej postarać. Wszechobecny raster też nie zawsze spełnia swoją rolę. Przestaje być ciekawym zabiegiem, a staje się stałym elementem, który niewiele wnosi. Miałem wrażenie, że scenariusz ograniczał Rafała, bowiem miejscami pojawiały się naprawdę znakomite kadry, ale w scenach „gadanych” całość traktowana była po najmniejszej lin oporu. Jeżeli jednak mówimy o albumie, który korzysta z „estetyki serialu”, to taki zabieg jest jak najbardziej wskazany.



Tytuł: Fotostory
Scenariusz: Dominik Szcześniak
Rysunki: Rafał Trejnis
Data wydania polskiego: październik 2011
Liczba stron: 112
Format: 165x240 mm
Okładka: twarda, kolorowa
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały


czwartek, 1 grudnia 2011

Agnieszka Drotkiewicz

WIECZÓR AUTORSKI

Tym razem oryginalny plakacik mego autorstwa nie został zeskanowany, użyję zatem zdjęcia wyjściowego Agnieszki.
A wieczór odbył się w środę, bodajże 16 stego listopada o godzinie 17 stej. Trwał półtorej godziny, przybyła młodzieży z tak zwaną "panią polonistką".



No i tak. Przeglądam sobie moje relacje z prowadzonych przez mnie wieczorów i czuję nosem ten spadek entuzjazmu. I jeżeli spotkanie z Kubą Żulczykiem było czymś co będę na pewno długo wspominał, o tyle mam solidne problemy z utrzymaniem emocji na wodzy, kiedy wspominam Agnieszkę Drotkiewicz.
Jest to bardzo miła osoba, zależało jej na dobrym kontaktu z ludożerką, na dodatek starała się odpowiadać wyczerpująco na każde pytanie i... no właśnie.
Nie potrafię tego wszystkiego uporządkować, dla mnie to był przepraszam za wyrażenie chaos, z którego niewiele można było zrozumieć.
Mogę zaryzykować stwierdzenie, że pisarka lubi postmodernizm, wiem na pewno, że uwielbia Houellebecqa, lubi herbatę bez kofeiny, kawę espresso, może nawet przypomina nieco postać z Paris London Dachau. Niestety, żadna jej książka nie przemówiła do mnie, ani debiut, ani wywiady. Mam wrażenie, że są to zbiory pretekstowe. Owszem mają przewodnią myśl, owszem Agnieszka nie popada w banał, ale też nie stara się dotrzeć w te rejony, które mogłyby szczerze zaciekawić czytelnika. Najbardziej jednak zasmucił mnie fakt, że artystka nawet nie potrafi obronić swojej pracy.
Kiedy opowiadał o swoim debiucie, pierwszych reakcjach była szczera, czuć było emocje młodej pisarki, ale dalej to przestało być przekonywujące, raczej drażniło.
Znajoma dziennikarka oberwała, ponieważ zostawiła włączony dyktafon, żeby łatwiej było robić notatki. Pani Agnieszka no cóż, nieco się tego wystarczyła. Ja się nie dziwię, też się boję dyktafonów, to są straszne urządzenia, które łapią nas za słowa, uwypuklają nasze wpadki...
No kaman, przecież chodzi o to, żebyśmy się chociaż troche intelektualnie wzbogacili. Najlepiej ujął to Andrzej Stasiuk:
"Przybyłem tu, żeby sie dowiedzieć, czego się Panstwo chcą ode mnie dowiedzieć"

I to zdanie więcej mówi o pisarzu niż cała jego twórczość.

poniedziałek, 17 października 2011

Jakub Żulczyk wieczór autorski


Jakub Żulczyk, jechał dziewięć godzin, ledwo papierosa spalił i już musiał biec na salę.
Było widać zmęczenie, ale dał radę.
Dyrekcja, która fantastyki nie czyta, kupiła jego książkę. A właściwie dwie. Zmorojewo oraz Świątynie.
Tak się akurat złożyło, że dzień wieczoru był akurat datą premiery Świątyni. Kuba sam nie widział jak ta książka wygląda.
Nie kryłem podczas wieczoru, że najbardziej cenię Zrób mi jakąś krzywdę. Instytut także. Próbowałem chłopaka podpuścić.
Żeby wprost i z mostu, jasno i przejrzyście oświadczył, że przerzucił się na fantasty. Że ma zamiar dołączyć do Dukaja, Pilipiuka
Sapkowskiego...
Niestety. Jakub po prostu CHCIAŁ napisać taką książkę i zrobił to.
Ale o dziwo przekonał mnie.

Mówił jeszcze o wielu rzeczach. O Lampie, swoich początkach
Swojej pracy, poglądach...

Szkoda, że nie pogadaliśmy więcej.
Szkoda.

wtorek, 4 października 2011

MFK Warto było

Dopiero dzisiaj odespałem Łódz. Prawie 9 godzin jazdy, hostel na peryferiach i dwa dni targów ale warto było. Każdego dnia byłem tak zmęczony, że w konsekwencji olałem Piotrkowską i Manufaktury, nawet nie było kiedy się unicestwić z chłopakami w jakimś łódzkim pubie. Był to mój pierwszy MFK, pierwszy kontakt ze środowiskiem. Pierwsze publiczne wystawienie Ważki. Nerwy, emocje i jeszcze raz nerwy. W sobotę moimi sąsiadami byli weganie, ludzie z misją, niejedzący mięsa ale już w niedzielę na ich miejscu wylądował Tomek Kleszcz ze swoją Panią i już było inaczej:) Nie mam zamiaru skarżyć się, że stoisko na zdjęciu wyglądało inaczej, a okazało się prowizorycznym boksem. Nie mam o to żalu. Najważniejsze, że Ziniol przyjął się bardzo dobrze. Ludzi figurujacy jedynie dotąd jako "znajomi" z fejsa stali się nimi naprawdę.

W moim położeniu rozmowy z Timofem, Leszkiem z Ongrysa były czymś koniecznym. Wiele, naprawdę bardzo wiele cenny wskazówek uzyskałem, które pomogą Ważce lepiej działać. Pozycja "nowego gracza" jak to ujął Maciek Pałka nie pozwala mi na działanie po omacku.
Dopiero w drodze powrotnej, kiedy czytałem Osiedle Swoboda w pełni dotarło do mnie, kto mijał moje stoisko, z kim rozmawiałam, że wszystko tak szybko pękło i że następne MFK niestety dopiero za rok. W każdym razie debiut jak najbardziej na plus.

Jednak tak naprawdę to Lucek, Maciek i Wojtek są prawdziwymi hirołs. Bez tego materiału Ważka nie zaistniałaby. Bo to wszystko zawdzięczam Wam chłopaki,. Mam nadzieję, że nie jesteście rozczarowani raczkującym wydawcą i Ziniols vol. 2 nie będzie naszym ostatnim wspólnym projektem.

P.S. Pierwsza recenzja Antologii już się pojawiła, zapraszam tutaj.

poniedziałek, 26 września 2011

Drive 2011, rez. Nicolas Winding Refn

Drive jest filmem którego bez wątpienia warto zobaczyć. Z mocnej listy Cannejskich wojowników to właśnie tak naprawdę reżyser Bronsona wyszedł prawdziwie zwycięsko. Palma dla najlepszego reżysera i bezwarunkowa wiara polskich dystrybutorów w możliwości i potencjał tego Pana. Jak na razie jeden z najlepszych filmów roku, chociaż bez bicia przyznaję się, że tytułów okraszonych datą 2011 nie widziałem zbyt wiele. Ale niepotrzebnie przedłużam wstęp.

Fabuła jest właściwie powszechnie znana. Nie będę za kimś powtarzał, na pewno większość ten film widziała, na pewno większość się tym filmem zachwyciła (mowa oczywiście o tej grupce ludzi, których brak CGI jakoś specjalnie nie odstrasza) i piszący te słowa również pozostał pod wielkim wpływem.
Bo Winding Refn udowodnił dla mnie jedno. Nie ważna jest sama historia, ważna jest oprawa. Składniki, środki, estetyka. Coś co próbowało robić wielu, z różnym skutkiem. Duńczyk robi po swojemu i nie ogląda się na reakcje widza. Kiedy pisałem ten tekst przeraziłem się, że Refn jest twórcą efektownych opakowań, atrakcyjnej formy, którą nadrabia estetyką. I uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie wielu widzów, niechętnych reżyserowi sięgnie po ten argument.

I Drive również taki jest. Wszechobecny oniryzm, to kiczowate electro*, oglądanie tego to jak przeglądanie albumu ze zdjęciami. Niestety, w drugiej połowie filmu coś zaczęło się psuć.
To oczywista oczywistość, Refn nie poprzestał na jednej matrycy, wprowadził mrok, który skutecznie wyparł subtelną estetykę czasów Miami Vice. Do akcji wkracza Angelo Badalamenti i oto mamy grozę. Nasz bohater przeistacza się w wykonawcę wyroku. Mściciela, jedynym ogniwem łączącym go z jasną stroną jest oczywiście owa samotna matka, ale i ona nie jest w stanie powstrzymać Drivera. Boi się, sama nie wie, na kogo ma liczyć.


A mogło być tak pięknie. Przez pół filmu Duńczyk tworzył piękną historię. Ona i on, obydwoje wiedzą, że nie powinni się byli spotkać, obydwoje za czymś tęsknią i pamiętam, kibicowałem im.
Na imdb stoi, że Refn konsultował się z Gasparem Noe w kwestiach reżyserii scen brutalnych. Nie potrafię tego zrozumieć. Oniryzm w takiej dawce mógłby opowiedzieć David Lynch., tyle, że u niego cały obraz jest umowny, oparty na metodzie skojarzeń. Refn mówi zupełnie serio. Ciemny pokój, młotek i ten złowieszczy dron w tle. Muszą tam stać jeszcze roznegliżowane panienki? (Ich stoicki spokój przeraził mną.) Oto widz jest świadkiem, że aktorzy zaczynają poruszać się po świecie mafii(?), Driver staje się uwikłanym w paskudną historię romantycznym rycerzem i musi za to zapłacić. Wie, że nie ma już odwrotu, pozostała mu tylko zemsta, ale kurcze trochę zbyt naiwne mi się to wydawało. Dwa czarne charaktery nieco to uwiarygodniają, milczący kierowca z twarzą nieśmiałego jelonka sprawdza się w tej pierwszej części filmu. W drugiej już mniej, biorą pod uwagę środki jakich używa...Miałem wrażenie, że reżyser zwyczajnie przedobrzył.

No i miałem napisać jeszcze o stronie aktorskiej. Niestety od tej strony film nie kreuje żadnej wybitnej osobowości. Tak jak Mads Mikkelsen wypełniał całą przestrzeń w kadrze Valhalli, Tom Hardy podobnie,o Pusherach nie wspomnę, o tyle tutaj wszystko jest takie od niechcenia. Postać Blanche, Ron Perlman był niezły, ale potem jego aktorstwo zaczęło się „cofać”. Na uwagę zasługuje właściwie tylko Albert Brooks. Od pewnego momentu to on trzyma film. Chłopiec i jednooki tworzyli duet, uzupełniali się wzajemnie, Ryan Gosling nie ma tego czegoś, niestety. Z drugiej strony widzicie w tej roli Hugh Jackmana?

Gdyby jednak komuś przyszło do głowy, że Drive to film słaby, uprzejmie informuję, że się myli. Biorąc pod uwagę środki formalne, teoretycznie prosta operatorka, taka sama jak bohaterowie filmu, gry cieniem, scena w windzie, a zwłaszcza jej finał...Nie, można krytykować Drive, ale nie wolno tego filmu nie doceniać. Ja nie mam zamiaru wszczynać polemiki, czy Refn na tą Palmę zasłużył. Nie widziałem właściwie żadnego filmu z Cannes**, dlatego nie zabieram głosu i przyznaję 7/10 w filmwebowej skali. Uważam, ze to uczciwa ocena.


P.S. Według mnie najwięcej temu obrazowi zaszkodziły dwa poprzednie filmy. Refn postmodernista, Refn i jego klisze, tak naprawdę ludzie wciąż widzą w nim twórcę postmoderny, czerpiący garściami z kina gatunkowego. Fakt, inspiracje Refna wywodzą się z takiego kina. Jednak zarówno jego dokonania jak i wypracowany własny unikalny styl nakazuje mi go nazywać twórcą dobrego kina autorskiego, a nie Robinsonem poszukiwaczem.
Przynajmniej już od dawna nie.

* Oczywiście jako ex fan tego stylu, nie mogłem nie ulec czarowi tych pierdzących syntezatorków, bolała mnie tylko obecność kawałka Trenta Reznora, która zdobiła prześwietne Social Network. Jak to usłyszałem, miałem ochotę wrzasnąć WTF?

**Widziałem za to Drzewo Życia, jest to jedyny obraz który można nazwać jednocześnie wielkim i wręczyć mu Złotą Malinę, tekst wkrótce.