czwartek, 8 września 2011

Allen w Paryżu

Nie da się ukryć, nazwisko Allen jest marką samą w sobie. Na brak chętnych do grania w swoich filmach na pewno nie może narzekać, a w myśl holyłódzkiej zasady, że „skoro będą grać gwiazdy, to pieniądze na pewno też się znajdą” może śmiało pozwolić sobie na kręcenie co rok. Dodajmy do tego darmową reklamą Paryża i...nic prostszego. Ostatni film Allena, który niedawno miał premierę w kinach zatriumfował na boksofisach i nic dziwnego. Polacy  lubią komedie romantyczne, lubią Paryż, bo kto nie lubi, a jak jeszcze dodamy parę ślicznych twarzy w kostiumach z lat dwudziestych to hoho, mamy przebój.



Nie kryłem i nie kryję niechęci do tego filmu. Dla mnie ostatnia komedia Allenowska to przede wszystkim uproszczona, skierowana do niewymagającego widza papka z obrzydliwie czytelnym przesłaniem. To co fascynowało mnie u Allena czyli kameralność, spokojne, długie ujęcia i przede wszystkim dystans, tutaj ginie pod francuskim landszaftem. Niby jest okej, reżyser od jakiegoś czasu przestał kręcić kino ważne, na rzecz wypośrodkowania treści. Pamiętam, że broniłem Bruneta, pomimo tego, że obraz ten zostaje daleko w tyle za najlepszymi obrazami autora. Broniłem, bo rozumiałem, bo czułem, że ten brak szpanu, surowa, ba wręcz toporna struktura czyniła ten film osobistym.
Tutaj widzę tylko ładne obrazki. Widzę aktorów, którzy próbują pokazać, że naprawdę potrafią grać. Widzę głównego bohatera, który próbuje być jak Allen, ale tylko momentami, widzę postacie z kanonu sztuki, które nie wiele do powiedzenia mają i widzę widownię.
Tak, widownia, która ma okazję poznać Hamingwaya, pośmieje się z Salvatora Dali (obrzydliwa karykatura) albo Bunuela...a właśnie.
Czytałem kiedyś biografię Dalego. Malarz twierdził, że ze wszystkich surrealistów właśnie Bunuel miał najbardziej agresywną naturę. (Na dzisiejszych forach onetu mógłby zrobić karierę:) Tutaj jest to kolo, nieco do niego podobny, który siedzi z petem w ryju i ma gówno do powiedzenia. W ogóle mam wrażenie, ze materiały do scenariusza o tych postaciach zaczerpnął Allen z wikipedii. Broni się jedynie Hemingwa, ale jest raczej to zasługa aktora, reszta to porażka. Dlaczego nie słychać Pabla Picassa? Dlaczego nie pokazano „problemu” S. Fitzgeralda? Bo zwykły widz, mógłby tego nie zrozumieć? Bo film by się zrobił przegadany, a tego widz nie lubi? Po co wątek „topiącej się” Zeldy? Może reżyser wpadł w tą samą pułapkę, co Stallone ze swoimi Niezniszczalnym oddziałem. Zbyt wiele bohaterów, zbyt wiele wątków, jak tu to teraz pomieścić. Całkiem możliwe, że tak było.

Jeżeli założymy umowność, tzn. że cały ten staff dzieje się jedynie w głowie naszego bohatera, to po co scenka z panią przewodnik, która czyta dziennik Marion Cottiliard? Nie bójmy się tego powiedzieć, jest to źle skonstruowany scenariusz.

Podsumowując, na filmwebie stoi, że osoby „choć trochę znające się na sztuce” pokochają ten film. Ja uważam przeciwnie. Albo Allen bardzo mało wie, albo liczył, że te pojedyncze zdanka gwiazd literatury i nie tylko w zupełności widzowi wystarczą. I stawiał bym na to drugie, tylko mam jedno pytanie: za kogo on nas ma.

26 komentarzy:

  1. "Czytałem kiedyś biografię Dalego. Malarz twierdził, że ze wszystkich surrealistów właśnie Bunuel miał najbardziej agresywną naturę. (Na dzisiejszych forach onetu mógłby zrobić karierę:) Tutaj jest to kolo, nieco do niego podobny, który siedzi z petem w ryju i ma gówno do powiedzenia. W ogóle mam wrażenie, ze materiały do scenariusza o tych postaciach zaczerpnął Allen z wikipedii".

    Cały Allen. Nic a nic na stare lata nie zmądrzał. Już "Zelig" był głupkowatym przeglądem powierzchownych imitacji. Znów Woody spróbował w swych żartach sięgnąć nieco wyżej niż do rozporka... i znów mu nie wyszło. Ech :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No ale przynajmniej spróbował:)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Albo Allen bardzo mało wie, albo liczył, że te pojedyncze zdanka gwiazd literatury i nie tylko w zupełności widzowi wystarczą. I stawiał bym na to drugie, tylko mam jedno pytanie: za kogo on nas ma."
    http://www.youtube.com/watch?v=U-fuuaKzxv8&feature=related
    Mam nadzieje, że to ten wywiad, nie chce mi się go znowu oglądać, ale zdaje się, że w nim, albo w jakimś innym na youtube mówi Woody o tym, jak to w jego filmach pojawiają się wątki tudzież wzmianki o znanych osobistościach.
    Do czego pije, on się wcale nie kryje z tym, że nie jest specjalistą w dziedzinach, o których wspomina w swoich filmach, a jego ulubioną rozrywką nie jest czytanie po raz setny "Wstępu do psychoanalizy" a oglądanie dobrego meczu bejsbolowego. Tak czy inaczej ja go nie uważam za idiotę.
    A o samym filmie, ja go odebrałem zupełnie inaczej i jestem szczerze zaskoczony Twoimi oczekiwaniami wobec niego. Po Twojej wypowiedzi wnioskuję, że ten film to dla Ciebie zmarnowana okazja do nawiązania intelektualnego kontaktu na wyższym poziomie i przy okazji dowartościowania się, bo "ja rozumiem ten żart bo czytałem biografię Dalego, dzięki Allen, że mogliśmy się pośmiać jak dwaj intelektualiści od siedmiu boleści". Tymczasem jesteś zawiedziony bo film nie okazał się być biografią Dalego czy Bunuela, czy tam karykaturą takiej biografii. Bogu dzięki, że Allen nie poszedł ścieżką, o której mówisz i nie stworzył najbardziej buffońskiego filmu w swojej karierze. Takich filmów nie robił nigdy (jak kolega Piotr słusznie zauważył) i pod tym względem nie widzę żadnej zmiany w jego poczynaniach, jako filmowca.
    Jedyna zmiana, jaką ostatnio obserwuję, o której zresztą sam piszesz, to powolne przerzucanie się z kina "kameralnego", na kino "osobiste" i bardziej globalne (dla Ciebie komercyjne). Dla mnie, czyli, dla wielkiego jak Tobie wiadomo, fana, to przykre, bo wygląda to tak, jakby Woody chciał rozliczyć się ze wszystkich swoich spraw i powoli zamknąć swoją filmografię. Trzy ostatnie jego filmy rzeczywiście mają tendencję do pewnego generalizowania, ale to tylko dlatego, że on zdaje sobie sprawę na jakim etapie w swoim życiu jest i ma pomysł na pewną klamrę dla swojej twórczości, czego ja nie odbieram w kategoriach "komercyjny, meinstrimowy taki sraki" a raczej jako świadome, choć dość sentymentalne postępowanie twórcy na finiszu swojej artystycznej pracy. Piszesz o obrzydliwie czytelnym "przesłaniu". Czy Allen robił kiedyś filmy, po których mogłeś powiedzieć, że ma takie a takie "przesłanie"? "Przesłanie" to za płytki wyraz, żeby określić jego filmy, jego historie nie mają przesłania, przesłanie ma jego styl, jego humor nawet po części jego osoba. On nie próbował nigdy moralizować tylko dzielił się spostrzeżeniami i doświadczeniami i tak też jest przy okazji tego filmu. Dla niego to jest bardzo osobista historia i gdyby był młodszy sam pewnie chętnie zagrałby rolę swojego alter-ego i tym razem podjął decyzję, aby zostać w Paryżu. Wiele razy mówił o tym, że pluje sobie w brodę, że nie został tam 30 lat temu, kiedy miał okazję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że Allenowi nie zależy na tym, żeby tworzyć humor "elitarny". W końcu zaczynał jako komik i w przeciwieństwie do niektórych, mimo wielkiego obycia w kręgach artystycznych, kulturowych, zachował dystans do tego syfu. Swoją drogą dystans wydaje się być czymś kluczowym w światopoglądzie żydka, między innymi to właśnie stara się zaszczepić w ludziach przez swoje filmy. Także robienie "superwydupionej" parodii życia śmietanki Paryża lat 20tych, dostępnej tylko wybranym, byłoby zupełnie nie w jego stylu i właśnie za to go kocham, nie za to że pozwala mi się dowartościować.

    OdpowiedzUsuń
  5. A jeśli hipotetyczny wybór między pozostaniem w latach nam współczesnym a przeniesieniem się do innych czasów i końcową wskazówkę, że zawsze ludzie odczuwają ten sam ból przy podróżach w czasie uważasz za przesłanie tego filmu to ja dziękuję...

    OdpowiedzUsuń
  6. Allen oducza buffoństwa, a nie je nakręca, Allen ma szacunek, ale i dystans, a także świetne, nieskrępowane niczym poczucie humoru. Nawet jeśli Bunuel byłby kobietą w tym filmie, mi by to nie przeszkadzało

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z tym, że sam scenariusz mógłby być bardziej domknięty, ale ta niespójność służy kilku niezłym gagom więc jestem w stanie ją wybaczyć. No i mnie ten film nie obraża w żadnym wypadku.

    OdpowiedzUsuń
  8. A, w ogóle to ja, Laughjoy:*

    OdpowiedzUsuń
  9. Podpisuję się właściwie pod Szymkiem. Allen zawsze przecież był masowy. Główną atrakcją Zeliga jest przecież niecodzienny pomysł i forma. Lubię go. Bez przesady, ale jednak. Np. "Mężowie i zony" to świetny kawał kina. O ile mnie pamięć nie myli:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Filmy Allena nigdy nie były masowe kolego Marcin. Co masz na myśli? Chyba, że pijesz o rzeczach typu wszystko co chcielibyśmy wiedzieć o seksie. Spotkasz przystojnego bruneta to film masowy? Tutaj pasuje rozgraniczyć jego twórczość. On jest oglądany przez masy, ale to nie znaczy, że tworzy kino dla mas. Rozwinę to jeszcze i odpowiem Szymkowi, tylko ciut później.

    OdpowiedzUsuń
  11. Rozpędziłem się, racja, w końcu to nie Transformers. Ale Allen tworzy głównie kino popularne. Jest to jego ambitniejsza 'odmiana', ale jednak. Inteligentna, dająca do myślenia rozrywka, dzięki której obejrzeniu masy czują się jednostkami.

    OdpowiedzUsuń
  12. LaughtJoy:

    Uff, łatwo mi z tobą nie będzie, żeś zasypał mnie argumentami...
    Ale spróbuję.Ten link niczego nie wyjaśnia, ja nie uwazam allena za idiotę, nie wiem do czego pijesz.
    Jeżeli allen posługuje się stereotypami zeby sportretować te postacie, do których jego bohater ma wielki szacunek, to dla mnie jest to bardzo wygodna wręcz infantylna droga. Zauważ, że nie chodzi mi o to, żeby Hamingway albo dali prawili mądrości, sypali anegdotami, ale żeby wyglądały wiarygodnie. A dla mnie nie wyglądają albo są po prostu płytkie. Brakowało mi tam kryptocytatu, mrugnięcia okiem, czyli elegancji. Zmysłu, umiejętności pokazania tego czegoś.

    Piszesz, ze rezyser jest w podeszłym wieku i nie ma ochoty tworzyć kina wymagającego? Ależ ja nie uważam tego za wadę, ale jak zapewne wiesz taka to dola rezyserska. Tacy jak ty czy ja po porstu czegos od kina oczekujemy. Miałem ten problem z Von trierem i muszę się pogodzić z tym, ze niczego więcej od niego nie dostanę. Allena cenię za multum filmów i zawsze to będzie znacząca postac dla mnie, ale nie muszę rozumieć. To o czym piszesz było widoczne w Brunecie, tam mogłem sobie allenowski wiek wpasować w fabułe i miało to wiele sensu. Co ma tego nakręcenie atrakcyjnego filmidła dla pieniędzy? Chyba tylko to, ze na starość ( i nie tylko)są one potrzebne i zostawmy to tak jak jest.
    Dobrze piszesz o przesłaniu. Zgadzam się z tym. Filmy Allena to jego sztuka i nie interesuje mnie czy chodzi o młodosć, starość czy inne duperele, tylko o JAKOŚĆ. I allen potrafił nakręcić co nas kręci co nas podnieca i miał w dupie, że tam nie ma zakończenia a to przecież nie taki stary film. Sory, o północy to amelia, bez obrazy dla fanów:)

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  13. "on się wcale nie kryje z tym, że nie jest specjalistą w dziedzinach, o których wspomina w swoich filmach, a jego ulubioną rozrywką nie jest czytanie po raz setny "Wstępu do psychoanalizy" a oglądanie dobrego meczu bejsbolowego."

    Może niech zostanie na poziomie meczu bejsbolowego zamiast powoływać się na coś, o czym pojęcia nie ma. Jak powiada mądre przysłowie: "Jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz". Skoro Allen nie obejmuje pewnych rzeczy swoim rozumkiem to już nie wina jego krytyków, że padają z zażenowania na widok jego "kulturowych odniesień".

    OdpowiedzUsuń
  14. Dla mnie jest po prostu dziwne, że oceniasz film przez pryzmat tych postaci. Ile Dali albo Bunuel byli na ekranie? Minutę? Dwie? Ile wypowiedzieli kwestii? Ich kwestie i postacie miały wprowadzić głównie humorystyczny element, a całą elitę Paryża ja traktuję raczej jako bohatera zbiorowego, być może powstałego na skutek zlepku skojarzeń w wyobraźni bohatera. Wydaje mi się, że czepiasz się nie tego co trzeba, bo to nie jest film o nich.
    Pod względem treści i formy ten film przypomina mi raczej Manhattan, a nie Amelię, choć nie ma co ukrywać, jest bardziej kolorowy dosłownie i w przenośni. Chodzi mi o to, że to nie film o tym jaki był Bunuel, tylko o bohaterze rozdartym między ideałami, a realnym życiem i , jak zwykle zresztą u Woody'ego, o ciężkim wyborze w sferze miłosnej między kobietą ze snów a kobietą z prawdziwego życia. Tyle że Manhattan swoją końcówką skłonił się w stronę romantycznego, prawdziwego uczucia, a nie ideału, a w "Paryżu..." Woody stworzył jeszcze jedną furtkę, jakby chciał powiedzieć, ok życie życiem, ale nie zaszkodzi od czasu do czasu wprowadzić do niego trochę magii, chociażby przez podejmowanie odważnych spontanicznych decyzji (jak to zrobił bohater). Stąd też taka forma. Nie dlatego, że Allenowi brakowało kasy.

    OdpowiedzUsuń
  15. On nie robi filmów dla krytyków i niech robi dalej filmy, bo mi się na przykład cholernie podobają.

    OdpowiedzUsuń
  16. Swoją drogą ja bym się obraził raczej na dystrybutora filmu w Polsce, a nie na Allena, bo on robi swoją robotę, a dystrybutor wrzuca ten film do mega-przemysłowego kotła i ma się takie wrażenie "czy na pewno idę na film TEGO człowieka"...no ale podczas seansu wszystko wychodzi

    OdpowiedzUsuń
  17. "Sory, o północy to amelia, bez obrazy dla fanów:)" a ja się nie obrażam, bo Amelia mnie nie boli:P spoko film
    a jak chcemy się tak śmiać to ja też mogę
    Kulturek lubi Tańcząc w ciemnościach! Fuuuuuuuuuj!:D

    OdpowiedzUsuń
  18. Nienawidzę tańcząc w ciemnościach. A moja ocena z fw to zaden wyznacznik.
    "a w "Paryżu..." Woody stworzył jeszcze jedną furtkę, jakby chciał powiedzieć, ok życie życiem, ale nie zaszkodzi od czasu do czasu wprowadzić do niego trochę magii, chociażby przez podejmowanie odważnych spontanicznych decyzji (jak to zrobił bohater). Stąd też taka forma. "

    Tyle, że jest to słabo pokazane, nie przekonywujące. Gdyby mi ktoś powiedział, że to film kogoś innego niż allena to bym uwierzył.
    Ty cały czas piszesz, że to nie film o Dalim. A ja piszę o scenariuszu do Whotever works i poruwnuję to do tego. I allen potrafi zmyślać, ale robi to z klasą, a tutaj nie. Dla mnie ten scenariusz to fuszerka.

    OdpowiedzUsuń
  19. Gwoli ścisłości, ja nie uważam, że ten film to jakieś szczytowe osiągnięcie Allena, ale że błędem jest patrzenie na niego w sposób, o którym piszesz, czepiając się wątków pobocznych, które miały mieć wartość jedynie humorystyczną. W sumie to spieramy się chyba o to jaką kto ma tolerancję dla humoru i jakiego poziomu humor prezentuje ten film, a nie czym jest ten film w istocie. Ciebie obraża to, że żarty na temat tego czy owego nie są zbudowane na podstawie niuansików z jego biografii, które akurat ty znasz inni nie, ale czym byłby humor, gdyby wszyscy kazali mu się tak napinać jak Ty? To tak jakby fani fizyki i techniki bojkotowali humor w "Śpiochu" dlatego, że w rzeczywistości niemożliwe jest latanie na maszynce, na której latał on sobie w tym filmie. A ja zrywałem boki na tej scenie i mam gdzieś to czy tak się da, czy nie, bo uważam, że takie jest prawo komika, żeby modelować rzeczywistość jak mu się tylko podoba i wywołać mój śmiech. Dlatego śmiałem się też na Żywocie Briana, Widmie Wolności itd, na wszystkich filmach, które zniekształcają archetypy, żeby wywołać mój śmiech, często w sposób absurdalny i niedorzeczny, ale taki właśnie jest humor Allena chociażby. Dlatego sprawa Daliego Bunuela itp jest dla mnie w tym filmie niezbyt istotna.
    A scenariusz mógłby być bardziej konsekwentny to fakt, ale z drugiej strony fajnie tak czasami puścić wodze wyobraźni.

    OdpowiedzUsuń
  20. Szymku, raz przyznajesz, że to żadne wielkie dzielo, zgadzasz się, że scenariusz również nie powala, z drugiej strony wciąż uważasz, że jestem uprzedzony przez niewiedze Allena o Dalim;)
    Powtórzę, całe te teksty o teorii strun w Co nas kręci...to robiło wrażenie, mimo, że żadną wiedzą to podparte nie było. Że to bzdury wyssane z palce, ale zauważ. Przekonywujące, ja identyfikowalem się na swój sposób z Larry Davidem.

    OdpowiedzUsuń
  21. "Dlatego śmiałem się też na Żywocie Briana, Widmie Wolności itd, na wszystkich filmach, które zniekształcają archetypy, żeby wywołać mój śmiech, często w sposób absurdalny i niedorzeczny, ale taki właśnie jest humor Allena chociażby. Dlatego sprawa Daliego Bunuela itp jest dla mnie w tym filmie niezbyt istotna."

    Akurat filmy, które wymieniłeś kpią ze schematyzmu, otwierają oczy, przełamują tabu i nie tylko. To są klucze, wpływają na podświadomość. Jak tu się ma do tego scenariusz O północy? Toż to kino antyintelektualne, proste, banalne, toż to grzech wpisywac ich na jedną listę z Żywotem Briana czy Widmie Wolności. Ja bym aż tak nie przeceniał Allena.

    OdpowiedzUsuń
  22. Łukaszu, a co ma piernik do wiatraka, oprócz mąki? Ja przyznaję, że to nie jest wielkie dzieło, ale nie rozumiem Twojego uprzedzenia, bo jest dla mnie nonsensem i o tym cały czas piszę.
    I nie chodziło mi o to, żeby robić jakieś listy filmów podobnych, tylko o to, jakimi prawami rządzi się humor i że ja osobiście nie mam zamiaru odbierać mu swobody i dobrych wibracji jakie ze sobą niesie tylko dlatego, że przeczytałem jedną książkę więcej niż inni i szukam dziury w całym.

    OdpowiedzUsuń
  23. Rozumiem zarzuty pod względem braku zdecydowania, czy ten Paryż był naprawdę, czy go nie było, dla mnie fragment z "wyczytaniem w książce przeszłości" trochę obnażył tą nieścisłość.
    Ale czepianie się tych paru gagów z udziałem sław jest dla mnie bufońskie.

    OdpowiedzUsuń
  24. Dla mnie Dali także mógł być kobietą, jeżeli byłoby to dobrze zrobione. Inteligentne kino to kino inteligentnie i mądrze napisane. Słaby scenariusz to słaby scenariusz, słaby film to słaby film.
    Ja się nie czepiam tych paru gagów, chociaż takie wrażenie mogłeś odnieść po recenzji ja się czepiam słabego i miałkiego scenariusza.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ehhh...jak ja dawno z nikim tak nie gadałem, strasznie tęsknię za tym ;[

    OdpowiedzUsuń