poniedziałek, 13 lutego 2012

...a tymczasem

GEDEON ZEBRANY
zbiór prac Daniela Grzeszkiewicza
120 stron w zatwardziałej oprawie





Najpierw wyjaśnię jedną rzecz. Premiera albumu od samego początku była zapowiedziana na 13 lutego, ale mogło być i tak, że hurtownicy obawiali się działania tej złowieszczej liczby i przemianowali mi 13 stkę na 10 tkę. Jak dla mnie okej, właściwie zostawiam to w ich rękach, bo jak wspomniałem na stronie Ważki, chciałbym zrezygnować ze sprzedaży przez internet. Wolę zostawić to fachowcom. 
Siłą rzeczy ten krok oznaczał również brak PRZEDSPRZEDAZY, ale jak mówiła moja babcia-jak się bujać to w obie strony. 

A wracając do Gedeona zebranego...pomimo, że ten zbiorek zawiera wiele luźnych opowieści, paradoksalnie stanowi koncept album. Teraz kiedy trzymam go w rękach, spoglądając na "neoneowego" Gedeona cieszę się, ze Daniel nie zmienił tej okładki.

Na zachętę- mocny początek

Do kupienia tutaj, tutaj i tutaj.

Bi Bułka 3 w natarciu

Blizej jak dalej. Otoczak z niechęcią udostępnia nowe materiały. Spokojnie podgrzewa napięcie, jest oszczędny, nie interesuje go efekciarski hajping.
I proszę, oto na stronie Ziniola w dziale kibicujemy, pojawia się przedziwne story.
Popatrzcie sami

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Moje życie z Dżejmsem, Maciej Gierszewski

Prawda, że jest piękny

To Marcinowi Zembrzuskiemu muszę podziękować za sugestię, w czyj talent warto zainwestować odrobinę kapitału. On to w którymś tam tysięcznym mailu rzucił mi tekst w stylu:
"a może coś Kreta byś wydał?".
Już wtedy obiecałem sobie, że jak się uda to pasuje Zembrzuskiemu publicznie podziękować. Dzięki Marcin za cynk, zawsze będę o tym pamiętał. 

Ale wtedy, nim nastąpiło ostateczne porozumienie wiele maili musiało przepłynąć. Byłem wtedy pochłonięty wydaniem Ziniola, chwilami "srałem ze strachu" i różne myśli latały mi po głowie. Maciej, co mi się podobało nie narzucał się ze swoim materiałem. Nie częstował mnie tekstem w styl "mam tych wierszy w cholerę", albo "mam w szufladzie kilka opowiadań", a przecież debiutantem nie był. Debiutantem byłem ja, a on w sumie mógł mi wcisnąć cokolwiek.
Wreszcie padła decyzja. Moje życie z Dżejmsem Nie mogłem nie wydać tego tytułu, a to dzięki żonie, która usłyszawszy tytuł, zapytała: "Czy to jest o homoseksualistach?".
I jak to w życiu bywa, musiało minąć trochę czasu nim doszło do druku. Zdążyłem poznać osobiście Maćka na MFK i żałuję, że nie pogadałem z nim dłużej. I teraz, kiedy mam za sobą telefony do drukarni, że książka już jest, nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić Wam Dżejmsa.
"Zabiję tego kota"
Oto dziś, tuż po odśnieżeniu wjazdu do garażu mogę oficjalnie ogłosić przedsprzedaż.

Zamówienia składamy tutaj(KLIK)



MACIEJ GIERSZEWSKI ur. 1975; poeta, prozaik, bloger. Pisuje o komiksach, m.in. na „Kolorowych Zeszytach” oraz „Alei Komiksu”. Opublikował: „Profile” (Olsztyn 2006), „Luźne związki” (Poznań 2010). Zredagował (ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką pt: „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989 – 2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga o komiksach: http://dybuk.wordpress.com. Mieszka w Poznaniu.

środa, 21 grudnia 2011

The Lonely Matador, 2011 Jay Wright

Sztuka czy gadżet. O komiksie Jaya Wrighta  
The Lonely Matador



Z okazji Poznańskiej Ligatury Centrala wydała nagrodzony Grand Prix album Jaya Wrighta Lonely Matador. Dobrze się stało że dzięki Centrali ten komiks ujrzał światło dzienne. Jego wydanie mogło narobić nieco szumu na naszym małym, komiksowym poletku. Po pierwsze, komiksiarze mogli podzielić się na obozy za i przeciw. Matador mógłby posłużyć jako pretekst do arcyciekawej i nowatorskiej dyskusji „czy ten komiks jest dziełem sztuki” oraz „ile jesteśmy na tą sztukę gotowi wydać ”. Niestety nic takiego się nie stało. Owszem, ktoś napisał, że Matador jest przereklamowany, inny, że cena z kosmosu...ale szału nie ma. Ja sam miałem i mam problem z oceną The Lonely Matador, do dziś ten komiks pozostawia mnie z mieszanymi uczuciami, jednak jedno nie ulega wątpliwości. Jest to kawał bardzo dobrej roboty.

I tak. Fabuła komiksu jest wariacją na temat potencjalnej emerytury legendy korridy, Juana Belmonte. Wiemy o tym z tylnej strony okładki, wiemy to od recenzentów... i tutaj pojawia się pierwsze ostrzeżenie. Gdyby nie ów opis, czytelnik miały spory problem ze  złapaniem kontekstu. Ot luźne zapiski, tydzień z życia jakiegoś cudaka. Dobra rzecz na raz. Zatem Matador jest prowokacją czy też nie. Czy funkcjonuje (jakkolwiek głupio to nie zabrzmi) jako samodzielna, integralna całość czy musimy sobie pomóc znajomością postaci Belmonte. Czy mówimy o szeroko pojętej intertekstualności, pojęciu, które krytyka lubi przylepiać najczęściej do postmodernistycznej farsy czy też przeciwnie. Od strony formalnej Wright posiłkuje się budową niczego innego jak klasycznego dziecięcego pamiętnika, do którego za młodu lubiliśmy wklejać zasuszone kwiatki, liście, papierki rozmaite... no co tylko dusza zapragnie. Pytanie, co z tego wynika.
Osobiście skłaniałbym się ku tezie, że rysownik użył postaci Matadora jako makiety dla stworzenia powiastki filozoficznej na miarę Małego Księcia. Można mówić o Matadorze w kontekście egzystencjalnym. Ale chyba najprościej będzie napisać, że konstrukcja komiksu przypomina worek z prezentami. Czytelnik znajdzie w nim to co chciałby znaleźć. Dla jednych Matador będzie refleksyjnym pamfletem na temat samotności dla drugich postmodernistycznym eksperymentem narracyjnym.



Na początku recenzji wspomniałem, że ocena komiksu sprawiła mi kłopot. Pomimo zgrabnej konstrukcji Matadora nie mogę oprzeć się wrażeniu, że padam ofiarą szarlatanerii. Że Matador nie mówi niczego nowego, więcej: jest kosztowną, pięknie wydaną ozdobą, którą wypada mieć w posiadaniu. Wartości, które Matador oferuje to stare, dawno wyświechtane moralitety. Lektura komiksu przypomina czytanie prozy Érica Emmanuela Schmitta. Nie jest to wada, ale i nie zaleta.Osobiście już na samym starcie stałem się fanem kreski Jay Wrighta. Jego styl bazuje na dziecinnych uproszczeniach, zwłaszcza w ukazaniu sekwencji ruchu. Postacie Wrighta to humanoidy opatrzone dysproporcją ciała. Coś pięknego. Brak rysunku perspektywicznego, brak dymków, dialogi zredukowane do minimum...Cudo. Tylko czy te edytorskie gadżety musiały się w komiksie znaleźć? Bo nie mam wątpliwości co zadecydowało o cenie albumu. I wreszcie, czy naprawdę mówimy tu o nowatorstwie i czy komiks jako medium takich ozdobników potrzebuje.

Jak pisałem i powtórzę jeszcze raz. Matador jest komiksem bardzo dobrym i tylko mam głęboką nadzieję, że te dodatki  nie staną się stałym elementem komiksów Centrali.

Kwestie techniczne:

Ilość stron: 56
Format: 21x29,7 cm
Wnętrze: cyclus print 150 g, kolor, + 2 plakaty A3 [ eccobook 52 g ] + koperta [ wew. 4 zdjęcia oraz ulotka ] + wklejka na kalce. Szyte.
Oprawa: okładziny tekturowe 2 mm, kaszerowane okleiną z surowymi kantami  (!!!)
Cena: 111 zł lub 44 euro

I zapraszam tutaj- blog Jaya Wrighta





niedziela, 4 grudnia 2011

Fotostory, Dominik Szcześniak i Rafał Trejnis, 2011




Najpierw oczywista oczywistość. Pierwsze odcinki Fotostory pojawiły się na kartach Ziniola już dobre kilka lat temu. Gdyby kontynuacja zina trwała dalej, prawdopodobnie historia Mikołaja i Berna urosłaby do całkiem słusznych rozmiarów. Podczas tegorocznego MFK miała miejsce premiera Fotostory, tym razem jako pełnoprawnego albumu z niepublikowanym dotąd epizodem Zanim zaczniemy. Za scenariusz odpowiadał oczywiście Dominik Szcześniak, za rysunki Rafał Trejnis. Od debiutu przyglądałem się reakcjom czytelników na Fotostory. Poza kilkoma recenzjami, o komiksie właściwie niewiele słychać. Niby reakcje są pozytywne, ale...

Przyczyn tego stanu jest kilka. Pojawił się w sprzedaży w najgorszym momencie. Premiera Szelek duetu Szyłak/Stefaniec, ceglastego Osiedla Swoboda Śledzia, świetnego Czasem Marcina Podolca…dodatkowo sztucznie przylepiona etykieta, jakoby Fotostory było odpowiedzią albo przedstawiało dalsze losy bohaterów Ekipy Swobodnej sprawiło, że album ten zaszufladkowano gdzieś pomiędzy komiksem obyczajowym, zbiorczym wydaniem pretekstowym a kolejnym z wielu projektów Szcześniaka wyciągniętych z szuflady na światełko dnia.

Prawda jest nieco inna. Fotostory może nie jest albumem roku, ani tym bardziej dekady, ale też nigdy do tego miana nie aspirowało. Nie jest freskiem jak komiks Śledzia, który kokietuje czytelnika każdym kadrem. Żaden Niedźwiedź nie dubluje hiszpańskiego pornosa, nikogo nie goni sympatyczna Psotka. Panie i panowie, to nie te kwiatki. Zupełnie inna rzeczywistość, inni bohaterowie. Fotostory nie raczy wszechobecną nowomową. Brakuje graffiti, jest za to pieprzona, nudna polska rzeczywistość. Zatem jeżeli już musimy album do czegoś porównywać, niechaj to będzie 10 Bolesnych Operacji.
Dlatego Osiedle wygrywa, Fotostory stoi z boku. Każdy kto zasugeruje się wstępem komiksu (autorstwa Kuby Jankowskiego) będzie podświadomie te dwa komiksy ze sobą zestawiał. Błąd.



Można napisać, że fabuła jest tu pretekstem do złapania w kadr „pokolenia 1200 brutto”, ale dla mnie jest to zdanie wytrych. Prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Scenariusz Szcześniaka to zabawa konwencją telenoweli, podczas której banał wysuwa się na plan pierwszy a małżeńska sprzeczka stanowi oś główną odcinka. Mamy tam sytuacje typu „bączek na zgodę”, trochę ostający od reszty epizod Ridża Forestera czy „koleżanki Gośki” i chorobę krwi. Kto pamięta starsze odcinki Klanu, będzie wiedział o czym mówię. Absurd sytuacyjny, nagromadzenie wątków bez żadnej przyczyny. Budowanie pustego napięcia, które okazuje się odpustowym balonikiem. W przypadku F. widać, że scenarzysta przeniósł język telenoweli na język komiksu.
Powiedzmy, że Szcześniak z Trejnisem przemówili do Polaków w ich „macierzystym” języku albo zaproponowali nowy „komiks dla ludu”. Czy można zatem zaryzykować stwierdzenie, że adresatem Fotostory są nie komiksiarze, lecz fascynaci tasiemców?

Bo Fotostory jest komiksem bez początku ani końca, brakuje klarownej fabuły-historia Berna i Mikołaja po prostu trwa. I pewnie dlatego Fotostory jest delikatnie mówiąc olewane. Bo oferuje czytelnikowi to, co go najmniej interesuje. Brak przystępnego artyzmu nudzi, chociaż już od dawna było wiadome, że Dominik Szcześniak jest świetnym obserwatorem. Pozwolę sobie napisać, że ten komiks to środkowy palec wymierzony w malkontentów,którzy uważają, że brakuje nam dobrych scenarzystów. Powiem więcej, mam przeczucie, że ten komiks odżyje po latach jako udana próba sportretowania pokolenia powracającego z emigracji z przysłowiową ręką w nocniku. I nie jest to widok, który wzbudza nasze zainteresowanie, Pewnie dlatego, że sami obcujemy z tym na co dzień.



Czy zapowiadana kolejna część wyrwie się z tego marazmu na inny lewel? Czy Szcześniakowi uda się przekonać do siebie nową publiczność, wprowadzi nowe wątki, dopieści te zaczęte. Obawiam się, że zadanie będzie miał nieco utrudnione. Fotostory pojawiło się w swej pełnej postaci za późno i w tym tkwi chyba jego największy problem.

Na koniec chciałbym wspomnieć o warstwie graficznej. Rafał Trejnis ma prostą i oszczędną kreskę. Komiks narysowany w czerni i bieli wygląda przejrzyście i czytelnie, ale brakowało mi tam zróżnicowania. Mam wrażenie, że przy niektórych kadrach rysownik mógłby się nieco więcej postarać. Wszechobecny raster też nie zawsze spełnia swoją rolę. Przestaje być ciekawym zabiegiem, a staje się stałym elementem, który niewiele wnosi. Miałem wrażenie, że scenariusz ograniczał Rafała, bowiem miejscami pojawiały się naprawdę znakomite kadry, ale w scenach „gadanych” całość traktowana była po najmniejszej lin oporu. Jeżeli jednak mówimy o albumie, który korzysta z „estetyki serialu”, to taki zabieg jest jak najbardziej wskazany.



Tytuł: Fotostory
Scenariusz: Dominik Szcześniak
Rysunki: Rafał Trejnis
Data wydania polskiego: październik 2011
Liczba stron: 112
Format: 165x240 mm
Okładka: twarda, kolorowa
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały


czwartek, 1 grudnia 2011

Agnieszka Drotkiewicz

WIECZÓR AUTORSKI

Tym razem oryginalny plakacik mego autorstwa nie został zeskanowany, użyję zatem zdjęcia wyjściowego Agnieszki.
A wieczór odbył się w środę, bodajże 16 stego listopada o godzinie 17 stej. Trwał półtorej godziny, przybyła młodzieży z tak zwaną "panią polonistką".



No i tak. Przeglądam sobie moje relacje z prowadzonych przez mnie wieczorów i czuję nosem ten spadek entuzjazmu. I jeżeli spotkanie z Kubą Żulczykiem było czymś co będę na pewno długo wspominał, o tyle mam solidne problemy z utrzymaniem emocji na wodzy, kiedy wspominam Agnieszkę Drotkiewicz.
Jest to bardzo miła osoba, zależało jej na dobrym kontaktu z ludożerką, na dodatek starała się odpowiadać wyczerpująco na każde pytanie i... no właśnie.
Nie potrafię tego wszystkiego uporządkować, dla mnie to był przepraszam za wyrażenie chaos, z którego niewiele można było zrozumieć.
Mogę zaryzykować stwierdzenie, że pisarka lubi postmodernizm, wiem na pewno, że uwielbia Houellebecqa, lubi herbatę bez kofeiny, kawę espresso, może nawet przypomina nieco postać z Paris London Dachau. Niestety, żadna jej książka nie przemówiła do mnie, ani debiut, ani wywiady. Mam wrażenie, że są to zbiory pretekstowe. Owszem mają przewodnią myśl, owszem Agnieszka nie popada w banał, ale też nie stara się dotrzeć w te rejony, które mogłyby szczerze zaciekawić czytelnika. Najbardziej jednak zasmucił mnie fakt, że artystka nawet nie potrafi obronić swojej pracy.
Kiedy opowiadał o swoim debiucie, pierwszych reakcjach była szczera, czuć było emocje młodej pisarki, ale dalej to przestało być przekonywujące, raczej drażniło.
Znajoma dziennikarka oberwała, ponieważ zostawiła włączony dyktafon, żeby łatwiej było robić notatki. Pani Agnieszka no cóż, nieco się tego wystarczyła. Ja się nie dziwię, też się boję dyktafonów, to są straszne urządzenia, które łapią nas za słowa, uwypuklają nasze wpadki...
No kaman, przecież chodzi o to, żebyśmy się chociaż troche intelektualnie wzbogacili. Najlepiej ujął to Andrzej Stasiuk:
"Przybyłem tu, żeby sie dowiedzieć, czego się Panstwo chcą ode mnie dowiedzieć"

I to zdanie więcej mówi o pisarzu niż cała jego twórczość.

poniedziałek, 17 października 2011

Jakub Żulczyk wieczór autorski


Jakub Żulczyk, jechał dziewięć godzin, ledwo papierosa spalił i już musiał biec na salę.
Było widać zmęczenie, ale dał radę.
Dyrekcja, która fantastyki nie czyta, kupiła jego książkę. A właściwie dwie. Zmorojewo oraz Świątynie.
Tak się akurat złożyło, że dzień wieczoru był akurat datą premiery Świątyni. Kuba sam nie widział jak ta książka wygląda.
Nie kryłem podczas wieczoru, że najbardziej cenię Zrób mi jakąś krzywdę. Instytut także. Próbowałem chłopaka podpuścić.
Żeby wprost i z mostu, jasno i przejrzyście oświadczył, że przerzucił się na fantasty. Że ma zamiar dołączyć do Dukaja, Pilipiuka
Sapkowskiego...
Niestety. Jakub po prostu CHCIAŁ napisać taką książkę i zrobił to.
Ale o dziwo przekonał mnie.

Mówił jeszcze o wielu rzeczach. O Lampie, swoich początkach
Swojej pracy, poglądach...

Szkoda, że nie pogadaliśmy więcej.
Szkoda.