środa, 29 grudnia 2010

Film miłosny (2003), reż. Julio Bressane 18+


[sex, fellatio, penetration, milk-bottle, penis, cum-swapping, female-masturbating, shaving, female-frontal-nudity, shaved-vagina, unsimulated-sex, bathtub-scene, black-and-white, cum-shot, strip, love-triangle, lesbian-kiss, posing nude, lesbian-cunnilingus, male-masturbation, banana, milk-bath, shaved-pussy, itd ]


To powyżej to Tagi, które przepisałem odręcznie. Mogą one zachęcić potencjalnego widza do rychłego skonsumowania  Filme de Amor..

Film miłosny w reżyserii mało mi znanego Julia Bressane jest jedynym znanym mi dotąd obrazem, którego artyzm piętnuje samego siebie. Brzmi to może niedorzecznie, ale tak jest. Ktoś mi wspominał ongiś o Zwierciadle Tarkosia, który stworzył film nieprzystępny, korzystający już to z efektów wizualnych, poetyckich ze sporym dopiskiem autobiograficznym na marginesie. To skrajny przypadek filmu, któremu nie sposób odmówić jednak piękna oraz reżyserskiego kunsztu.
Film miłosny co prawda nie zawiera osobistych refleksji twórcy z poza kadru, niemniej reżyser na każdym kroku udowadnia, że mamy oto do czynienia z obrazem artystycznym i awangardowym. Wybijająca się poza kanon technika portretu trojki współżyjących bohaterów nie tylko wystawia widza na ciężką próbę, ale też sprawdza stan naszej wiedzy o kinie.



To swoisty misz masz, pięknie sfilmowany zawiera w sobie elementy awangardowe, Ingmara Bergmana, nowa fala, czemu nie, są i takie nawiązania. Długie ujęcia kamery podążającej za naszymi bohaterami, zmiana kolorystyki, kurde balans. Film ten zasługuje na każdą obelgę i pochwałę jakie mu nadano. Na imdb ktoś napisał, ze to najgorsza rzecz jaką widział, inny głos wspomina, że nadmiar artyzmu tworzy pretensjonalność. Czyżby reżyser chciał się wykazać?

Problem, przynajmniej dla mnie to sama ewolucja reżyserska. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, jakby wstęp kręcił kto inny, ktoś inny odpowiadał za zdjęcia w mieszkaniu a jeszcze inny w plenerze. Oczywiście wstawki z filmów porno przemilczę. Kamera raz jest statyczna, nieruchoma, by w dalszej części poruszać się płynnie po planie. Jeden Boruta wie, czemu to miało służyć. Piękno Filmu Miłosnego tkwi w nim samym. W każdym kadrze pokoju, to co początkowo wydaje się mało atrakcyjnym filmem, przekształca się. Miałem uczucie, że reżyser nakręcił projekcje snu, chociaż to może niezbyt adekwatne określenie, ale mieszkanie kochanków to jakby świat z innego wymiaru. Ich sposób wyrażania, teatralność, egzaltacja gestu, ich seksualność, cielesność…to są wszystko elementy tworzące niesamowity kolaż. Widz uczestniczy w tej karykaturze skrajnie seksualnego stylu bycia. Na oczach naszych bohaterowie stają się kimś innym. To ten rodzaj nihilizmu, który został ubrany w szaty performance. Kto wie, czy nie byłem świadkiem artystycznej pornografii? Może, nie przeszkadza mi to wcale.


No i tak, Ostatnie sceny sprowadzają nas na ziemię, ale pytanie czy takie filmy mają racje bytu? W środowisku awangardzistów, a sprawdziłem był, że ten reżyser za takiego uchodzi, Film Miłosny, nie mam wątpliwości swoją rangę ma. Na takich NH  coś takiego pewnie by zaistniało, tyle, że to trochę tak jak z Limitami Jarmusha. Gromadka wybrańców będzie na ten film patrzeć z otwartymi nosami, reszta po zrobieniu dobrej miny do złej gry, zada sobie to pytanie: WTF?!?

Korciło mnie, żeby sobie coś jeszcze pana Bressane odhaczyć. Trafiłem na  film o Fr. Nietzche w Turynie. Wyłączyłem po 30 minutach, no nie wiem, albo ja za głupi na to jestem albo jeden Zeus wie, na czym to to się opiera. Mam jeszcze w planach Szczurze ziele, które po zajawkach wydaje mi się o wiele bardziej przystępnym obrazem, ale to planuję na przyszły rok.

No i przy okazji ogłaszam, że podsumowania 2010 nie zamierzam czynić, jakoś nie mam na to ochoty zwyczajnie. Wszystkiego dosiego zatem.!!!

Zgadnijcie, czy jest wyjaśnione, dlaczego u licha one tak leżą?

wtorek, 28 grudnia 2010

Śledztwo prowadzi radca Heumann, Ladislav Fuks

Naszkicuję Wam pokrótce jak się zabrałem za Śledztwo. Najpierw Marcin obejrzał Palacza Zwłok, potem Arek mu napisał koment w temacie filmu na blogu Kinomisja, potem ja to przeczytałem i tak się zaczęło. Ladislav Fuks jest tak bardzo zapomnianym pisarzem, że nieznajomość jego twórczości nikogo nie powinna dziwić. Gdy Fuks żył, zapewne sytuacja wiele by się nie zmieniła, ale tak to już bywa. Na szczęście mamy Spalacza Martvola, to Śledztwo pod postacią ekranizacji bodajże Chmielewskiego oraz Kartkę z podróży (to już Waldemar Dziki robił). Ja sobie wybrałem na start właśnie Śledztwo, film o tym Martvolu już widziałem, znakomita rzecz, na razie jednak wolę się wstrzymać z konfrontacją z pierwowzorem.



Jest to kryminał, który łączy w sobie zarówno cechy Doliny Issy Miłosza jak i Pornografię Gombrowicza, przy czym jako taki, odbiega znacząco od typowości dla tej formy. Przede wszystkim mamy jakby dwa plany, pierwszy to relacja syna z ojcem, drugi to śledztwo, ale Fuks prowadzi je z perspektywy prestiżu radcy Heumanna. Wątek ojciec i syn jest oczywiście najważniejszy, o wiele ważniejszy niż ta cała sprawa z morderstwami dzieci, zaś jaki to ma związek ze sprawą to już tylko taki Fuks mógł to wymyślić. Pod wieloma względami ma to wiele wspólnego z Palaczem Zwłok oraz presją jaką wywiera świat zewnętrzny na jednostkę. Tutaj chylę ukłony dla tego Czecha, kryminał staje się dramatem familijnym albo społeczno obyczajowym. Chyba po raz pierwszy byłem świadkiem czegoś takiego. Dodatkowo jak się okazuje, ma to zasadniczy wpływ na sprawę morderstw. Dziękuję najwyższemu, że najpierw dane mi było poznać oryginał, pierwowzór. Ciekaw jestem jak Chmielewski sobie z tym poradził.

Jakbyśmy spróbowali zadać sobie takie klasyczne pytanie, o czym jest ta książka, chyba musiałbym odpowiedzieć, ze jest to próba odpowiedzi na pytanie, co jest w życiu najważniejsze. Miałbym jednak wiele trudności, komu polecić tę pozycję. Akcja rozwija się powoli, język nie jest jakoś specjalnie wyszukany, o brakach puent, nagłych zwrotów akcji, może poza finałem, no i podkreślanie urody Vikiego Heumanna, nie od razu w końcu wiadomo, co właściwie autor miał na myśli. Fuks na to stawia główny nacisk, aby czytelnik w pełni zrozumiał marzenia chłopca, tyle, że co t do licha wspólnego z kryminałem jako takim? Ano właśnie, morderstwa dzieci są pretekstem. Nie zdziwię się zatem, jeżeli książka będzie uchodziła za zwyczajnie nudną.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

La Boheme, reż. Werner Herzog "O soave fanciulla"


Przypadkiem znalazłem krótki metrażyk Herzoga. No, to jest raczej dla miłośników opery. Trzech reżyserów ( Werner Herzog, Sam Taylor-Wood oraz Dougal Wilson) zrobiło trzy filmiki z fragmentami Cyganerii. Herzog wywernerował sobie O soave fanciulla. Duecik, co oznacza mniej więcej po naszemu O Słodka Dziewczyno.

A to tekścik po angielsku, niezbyt trudny do przetłumaczenia.

Oh lovely girl, oh sweet face
bathed in the soft moonlight.
I see you in a dream
I'd dream forever!

Ah! Love, you rule alone!

Already I taste in spirit
the heights of tenderness!
Love trembles at our kiss!

How sweet his praises
enter my heart...
Love, you alone rule!
He kisses Mimi.
No, please!
She frees herself.
You're mine!

Your friends are waiting.

You send me away already?

I dare not say what I'd like...

Tell me.

If I came with you...?

What? Mimi!
It would be so fine to stay here.
Outside it's cold.

I'd be near you!

And when we come back?
Coquettishly
Who knows?
Gallantly
Give me your arm, my dear...

Your servant, sir...

Tell me you love me!

I love you.
They exit, arm in arm
Love! Love! Love!


P.S. Oto linki do reszty filmików

Sam Taylor-Wood
Dougal Wilson  całkiem fajna

niedziela, 26 grudnia 2010

Orchidea (2010), Marcin Świetlicki, Irek Grin oraz Gaja Grzegorzewska




O takich książkach pisze się, że są robione dla frajdy, bo autorzy się dobrze bawili. Bo czytelnik da i tak kredyt zaufania, a krytyka łaskawie nie będzie pastwić się nad jakością tekstu. T prawda, teoretycznie dawno nie czytałem czegoś tak chaotycznego, nieskładnie napisanego z absolutnym brakiem pomysłu, dyscypliny oraz konsekwencji.

Na okładce stoi, że ta trójka miała napisać powieść kryminalną w odcinkach dla „portalu literackiego” Onet, który zerwał potem współpracę, a że szkoda było wyrzucać tych zapisków do kosza, to na własną rękę trójca książkę dokończyła. Dodam jeszcze,  że pisanie tego zajęło im w sumie dwa lata, co jest niby długim okresem czasu, ale nie oszukujmy się. Jak się robi coś dla jaj, to i tak się z tym szybko uwinęli.

Fabuła zapowiadała się intrygująco, dodać muszę, że prozy Gaji oraz pana Irka nie znam, ale ich postacie plus Mistrz Świetlickiego są głównymi bohaterami Orchidei. Były zakonnik Józef Maria Dyduch oraz detektywka (uwielbiam ten zwrot) Julia  Dobrowolska którym towarzyszy nie wiele wnoszący do śledztwa ów Mistrz-gwiazdor starają się rozwikłać śledztwo śmierci byłej żony Mistrza (nie mam synonimu-bohatera 12, 13, 11?!?), pani. Orchidei. Istotnie, całość wygląda jak powieść odcinkowa, jednak osobiście liczyłem na twórczość indywidualną, powiedzmy jeden odcinek wali Marcin następny Irek potem Gaja i tak dalej, tym czasem oni to chyba razem pisali, (może dzielili się akapitami) albo mieli sekretarza, którego próbowali zakrzyczeć, bo to cholera miejscami czytać się nie da.



Dodajmy, że tak naprawdę nie o fabułę tu chodzi, chodzi o zwykłą reklamę Krakowa, podaną nie powiem, przekonująco, oraz na zwykłym droczeniu się z czytelnikiem.. Kiedy onecisko zrywa z nimi umowę, nie omieszkają czytelnikowi tego wytłumaczyć, a na znak niezależności w powieści pojawiają się siarczyste przekleństwa i dla takich momentów warto po Orchideę siegnąć. Podejrzewam,  że aby zamotać dostatecznie fabułę celowo wprowadzali dwa rodzaje wątków, te nieistotne oraz te co wyglądają na ważne, ale nimi nie są. Komisarz Ostrowski na przykład żyje w świecie wirtualnym, czytelnik może śledzić jego awatara, mamy ciekawego Niemca, który posługuje się tylko i wyłącznie cytatami polskich szlagierów. No i mamy tajemnicę, tak banalną, że oczywiście ręce opadają, ale czyta się to naprawdę fajnie.Cel został zatem osiągnięty, czytelnik połyka kolejne odcinki, ja w każdym razie tak miałem.

Szkoda tylko, że im bliżej końca tym forma spada, chyba autorom zwyczajnie się znudziło albo przestało ich to bawić, bo jak ja bym coś takiego napisał, to nawet w Zlewozmywaku bym tego nie opublikował, chyba, że pod pseudonimem. Trochę mi szkoda, proza Świetlickiego, jego trylogia antykryminalna zrobiła na mnie spore wrażenie. W wywiadach ów znakomity Świetlik sam przyznaje, że jego bohater będzie  trochę inny niż ten z powieści, uprzedzał, a ja  nie wierzyłem, teraz żałuję.

Co do tych powieści w odcinkach… czytałem Opętanych Gombrowicza, pisaną właśnie na zamówienie, drukowaną  w taki sposób. To  typowy przykład sensacji, horroru i takich tam, i pod koniec mamy dokładnie to samo. Uproszczenie na rzecz finału, tutaj jest gorzej, jest zupełne pominięcie końcówki na rzecz zgrywy, ale mało śmiesznej. Smutne to zatem, ale tej książki nie polecam, fanów Świetlickiego ewentualnie reszty autorów pewnie zachęcać nie trzeba, ale to tak na siłę piszę. Będzie w bibliotece, pożyczyć, czyta się szybko, nie kupować, nie ma sensu tracić kasy.

P.S. A tutaj macie wywiadzik, który jak to bywa wiele nie mówi, a rozmówcy są fajni i bardzo dowcipni.

sobota, 25 grudnia 2010

Miles Davis, Black Beauty: Live at Fillmore West








Tam po prawej stronie w etykietkach jest taka malutka napisa MILES DAVIS, jak się to kliknie to wyskoczy to przydługawe On the Corner i wsio. Miałem pisać o nim więcej, obiecałem to sobie , to był taki mus. Jak widać, sprawa się rypiasto zaniedbała, obiecuję poprawę. Paradoksalnie nie miałem i dalej nie mam koncepcji jaki charakter mają mieć te teksty. Trudno jest mi pisać krytycznie o człowieku, któremu wiele zawdzięczam, żeby zatem nie popaść w banał w stylu Bitches Brew jest świetne, Kind of blue także, biorę się za Black Beauty: Live at Fillmore West.

Na początek taka informacja, istnieje także Live at Fillmore East, są to te same utwory, brzmią wg mnie idento, tylko kolejność inna, ale nie wiele. Nie wiem co jest grane, czy Columbia zrobiła psikusa fanom, aby nabyli i to i to. No mniejsza. BB wydano  w 1970 roku, najpierw w Japonii potem w Stanach. Koncert ten pokazuje chyba najbardziej agresywną stronę jazzu Milesa. Widać tutaj szczególnie do czego dążył, synteza rocka, funku, free jazzu no przede wszystkim jest to idealny przykład, który pokazuje muzyka, już nie jako szarego jazzmana, ale jako gwiazdę, frontmana. Energetyczność z jaką rozpoczęli kompozycję Zawinula Directions to chyba swego rodzaju klasyk, dla koneserów jazzu tradycyjnego to ciężkostrawny orzech do zgryzienia, dla tych o bardziej liberalnych poglądach, otwartych na formę to istny majstersztyk. Ci co pragną poznać twórczość Milesa tej pozycji nie polecam, niechaj se od tego Kind of Blue zaczną, niech się wciągną, dopiero później...nie wiem. Tzw. rockowość w jazzie wg Milesa polegała na zaostrzeniu brzmienia instrumentów, większej dynamiczności oraz gęstości utworu. Muzyk skłaniał się także ku psychodelicznym dżemom. Czytałem wypowiedź Davisa, który mówił, że: "ci ludzie [muzycy rockowi] nagrali zaledwie kilka płyt, ledwo co grać potrafią, a sprzedają i zarabiają miliony. Ja zrobię to samo, tylko lepiej. "Stąd tez termin jazz rock, jest w muzyce Milesa czymś, nie-do-końca adekwatnym. Moja teoria, jedna z wielu mówi raczej bardziej o aspektach estetycznych koncertu. Fakt, że nawet klawisz musiał mieć swoje przestery, gitary operowały soczystym wah-wah, ale także mocną, dosadną improwizacją free. Miles oczywiście zainstalował sobie kaczkę do trąbki, a perkusja na pewno nie oferowała stonowanego swingu.

Taka polityka Milesa, która rozpoczęła się już od albumu Directions poprzez kwintesencję opus magnum na Bitches Brew mogła być kupiona na gruncie teoretycznym. W praktyce koncerty Milesa były dosyć ostrożne, podobno istnieje zapis koncertu Bitches Brew Live z Amsterdamu bodajże, tam muzyk nie szaleje, ale zrywa z tradycyjną metodą początek utworu, utwór i koniec, potem następny. Nie muszę chyba pisać, że właściwie na Live at Filmore West/East utwory brzmią niczym jam session, kwintesencją będzie dopiero Pangea i Agharta, recki są w przygotowaniu, to jednak o wiele trudniej przystępne dzieła. Za kilka lat muzyk nagra Dark Magus, będzie to nonet z aż trzema gitarzystami, żadnego klawisza, dodatkowo rozbudowana sekscja perkusyjna. Krytyka okrzyknie to najmocniejszym rockowym albumem Davisa, ale dla mnie to rzecz o wiele bardziej słabsza od BB.Właśnie eklektyzm Black Beauty, ta swoboda w operowaniu formą stawia ten album jako dziełko uniwersalne. Dla mnie to jeden z ulubionych albumów koncertowych w ogóle. Posłuchajcie sobie, zachęcam.
Ponieważ mamy święta, tutaj dopisuję oryginalne życzenia. Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt BN.


Edit: Z tym moim Live at Fillmore East to w grę może wchodzić także podróbka, czytam, że pierwotnie to wydanie zawierało kompozycje o nieznanych mi tytułach, zaś wydanie CD ma identyczne jak te na BB. Dodatkowo mam zupełnie inną okładkę, czyżby fałszywka?

wtorek, 21 grudnia 2010

Pan Samochodzik i Pan Kulturek



Cyklu PRL ciąg dalszy, tyle, ze teraz zamierzam wylać gar pomyj na głowę twórcy naszego krajowego Jamesa Bonda, Indianę Jones i całego tego towarzystwa. Dzisiaj będzie legendarny Pan Samochodzik, który ma to swoje pływające autko z silnikiem Ferrari ("...12 cylindrów!!!"). O Nienackim niechaj przemówi wiki.



Ten pan, który pisał dla dzieci i dla pełnoletnich, który podobno miał opinię antystalinowca stworzył cykl młodzieżowy, w którym co chwilę padają zwroty o dobrych radzieckich naukowcach i złym niemieckim najeźdźcy. Sam Tomasz N. (bo nazwisko jego chyba nigdy nie padło) chwalił się legitymacją ORMO uwielbiał pracę z harcerzami (dominowali chłopcy), lubił czarną kawę, papieroski, znał języki, nawet portugalski no i oczywiście miał detektywistyczną żyłkę, którą łapał na wędkę swoje ofiary. Najlepsza powieść z tej serii to chyba pierwsza oficjalna Wyspa Złoczyńców. Mamy tam próbę połączenia powieści kryminalnej, z okrutną zbrodnią w tle z literaturą przygodową. Pan Tomasz wydaje się raczej biernym obserwatorem zajść na wyspie, jego udział jest powiedziałbym marginalny, w porównaniu do tego co było już później. Templariusze, UFO, Winnetou, Niewidzialni, skarb Atanaryka (kto to zacz?).Nawet Kapitan Nemo ze swoją wędką, no ja cie kręcę. O ile Wyspa Złoczyńców miała jeszcze formę, o tyle większość tych książek to zwykłe śmieci, dzisiaj nikt poważny by tego nie wydał, możliwe, że w odcinkach na portalu WP, albo jako nowelki. Pompowanie wartości socrreal oraz sprytny patent na głównego bohatera znalazły uznanie w oczach czytelników, zwłaszcza  młodocianego targetu. Nawet moja mama nie żałowała pieniędzy na przygody pana Tomasza, mam kolekcję, całkiem sporą, jednak czytając to teraz człowiek nawet nie czuje, kiedy ręce opadają, a szczena leci na podłogę. To zwykły komercyjny(!) gniot, wydawany wg tej samej metody co powieści Harlana Cobena, tyle, że w formacie socrealistycznym.



Pan Nienacki podobno zasłynął jako twórca kontrowersyjny co podkreślam, zamierzam sprawdzić. Jego powieści Raz w roku w Skiroławkach oraz Dagome iudex  pokazują zupełnie inne oblicze pisarza. Jeżeli ktoś zna te pozycje, rad będę wysłuchać opinii, myślę jednak, że zawiedziony nie będę. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby Nienacki pozostał przy swoich erotykach, pewnie ceniłbym go bardziej. Muszę również powiedzieć, że ekranizacje Pana Samochodzika podobały mi się, może poza tymi Praskimi Tajemnicami, co nie znaczy, że jest to złe kino. Spełniają te filmy swoją rolę, chyba lepiej wypadają na ekranie niż te Akademie Pana Kleksa. Zerowanie na potrzebach młodego człowieka, ta pseudowiedza historyczna, szybkie, choć paskudne autko spełniły swoje zadanie. Dzisiaj, powtórzę nie ma zapotrzebowania na tego typu herosów, po oczyszczeniu tych zupełnie zbędnych poprawności politycznych cykl Nienackiego byłby ciekawym, archaicznym cyklem o Tarzanie z dyplomem i prawem jazdy, a tak widzimy próbę przypodobania się władzom, szukania tematu wybitnie na siłę. Pytanie do ZN, dzisiaj niestety już nieboszczyka, czy to wszystko było tego warte?



Pokój w Rzymie (2010), reż. Julio Medem

Trochę ten film stracił w moich oczach, a to za sprawą kampanii reklamowej. Bodajże na stronach FW był dwuznaczny plakat w stylu 2 girls 1 tube, od razu pojawiło się posądzenie o efekciarstwo. A przecież każdy, kto zetknął się z twórczością Julio Medema wie, że seks w jego filmach, często dosyć sugestywnie pokazany służył tylko jako pretekst. Co nie znaczy, że ten film akurat musi na tym zyskiwać/tracić, ale o tym później. Pokój jest póki co, najsłabszym według mnie, obrazem pana Julia, który dane mi było zobaczyć. Sprawa się jednak o tyle komplikuje, że jakoś w pewien sposób ta historia trafiła do mnie. Dlatego moja krytyka od której zacznę następny akapit, a która zdominuje ten tekst powstała odrobinę na przekór.



Po pierwsze warto zauważyć pewien drobiazg, dziewczyny (Rosjanka i Hiszpanka), które spędzą ze sobą noc w tym pokoju, są cudzoziemkami. Mówią po angielsku jak osoby, które dobrze znają ten język, ale brakuje w ich wyrażenia tego potocznego sznitu. Niełatwo się do tego przyzwyczaić, ale z czasem okazuje się, że ta historia robi się wiarygodniejsza, ludzka. Czyli Medem stworzył dwie kobiety z krwi i kości, postanowił, że przypadkowe spotkanie ma jeżeli nie odmienić, to przynajmniej wywrzeć trwały ślad na ich późniejszym życiu. Jednak jest tutaj coś z czym Medem sobie nie poradził. Na przykład Lucia i sex było filmem, który zawierał kilka zgrabnych metafor, pokazane były tam relacje oraz czynnik który je pozornie wyróżnia-miłość w najbardziej seksualnym znaczeniu tego słowa. Która oddala od siebie ludzi , miast łączyć. Tutaj pokój dziewczyn niestety okazuje się zbyt ciasny, dlatego reżyser umieścił w nim dzieła sztuki i trzeba solidnie pogłówkować,by uświadomić sobie, że stanowią one jedynie dekoracje, ot takie coś, żeby wzbogacić fabułę. To zupełnie zbędny zabieg, ale konsekwentnie przedstawiany, widz będzie musiał wziąć to pod uwagę, albo co gorsza, podnieść ocenę o oczko wyżej. Reżyser dobrze wiedział, że nadmiar słów może stać na przeszkodzie odbioru filmu, nadmiar sexu także, zatem wtrynił te obrazy. Wiszą sobie i wiszą, a my  kurcze klaskamy zadowoleni, że dziewczyny są takie wrażliwe na sztukę.

Jedziemy dalej, początkowo scenariusz zakładał taką stopniową nieufność dziewczyn wobec siebie, zatem w przerwie pomiędzy stosunkiem one opowiadają sobie o swoim życiu w tzw realu, ale szybko okazuje się, że jedna okłamała drugą. Odbywa się to tak, jedna coś mówi, druga na chwilę zastyga, poważnieje i zaczyna się zwierzać. Z czasem zaczyna dominować szczerość ale reżyser zbyt szybko wywlekł to na powierzchnię, do końca filmu jeszcze zostało dobre pół godziny, może więcej, a one już tajemnic przed sobą nie mają. Mamy epizodzik z recepcjonistą/kelnerem Maxem, który mógłby stanowić ciekawy kontrast, ale tak nie jest. Max i jego znaczenie staje się marginalne, przerywnikowe, efekciarskie a reżyser konsekwentnie stosuje minimalizm, no cóż.

Pasuje mi teraz napisać, że w pewnym momencie bohaterki zaczynają uświadamiać sobie, że przeżyły coś niesamowitego, że kto wie, może dałoby się żyć razem. Zostawić przeszłość w cholerę, ale słabo to wychodzi. Pretensjonalnie, widz czyli ja ma dość, skojarznie z dramaturgią telenoweli może i na wyrost, ale płycizna emocji, najprostszy sposób ich ukazania skutecznie odstrasza. Końcówka jest już przedłużana, a reżyser wymyśla zabieg z prześcieradłem i to jest chyba najfajniejsza metafora tego filmu. To jest coś, co każe nam myśleć o Julio Medemie, jako zdolnym artyście, ale to mało, o wiele za mało.

Reżyser nie pomyślał, że napisał film do bólu ogólny. Że ten sposób jest szalenie trudny, nieprzyjemny i wbrew pozorom niewdzięczny. Nie da się pokonać nierówności, chyba, że postawilibyśmy na dogmę i Larsa Von Triera. Ten stworzyłby odważny film, surowość pomieszczenia z nad ekspresją aktorów, uwierzyłbym w coś takiego. Julio pragnął stworzyć film intymny, kameralny, ale wyszło z tego coś pośrodku. Raz jest tak, a raz siak. Amorek i przebite serce, satelitarne zdjęcia, Bing i Apple Mac. Max śpiewa arię, którą każdy zna ze słyszenia, a dziewczyny w dziewiczo-białych szlafrokach jedzą śniadanie. Ech, jak ja nie lubię w ten sposób patrzeć na filmy. Chyba tylko strona erotyczna Pokoju się broni, no ale kurcze, za stary jestem, żeby o tym pisać zaraz na początku tekstu.

środa, 15 grudnia 2010

Synekdocha, Nowy Jork [2008], reż. Charlie Kaufman

Za ten film zabierałem się chyba z tuzin razy. Trochę mi teraz głupio pisać o nim, to trochę jak musztarda po kolacji. Obojętnie koło tego obrazu po prostu przejść się nie da, te moje chaotyczne wypowiedzi proszę traktować jako próbę złożenia kupy w całość (i odwrotnie).



Przyznaję się też bez bicia, że Synekdocha to film, który wzbudzał ( i dalej wzbudza) we mnie wyjątkowo skrajne emocje. Od znudzenia przez zaciekawienie, irytację i rozczarowanie, po zachwyt. Film pana Kaufmana możemy śmiało zaliczyć do kuriozalnych przykładów kinematografii, kiedy obraz/twórca staje się pretendentem do przesunięcia granic formy jako takiej na grunt teatralny. Niekoniecznie ten proceder odbywa się pod względem wizualnym. To też. Głównie film czerpie esencje z samego jądra definicji dramatu. Mała dygresja odnośnie dramatu wagnerowskiego. Jego twórca, Ryszard Wagner dążył do pozbawienia opery swojego „komercyjnego” charakteru. Oczywiście mówimy w dużym uproszczeniu, a wracając do Synekdochy. To jeszcze nic nie znaczy, znamy takie przypadki, ale w tym wypadku może to być największy gwóźdź do trumny dla tego filmu. Miejscami miałem wrażenie, że obserwuję podręcznik dramaturga w transkrypcji na życie Cadena Cotarda.

Reżyser, który zasłynął jako twórca niebanalnych scenariuszy mógł stworzyć obyczajówkę, dziełko silące się na prostym zabiegu. Oto znany i ceniony dramaturg odkrywa, że jego życie jest puste i pozbawione celu. Po odejściu żony z dzieckiem pragnie on zrekompensować swoje życie. Pragnie stworzyć dzieło totalne, nie wie, że do samego końca oszukuje siebie samego. To co widz potrafiłby się domyśleć już po pół godzinie seansu, autor dramatu pozostawionego bez tytułu musi stopniowo uświadamiać sobie co jakiś czas. Teraz najlepsze, Kaufman doskonale o tym wie, gra widzowi na nosie. Kusi go tym prostym rozwiązaniem. Pierwszy nasuwający się nam wniosek - osią filmu są egzystencjalne rozterki bohatera. Jego wykreowany bohater przechodzi na oczach widza pewne przepoczwarzenie. Bohatera filmu w bohatera dramatu. Notabene, na Filmwebie w opisie czytamy taki tekst: granice pomiędzy jawą a rzeczywistością powoli przenikają się”. Cytat jest oczywiście niedokładny, ale mniejsza.

Do głosu dochodzi zatem nie tylko egzystencjalizm, ale także klasyczna freudowskie libido bohatera, w pewnym momencie możemy wysnuć wniosek, że Caden Cotard jest gejem. Mamy także dramat artysty niespełnionego, romantyka i nihilisty zarazem. Mamy także klasyczny lęk przed śmiercią z równie do bólu sztampowym poczuciem winy. Przekrój, leksykon, oto jacy są bohaterowie sztuk wg Charliego Kaufmana.

Naturalnie reżyser tworząc scenariusz wywracając schemat bohatera filmowego, ale mało tego, on kaleczy „przekształca” także swój film Znowu uproszczenie, to ten rodzaj scenariusza, który nagle zaczyna przypominać scenariusz jego bohatera. Zabieg o o tyle czytelny, że aż niewiarygodny. Film zyskuje przez to głównie na długości. To także swoista pułapka. Prosty eksperyment, aby sobie to uświadomić. Jeżeli David Lynch tworzy spontanicznie swoje scenariusze, pisze na zasadzie intuicji, ewentualnie w grę wchodzi manipulacja widzem, osiągnięta są pomocą inteligentnego podkreślenia formy, to podobnie Kaufmann, aby uwiarygodnić nieudolność dramatu Cadena Cottarda również dokonuje hochsztaplerki a film zaczyna przypominać sterowiec Zeppelin, którego spotka wiadomy los. Zatem Kaufmannowi nie chodzi o reżyserię, chodzi mu o odpowiednie oświetlenie upadku.

Żeby nie było, to nie porównanie do Davida Lyncha. Jednak zarówno u jednego jak i u drugiego czuć ten niepokój „czy ja przypadkiem nie dorabiam sobie jakiejś ideologii”? Zatem Synekdocha jest filmem zarówno złym jak i genialnym? Czy tak się powinno kręcić filmy? Czy gigantyzm scenariusza, a trzeba podkreślić, ze miejscami Kaufmann objawia iście mistrzowski talent teatralny, nie psuje obrazu jako całości? Przecież to chyba jeden z najbardziej nierównych obrazów jakie widziałem. Reżyser wprowadza wątki ważne dla fabuły opieszale, na plan pierwszy często dochodzą grymasy, westchnienia. Chwilami odczuwałem przesyt obrazem Cadena, marudzącego dla samego marudzenia. W filmie nie uświadczymy płynności w dialogu jak w dramatach Woodiego Allena. Pointy są odbierane przez widza dopiero w odniesieniu do pewnych sytuacji, te lubią pojawiać się po jakimś czasie. Streszczenia tego filmu nastręczyło mi olbrzymią trudność, moja żona patrzyła na mnie jak na osobę psychicznie chorą. Od kwestii „sprzątaczki” trzeba wziąć pod uwagę na karkołomność obrazu, Te hippiczne popisy reżysera są ciekawe, jednak chodzi tutaj raczej o sens ich zastosowanie. Tworzy się więc metafora, która ma olbrzymi transparent „ KINO METAFORYCZNE”. Niestety jest nawet gorzej, Kaufman (możliwie, że świadomie) powiela patent z „Być jak John Malkovich”

Na szczęście, to co słabe dla filmowego języka, ratuje dramat. Sztuka teatralna to potężne medium, film Kaufmanna nie był w stanie unieść takiego ciężaru. Proponuję więc oglądanie go pod takim kątem. Nie jako filmu, nie jako syntezy tychże, ale jako projekcje Cadena Cotarda ergo Charliego Kaufmana. Wtedy te pozornie słabsze elementy filmu, jego nierówność, optyczna oszczędność nie zdeterminują wrażenia przy seansie obrazu. Niewykluczone, że za jakiś czas będzie on stałym elementów warsztatów w szkołach filmowych. Powodzenia moi mili, zapraszam i gorąco polecam.

sobota, 11 grudnia 2010

Paweł i Ryszard (2010), reż. Mateusz Głowacki

                                                                                                                               

czwartek, 9 grudnia 2010

The Social Network (2010). reż. David Fincher




No i zobaczyłem ten film Finchera, nie powalił, nie zainteresował, ot kolejna produkcja. Fincher po swoim arcydziele charakteryzacji czyli Benjaminie z jego ciekawym przypadkiem, stworzył „niezłe” kino, ale żeby zaraz taki zachwyt? Gdzie tam, porównanie do Ojca Chrzestnego wydaje się żartem. Reżyser słusznie postarał się stworzyć film, w którym scenariusz i gra aktorska determinują oś fabularną. Stylistycznie bliżej SN do Zodiaka, chociaż takie porównania wydają mi się bezcelowe. Na uwagę zasługuje oświetlenie. Powiedzmy umownie, że atmosfera życia kampusowego, została dosyć ciekawie zachowana. Mnie najbardziej podobał się aktor grający główną rolę w zestawieniu z tymi trzema dżentelmenami, którym to podobno pomysł ukradł. To zresztą jeden z najfajniejszych motywów tego filmu, paowie spece od promocji widocznie postanowili ten wątek porzucić w połowie, napisy końcowe odrobinę wyjaśniają sprawę. Natomiast rola Edvardo czy jak mu tam, została sknocona.To przecież powinien być motyw przewodni. Niby to mamy kontrast, informatyk geniusz, mówiący szybciej niż karabin typu mini gun, a obok stoi jego kolega, który nie jest już tak bystry, za to ma pieniądze. Żeby było czytelniej, reżyser pozbawił go niemal całkowicie ikry, ten człowiek nie nadaje się na ekonomistę, studenta, to tylko dojna krowa, która zostanie sponsorem twórcy Facebooka, na dodatek będzie musiał użerać się z twórcą Napstera.Właśnie.

Największą agresję wzbudził we mnie motyw Justina Timberlaka'a, który budzi się po upojnej nocy i tłumaczy dziewczynie z którą się przespał, że to on wynalazł serwis oferujący darmowe pobIeranie MP3. Ten prostacki reżyserski zabieg, w którym to Justin „przypadkowo” otwiera laptopa, a tam widnieje Facebook (wiadomo), no i tekst wymruczany do siebie, „muszę cię znaleźć Marku Zuckerberg”. O jezu.

Ten film ma kilka dosłownie kilka ciekawych fragmentów, nabór stażystów się do takowych zalicza. Ogólnie jest to rzecz szalenie szara, przeciętna. Niektórzy powiedzą, że Fincher dojrzewa, inni, że to kino dla kogoś wymagającego, a prawda jest taka, że z historii Marka można było wycisnąć o wiele więcej. To nie jest skończony film, tam widać jak na dłonie to gigantyczne uproszczenie. Fincherowi chodziło raczej o samą postać Marka Zuckerberga, trochę zakompleksionego chłopaka, który intelektem próbuje zrobić wrażenie. To byłoby coś, ale osią filmu jest ten nieszczęsny proces, zatem siłą rzeczy musieliśmy zobaczyć w przybliżeniu jak ten Fejsik powstał, jakie były początki i tak dalej. Odnosiłem wrażenie, że Markowi było nieprzyjemnie z powodu Edvardo, to w końcu jego przyjaciel, pomagał mu. Niestety, poza zamyślonym spojrzeniem niczego więcej bohater tego filmu nie pokazał. Zatem puenta: Ty nie jesteś dupkiem Mark, tylko starasz się nim być”.

Chyba na Filmwebie przeczytałem w którejś recenzji, że prawdziwy portret geniusza daleko odbiega od utartego schematu. To fakt, taki wniosek wypływa po obejrzeniu Socjala, tyle. Nakręcono o tym, film.Że coś, że gdzieś nie jest takie jakie by się wydawać mogło. Że geniusz może narodzić się ze spraw totalnie przyziemnych. Pamiętajcie o tym, podczas seansu Social Network, to się nazywa drugie dno, ten film je ma. Zbyt ironicznie, wiem, ale cóż... mszczę się, bo straciłem czas.

piątek, 3 grudnia 2010

Step Across the Border (1990), reż. Nicolas Humbert, Werner Penzel

Ten dokument zdołał zyskać sobie status arcydzieła. Podobno uchodzi w pewnych kręgach za dzieło kultowe. Dla mnie ma to wartość podwójną, no bo jest tam Fred ze swoją muzyką, no i ciekawie jest to pokazane.


Stylistycznie przypomina to dokument eksperymentalny. Mamy czarno biały obraz,zdjęcia są ciekawie zestawione z muzyką. Dodam, że spodziewałem się czegoś do bólu biograficznego. Tutaj narratorem jest muzyka, która we wszystkich krajach, jak świat długi i szeroki brzmi wszędzie tak samo. I nie ma znaczenia, czy to awangardowe klastery, czy też jest to muza poważna.
Ja o Fredzie słyszałem tylko dobre rzeczy, ale gdybym miałbym komuś polecić coś z jego twórczości, to miałbym problem, bo od czego zacząć. Ja zaczynałem od Zorna i Massacry, ale jest też ten albo Henry Cow , Art Bears, są też jego płyty solowe. No i dupa zbita, trzeba po prostu w to wejść, żeby zauważyć, że awangarda czy jak to sobie tam nazwiemy, to coś całkiem fajnie przystępnego.

A wracając do dokumentu. Jest tam scena, jak Fred bawi się z małym dzieckiem, obserwuje jak on niezdarnie bawi się grzechotkami. Potem widzimy jak próbuje to powtórzyć i mamy nowy utwór Freda Fritha. Albo jak opowiada z zafascynowanie o ludzkim głosie. Potem majstruje taki wynalazek, że jego głosik leci przez gitarę. Tutaj macie fragmencik.

Zatem ten film to jeden wielki hołd złożony muzyce przez muzyków. To manifest, muzyka nie ma granic, nie ma podziałów, banały? Być może, dla mnie właśnie to czyni Step Across czymś wyjątkowym.


Dopisane:  Brakowało mi jakiegoś klucza, teraz to sobie uświadomiłem. Ten dokument nakręcony wyjątkowo intuicyjnie, jest jakby zaimprowizowany. Tak jak utwory improwizowane przez Fritha. Dalej, całościowo to daje efekt jakby takiego metafizycznego teledysku. Mam nadzieję, że ten fragmencik, który tam umieściłem, nie zrazi nikogo bo to tylko mała próbka Fritha, zaledwie ułamek talentu.

środa, 1 grudnia 2010

Zdradziłem Miśka Pieczarę



To prawda, zdradziłem, mówiłem wiele złych słów na jego temat. Dokonałem w myślach abstrakcyjnej analizy jego utworów, stylu, dokonywałem pochopnych recyj całej twórczości i wysnułem wniosek na niekorzyść, a jakże tej postaci. Niechaj mi będzie wolno ukorzyć się, a wszystko to za sprawą odkopania Birthday Party, pierwszej po Boys Next Door kapeli Nicka Cave'a. Sam lucyfer chyba nakazał mi odpalić te hałasy. Energia, która olśniła mnie, chociaż wcześniej mój Beethovenowski słuch absolutny, jakoś porcję tych kwantów ominął, a tu proszę. Ukończyłem trzydziestkę i zaczynam na powrót wkręcać się w te muzykę. Łatwo obliczyć, że jak tak dalej pójdzie, to w wieku czterdziestu lat zacznę głosić wszem i wobec, że Grindermeny to największa muza ever.


A skoro już jesteśmy, pierwszy Grindermen naturalnie trafił do mnie, chociaż nie powalił. Traktowałem to jako projekt poboczny, niezobowiązujące granie, ot jam, który postanowili wydać. Podobała mi się ta surowość, nawiązanie do psychodelii, Stonesów, Doorsów, Zeppelinów a nawet Velvet Underground... podobała mi się gitarka, z tym fajnym wah-waha podpiętym pod przester. W drugiej części miałem wrażenie, że to miejscami nie Grindermen, tylko muzycy z Queens of the stone age trzymają w łapach instrumenty. Grindermen2 to cięższy materiał,ale też trochę niebezpiecznie podrasowany w studiu, co owocuje tym, że miejscami wokal Cave'a jest ledwo słyszalny. Szału nie było, ale żeby tylko takie rozczarowania wychodziły na rynek...Wróćmy do Birthday.


To jest oczywiście w dużym uproszczeniu porcja solidnego punku, nowej fali z rozmaitymi inspiracjami. W końcu jest tu nawet saxik, który lubi dżezująco zadąć. Co mnie jednak powaliło? To chyba wokal Miśka. To chyba za jego sprawą ta kapela w ogóle miała szansę zaistnieć. Słychać ten mrok w tekstach, chociaż to jeszcze nie Bad Seeds. Ogólnie jest tu wszystko co tygrysy lubią najbardziej. Od tej surowej perkusji do pasztetowo przesterowanej gitary.

Dwie płytki tej kapelki to coś co sprawiło, że odleciałem. Subiektywnie rzecz biorąc, chyba Junkyjard jest lepiej wyprodukowane, z drugiej Prayers on Fire surowe, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No i Hee Haw. Punkowość grupy, opisana i sklasyfikowana jako post punk objawia się chyba w sposobie nagrań oraz wokalu Nicka. Tyle, że te wrzaski, to jest coś więcej, Miałem skojarzenie, nie uwierzycie, z piosenką aktorską. To się wzięło chyba stąd, że Pieczara deklamuje, recytuje, umie zaakcentować każde słowo, potrafi nadać tą swoistą ekspresję, dzięki czemu słuchacz przeżywa to intensywniej. Aż dziw bierze, że mu struny nie siadły podczas tego Urodzinowego okresu, ale, że on cokolwiek uzależniającego zażywał, to jest sprawa oczywista.

Dopiszę takie coś. Boys Next Door podobali mi się mniej. Za kilka lat, pewnie zmienię zdanie.przepraszam Cię Misiek, i tak cię kocham.


                                                                                                       Turek w Jaskini

wtorek, 30 listopada 2010

Trzy dni (1991), reż. Sharunas Bartas

To już moje trzecie podejście do tej recki. Próbuję coś mądrego wyskrobać, a jednak za każdym razem wychodzi mi coś skrajnie chaotycznego, bez ładu i składu. Mowa o filmie Shaurana Bartasa Trzy dni (Trys dienos).  Pasowałoby napisać, uwaga talent! Ale poważnie, odczuwam to samo co Krzysiek Wu. po obejrzeniu Point Blank. Na ugiętych kolanach kurczę  próbowałem ogarnąć ten film. W toalecie, w pracy, a jakże, w łóżku, nawał myśli, które trudno do kupy ogarnąć. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to teoretycznie żadnej nowości na ekranie nie zobaczymy. Można próbować uprościć fabułę, a na pytanie, o czym to jest, odpowiem, że o dwóch młodych facetach, którzy przybywając do Kalingradu, spotykają dwie panienki i próbują sobie zorganizować nocleg. Tyle, że....



Tyle, że reżyser zastosował bardzo ciekawy zabieg, a dodać muszę, że innych filmowych Bartasów nie widziałem, więc nie wiem, czy to jego stała technika, czy też jednorazowy strzał. Po pierwsze film praktycznie pozbawiony jest dialogów. Co jakiś czas padają mruknięcia, pojedyncze słowa w stylu „Szto?” , „Parzałsta” w ten deseń. Trudno dosłyszeć się imion głównych bohaterów, a jednak ta historia czaruje, trzyma przy ekranie i puścić nie chce. Wiem co sobie myślicie, pewnie kolejna emocjonalna wydmuszka, pełna westchnień, uniesień i łez, a figę.

Obrazy, bo to one prowadzą nas przez tę historię, przypominają nieco dzieła Sokurowa. Podpatrujemy bohaterów, a kamera, czasami zapomina o pozostałej dwójce, która nagle się pojawia. Każdy gest jest ważny, każde spojrzenie. Jednym z aktorów jest Andrius Stonys, (według mnie nadzieja kina). Zdjęcia są po prostu piękne, i kurcze, wstyd się przyznać, ja od takiego kina już nieco odszedłem. To wymagający obraz, fabułę określają np. takie elementy jak dźwięki otoczenia. Tutaj podaje jedną z moich ulubionych scen. Kiedy bohaterowie znajdują pokój, chcą mieć tę odrobinę intymności dla siebie, z bloku obok  słychać odgłosy przyjęcia. Przez odsunięte zasłony wszystko widać odbywające się sex party, pijani mężczyźni, nagie prostytutki, wystarczy jedno spojrzenie na twarz  bohaterów, by wiedzieć, ze tej nocy także do niczego nie dojdzie.

Fabułą dziwnie kojarzy mi się z opowiadaniem Hłaski „Ósmy dzień tygodnia”, jednym z moich ulubionych zresztą, (ciekawe, czy Bartas miał je kiedykolwiek w ręce). Chodzi więc o podtrzymanie wyjątkowości chwili, o piękny początek uczucia. Przespać się ze sobą mogą wszędzie, ale przecież nie o to chodzi. Subtelność, czystość to jedyne co im pozostało, a dzikie miasto chce im to odebrać. To w gruncie rzeczy film o wyobcowaniu. Smutny, ale daje pewne pocieszenie. Że pewnych rzeczy nie można człowiekowi odebrać, ale trzeba też umieć o nie walczyć.

niedziela, 28 listopada 2010

Black Swan niedługo, ale najpierw...



To tak jak z Zabiciem Ciotki. Szukam, szukam i nic, a tu nagle jest. Szkolnych etiud Darrena Aronofskiego też byłem ciekaw, choć może nie aż tak. Oto dzisiaj kolega Walkiewicz na FW zdradza ku zdziwieniu swojego rozmówcy (sam wielki Darren A.), że na YT te etiudki szkolne są. I są świetne, dodaje. Znalazłem dwie. Proszę, oto one.

No time

oraz

Fortune Cookie.

P.S. Podobno najlepsza czyli Supermarket Sweep też jest, ja nie jestem pewny, jak macie ochotę pogrzebać to proszę o linka, bom ciekaw jednak tego trochę jest.

P.S.2 Jak dla mnie te dwie pozycje nie oszałamiają, ale coś tam widać. Potencjał na (dobrego?) reżysera widać. Podoba mi się to, że w przeciwieństwie do szkolnych arcydzieł  (to nie sarkazm) naszych lokalnych "gwiazd", nie widać silenia się na "emocjonalizm". Zwykła zabawa, a daje radochę zarówno dla twórcy jak i dla widza.

środa, 24 listopada 2010

Durch die Nacht mit... Harmony Korine und Gaspar Noé (2010), reż. Bruce LeBruce

Zgaduję, że spotkanie tych panów było odrobinę wymuszone. Gaspar Noe o ile mi wiadomo przebywał w Stanach z okazji premiery Enter the Void na Sundance Festival, akurat zbiegło się to z premierą Trash Humpers Korine'a (a może to był pokaz poza premierowy, nieważne). Twórcy popularnego cyklu dokumentalnego Durch die Nacht mit... postanowili skonfrontować tych panów ze sobą. Reżyseria pod kierownictwem Bruce'a LeBruce'a dała nam dokument jakich wiele, a szkoda, bo potencjał był.




Gospodarzem programu został Harmony Korine, wyluzowany, pokazuje Gasparowi miejsca gdzie spędził dzieciństwo. Od powiedzmy placu zabaw, który z czasem stał się miejscem spotkań dla młodzieży nadużywającej kwasów, po wizytę na strzelnicy, knajpę, jazdę po ulicach Nashville nocą, podpatrywanie prostytutek i tym podobne. Pomysł był dobry, ciekawie się zaczęło robić, kiedy Harmony zaprosił Gaspara do kina na seans Trashów. Widz mógł się przyjrzeć jak Harmony to sobie zorganizował. Prosta, fajna impreza, Harm jako twórca niezależny z pewnością nie zawiódł widzów na sali. Gorzej się sprawa ma , jeżeli chodzi o pana Noe. Twórca Nieodwracalnego jakoś nie mógł zdobyć się na jakąś kreatywność, niby w limuzynie zaczął coś opowiadać na temat kręcenia Enter, Harm udawał zainteresowanie, ale bądźmy szczerzy. Za takie newsy, (że realizacja filmu w samym Tokio zajęła mu kilka miesięcy,) to ja serdecznie dziękuję. Sytuacje uratował alkohol, kontrowersyjny reżyser wypił, zrobił siku do jakiejś obskurnej toalety, (co oczywiście uwiecznił dziarski LeBruce) no i jakby spuścił z cugli. Zaczął nawet chędożyć drzewo jak bohater Trashów.

Można z tego wyciągnąć wniosek, że Gaspar ma słabą głowę i naprawdę jest kontrowersyjny. Nie zamierzam oczywiście opisywać całości dokumentu, widać ten pośpiech, widać niedogranie. Tym bardziej mi szkoda, zbyt wiele improwizacji, za mało kunsztu reżyserskiego, ot filmik na potrzeby telewizji.

Największą radochę sprawiła mi niezręczna sytuacja, kiedy jakaś „młodociana przechodnia” poprosiła Harmony'ego o autograf i wspólną fotkę. Ten przedstawił jej Gaspara, tłumacząc kto on zacz, niestety nic nie wskórał. Noe z aparatem cyfrowym w łapie chcąc, nie chcąc musiał wyświadczyć fance Korine'a przysługę.


[dopisane dwie godziny później]

Tak sobie pomyślałem, spotkanie tych dwóch osobowości mogło zaowocować naprawdę ciekawym dokumentem. Tym bardziej szkoda, że temat został potraktowany tak po macoszemu. Biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie nie ujrzymy już tych dwóch panów razem, polecam pomimo wszystko ten film.


Rape zwany Gwałtem [1966], reż. Wim van der Linden

Jeszcze dorzucę dwa teksty, ale póki co, zarzucam gwałtem. Ten krótkometrażowy szorcik kolegi van der Linde był nadzieją dla mojego ulubionego ongiś nurtu nunxploitation. Pan reżyser skończył w telewizji, kręci seriale, no trudno się mówi. Sam film jest tak fajnie zły, tak "oryginalnie" sięga do klasyki gatunku, że sprawił mi olbrzymią radochę. Najfajniejszy jest tu jednak końcowy masterszot w scenie tytułowej, Gaspar Noe mógłby się wiele nauczyć.

MAŁY EDIT!!! Film gdzieś wcięło, jeszcze raz go zarzuciłem.Miłego seansu.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Rok w trumnie (1983), Roman Bratny

Nie potrafię przeliczyć ile słyszałem negatywnych opinii na temat Roku. Ta swego czasu mająca doskonałą sprzedaż pozycja była obiektem podobnie jak jej autor wielu, wielu szkalowań i kpin. Trudno jest dzisiaj obiektywnie stwierdzić, na ile są one prawdziwe. Winien wszystkiemu jest Bratny.




Pisarz, poeta, okazjonalnie scenarzysta filmowy, lubiący być na półkach., Pisał dużo, jego proza była aktualna. Jego wiersze się czytało, on sam doskonale odnajdował się w ówczesnej sytuacji politycznej. Doskonale umiał obserwować rzeczywistość, jego proza miała tę nutę cynizmu, nie gloryfikował systemu, ale nie był też łaskawy dla opozycji. Wybrał drogę „od kuchni”. Czytając Rok w trumnie człowiek ma wrażenie, że oto widzi prawdziwy obraz rzeczywistości, bo Bratny umiał to robić. Uchodził, albo starał się uchodzić za sumienie narodu. A jak to wyglądało naprawdę? Filozofia pisarza był prosta. Robić tak aby sobie nie zaszkodzić. Pisać, nie ważne o czym, ważne, żeby temat chwycił. Rok w trumnie opisuje wydarzenia poprzedzające stan wojenny, strajki. Pisarz jednak baczniej się przygląda opozycji, z perspektywy byłego aktora skazanego za morderstwo. Główny bohater wychodzi na tzw przepustkę zdrowotną, ma lewe papiery o chorobie serca no i trafia właśnie na „ten moment”. Widzi śmierć gówniarza opozycjonisty, który zresztą jest jego siostrzeńcem. Sypia z kolejnymi kobietami, a w tle przewija się postać Zenka Siekierki, współwięźnia, który także dostąpił zaszczytu chwilowego opuszczenia „cichej przystani życiowej”.
Zenek wyrasta zresztą z czasem na drugą, najważniejszą postać, będącą jakby alter ego bohatera.
W ogóle sama powieść jest napisana chaotycznie, nerwowo, autor celowo wprowadził ten zabieg, aby jego bohater pozbawiony patosu, cynik i morderca stał się bardziej wiarygodnym świadkiem. O dziwo zabieg ten wyszedł Bratnemu wybornie, czytelnik widzi postać z krwi i kości, który posługuje się zarówno językiem salonowym jak i grypserą, (o wiele prawdziwiej to wygląda niż np. w takiej Symetrii Niewolskiego). Zatem mamy tutaj najlepsze patenty, które z powodzeniem posługiwał się Hłasko, Tyrmand, a nawet i Gombrowicz. Zresztą co by nie mówić, dzisiaj proceder, który uprawiał Bratny jest czymś absolutnie normalnym. Trzeba się wypowiadać na ważne kwestie, stwarzać pozory obytego, mieć znajomości, być na antenie,... Jerzy Urban napisał, że jak Braty puści bąka, zaraz powstaje o tym nowelka. Coś w tym jest,

Jeszcze o pisarzu. Jako poeta, który zaczynał publikować w czasach okupacji łatwo mu było zaprzyjaźnić się z władzą. Używam słowa „zaprzyjaźnic”, które w tym wypadku może wywoływać pejoratywne wrażenie, ale prawdą a Bogiem, wtedy było to normalne. Pisał już o tym Miłosz. Polska Ludowa hołubiła i wspierała wszelkie pozostałości po pokoleniu Kolumbów. Siła socjalizmu wyrosła na gruncie wspomnień ofiar wojny. Najlepszym przykładem był Tadeusz Borowski, który w 1947 publikuje Pożegnanie z Marią. Władza karmiła się nienawiścią tych ludzi, łatwo było nimi manipulować. Brany wybrał jednak trzecia drogę, był na tyle inteligentny, że nie usiłował walczyć z wiatrakami. Czy ta poniekąd tchórzliwa postawa zasługiwała aż na takie potępienie środowiska literackiego? Nie znam stanu majątkowego pisarza, ale w grę wchodziła zapewne czysta zawodowa zazdrość. Rok w trumnie w końcu okazał się nazwijmy to, bestselerem. O dziwo, treść Roku nie uderza w konkretne środowisko. Postacie są umowne, łączą cechy, które można przypasować do wielu postaci, ale nic więcej z tego nie wynika. Chodzi tu o co innego, o zwykłe obalenie mitu Solidarności, której „(...)każdy wiązał wielkie nadzieję. Babcia klozetowa np. wierzy, ze ludzie przestana srać na deskę”. Tylko to Bratny skrytykował, to i olbrzymią naiwność, uległość, zapatrzenie w wielkie, nowe jutro. Czy zatem ten chaotyczny, nieskładny styl, prosty język, zasługuje aż na taką krytykę? Mam, nie wiedzieć czemu ochotę jeszcze trochę w twórczości kolegi Romana pogrzebać. Kto wie,może jego literatura jest obecnie najbardziej wiarygodnym świadectwem tejże epoki.

P.S Jak ktoś ma ochotę zobaczyć, jak ktoś jest ciekawy, bądź też chce wyrobić sobie opinie osobiście, książkę można przeczytać tutaj .

piątek, 19 listopada 2010

Throbbing Gristle, Part Two: The Endless Not (2007)

Właściwie to nie chce mi się pisać o tej płycie. Najdalej dwie godziny temu, na ich oficjalnej stronie przeczytałem, że Genesis odszedł z grupy. Ową decyzję ogłosił za pomocą poczty E mail. Grupa zmuszona była odwołać koncerty, później jednak zdecydowali się wystąpić razem jako X-TG.
No i tak, gdy słuchałem ich wywiadu udzielonego Booing Booing Video, byłem pogrążony w autentycznym szczęściu, słuchać wypowiedzi tych wiekowych, lecz nie mniej przez to twórczych osobowości dawało mi jakąś tam namiastkę wiary  w sztukę. Tymczasem, puk, puk, kupa i tyle mogę napisać.



Ostatnią oficjalną płytą czyli Part Two: The Endless not zespół na pewno nie rozczarował fanów. Oczywiście porównując do wcześniejszych labeli, płyta ma brzmienie wręcz popowe, brudy studyjne zostały praktycznie raz na zawsze unicestwione, jednak i tak jest to porcja porządnej muzy. Gatunek zw. Industrial , (który już dawno stracił swoje znaczenie) nie determinuje piosenek. Dalej mamy charakterystyczny wokal Gena, Loopy i sample, przetwarzane do niemożliwości, ubrane w niepokojące bity. I jest to na pewno w większości Sleazy’ego zasługa. Brakuje tutaj brudu, ale może właśnie przez to grupa mocno chciała zaznaczyć swoją obecność. Muszę dodać, że projekt Gena czyli te jego Psychic TV, odbieram jako rzecz słabą. Komercyjny potencjał tego halucygennego miszmaszu ulotnił się pod nawałem produkowany pośpiesznie kolejnych płyt. Dobrze Genowi tak, miast tworzyć to w czym jest najlepszy zaczął prowadzić ten swój objazdowy cyrk.



Reszta grupa również nie próżnowała, nie będę wspominał o Coilu, ale na przykładzie nawet tych późniejszych projektów Sleazyego widać olbrzymi progres tej postaci. Chris Carter poślubił Cosey Fanni Tutti, co mogło wpłynąć pozytywnie na jego życie osobiste, jednak efekty artystyczne tej pary raczej nie powalają. Co można jeszcze dodać,? Throbbing Gristle opatentowali swój Gristleizer, urządzono pomysłu Cartera, które dokonuje z dźwiękiem rzeczy niemożliwych, możliwe, że kondycja finansowa grupy wzrosła, ale niestety. Stare TG już  nigdy więcej nie powróci.

Z płyty Part two dla mnie najprzyjemniejszym numerem jest Rabbit Snare, planuję go umieścić na YT, bo to wstyd, że go tam jeszcze nie ma. To numer jazzowy, Cosey gra na trąbce, w tle rozbrzmiewa spokojnie ten głęboki dron rodem ze starych wydawnictw TG. Im jednak więcej słucham tej płyty, tym bardziej mam wrażenie, że reaktywacja TG powstała głównie z przyczyn finansowych. Nowe wcielenie Genesisa na scenie nie poraża tą energią jak za dawnych dobrych lat, a już nowe wersje starych hitów brzmią w moim odczuciu beznadziejnie.

Czy zatem warto słuchać tej płyty? Ależ jak najbardziej, dla mnie to jedno z najlepszych  „powrotów” ostatniej dekady, tyle, że to nie jest już TEN zespół. To już nie ta energia, TG nieświadomie(?)  zbliżyło się do tego, z czym walczyli dekadę temu. Do mainstreamu.

                                                                                                         Łukasz  T-Urek Grysiel 

czwartek, 18 listopada 2010

Próżnia doskonała, Wielkość urojona

oraz

 Prowokacja

w rolach głównych

Stanisław Lem


To w sumie niedoceniona pozycja, a raczej dwie, chociaż Prowokacja jest suplementem do Próżni. Stanisław Lem dedykuje wszystkim tym, którzy jego „wielostylowość” traktowali jak wadę. Zbiór recenzji nieistniejących książek jest rarytasem dla koneserów tego pana oraz gwoździem do trumny dla tych, którzy za nim zwyczajnie i po prostu nie przepadają.



Pierwsza recenzja jest oczywiście recenzją samej książki, próbą rozliczenia się z ideą Próżni .Lem zarzuca samemu sobie, że podpiera się eksperymentem, żartem aby ukryć brak pomysłów na rozwinięcie  (czyt. napisanie) opisanych dalej „książek”. Uważa, że niepotrzebnie wprowadza skrajne przypadki literackie (jakie o tym za chwilę),skoro takich dzieł napisać się nie da. Lem dla Lema jest naprawdę bezlitosny. Dość żartów. Każda kolejna recka to już brnięcie w filozofię, mnie najbardziej podoba się opowieść o Robinsonie Crusoe samozwańczym myślicielu, ale już np. trawestacje Joyce’a jakoś mniej. Fakt, że pisarz lubi innego pisarza nie musi być wstydem, ale Lem podał nam krypto receptę na napisanie czegoś podobnego do Finnegans Wake vol.2. I tak dalej i tak dalej, z przykrością czytamy, że w kolejnych reckach pomysły na fabułę zanikają , za to mamy hippikę językową, która jest jego znakiem rozpoznawczym. Najlepszym przykładem jest Nowa Kosmogonia, tutaj pisarz wprowadza szatańską koncepcje wszechświata. Znowu ubawiło mnie autentyczne zdziwienie, że autorem Nic czyli konsekwencji jest kobieta. Owa kniga miała by wyglądać mniej więcej tak: (improwizuję, bo nie pamiętam) Pociąg nie przyjechał ,a więc ona na nikogo nie czekała, nikt się nie spóźnił, zatem  nic ciekawego się jej nie przydarzyło. Możliwe, że Lem kpi sobie z modernizmu z postmodernizmem włącznie, ale jednak jest to dosyć grubymi nićmi szyte, by mogło przejść niezauważone. Inna pozycja uwagi warta to Grupenfuhrer XIV o zbiegłym naziście, który buduje swoje własne królestwo. Jak na Lema przystało to mogłaby być dobra powieść, co sam we wstępie sobie zarzucił, no ale fakt pozostaje faktem, ostała nam się ino recenzja.

Drugi tom (wydany także jako osobna powieść) Wielkość urojona, to już Lem pełną gębą. Tym, razem dostajemy wstępy wydawców, tzw. Notki do nieistniejących prac naukowych. Mnie najbardziej urzekła broszura do Ekstelopedi Vestranda w 44 Magnetomach. To takie rozwinięcie pomysłu z Kongresu Futurologicznego. Taka „encyklopedia” zawiera zbiór haseł, których nie ma, ale które będą, bądź też których nie będzie, ale mogłyby być, gdyby ktoś je wymyślił. Podobno rozwój przewidywalności komputerów potrafił określić treść książek, które będą wydawane nawet wtedy kiedy nasze słońce będzie białym karłem, a Ziemia pogrąży się  jego otchłani.

Mamy jeszcze wykład super komputera GOLEM XIV , który został zresztą naprawdę wydany jako osobna powieść. Lem dokonuje rozliczenia ze zjawiskiem zwanym, człowiekiem. Maszyna skonstruowana jako super strateg, stała się (a jakże) filozofem. Dobra rzecz, bardzo polecam.

W paru słowach o Prowokacji. Na jej skład wchodzą dwie gigantyczne recki, pierwsza dotyczy nazizmu, Lem dokonuje wiwisekcji filozofii Hitlera, obala mit. Zaangażowanie pisarza jest jednak zbyt widoczne , w końcu wojna dotknęła także i jego. (Ciekawe, że po Łaskawych Littela znowu trafiłem na Nazistów.) Druga recka dotyczy książki pt Jedna minuta. Podobno ktoś tam zabrał się za jej ekranizację, ale Lem nie byłby zadowolony. Jego Jedna minuta to po prostu zbiór tabel, zero fabuły, która zawiera nieskończone ilości danych statystycznych zawierających spis rzeczy dziejących się  podczas owej minuty. Lem patrzy krytycznym okiem na tę pozycje, ale nie ulega wątpliwości, że cała ta recka powstała, aby pisarz sobie mógł liczbami zabłysnąć. W moim odczuciu to słaba pozycja, dziwnie kontrastująca z tymi nazistami.

Podsumujmy, Lem jako mistrz stylistyki, żonglerki słownej, filozofii wymyślanej na poczekaniu, ale także wybitny ścisły umysł wpadł na pomysł, aby w ciekawy sposób przedstawić kilka swoich pomysłów. (Nie muszę chyba dodawać, skąd przyszłą inspiracja do recenzji Kongresu Futurologicznego ). Brak tu jednak dystansu, poza tym, każdy dobrze obeznany czytelnik z Lemem nie odkryje tu niczego tak naprawdę nowego, a i rzeczywiście szkoda, że te knigi naprawdę nie powstały.



Zabicie ciotki (1984), reż. Grzegorz Królikiewicz

Po latach wpisywania w wyszukiwarkę tytułu Zabicie ciotki rapidshare, oto równe dwa dni temu, eureka! Jest. Mało w sumie znane opowiadanie Andrzeja Bursy doczekało się ekranizacji i to przez samego Królikiewicza. Jest tylko jedno, no może kilka „ale.


Przeglądając filmografię tego reżysera łatwo wysnuć wniosek o pewnej manieryczności jego obrazów. Dodatkowo ciekawostką jest fakt, że ten sam reżyser, twórca genialnego Na wylot jest twórcą filmów zwyczajnie w życiu słabych. Olbrzymia nierówność każe nam się zastanawiać, czy nie obcujemy z pewnego rodzaju szarlatanerią. Czy przypadkiem ten tzw jego styl, nie jest wyznacznikiem hochsztaplerstwa, czy nie ma w tym zwykłego mydlenia oczu dla głodnych awangardy i nowatorstwa mas. Zabicie ciotki  nie rozwiewa nam tych wątpliwości.

Fabuła filmu koncentruje się na wydarzeniach tuż po zabiciu tytułowej krewnej. Bohater próbuje najzwyczajniej w świecie pozbyć się trupa, ma nawet kilka koncepcji jak swój zamiar wprowadzić w czyn. I tutaj muszę przerwać streszczenie. Piszący te słowa książkę Bursy czytał. Tam jest pewien haczyk, to z pozoru normalne dzieło jest pewnego rodzaju literackim żartem. Sam koniec, mocno surrealistyczny wprawia czytelnika w zakłopotanie, ale Andrzej Bursa gdyby żył, miałby pewnie niezły ubaw z tych, którzy próbują dorabiać do Zabicia ideologie. To podobno była pewna parodia Zbrodni i kary. Na nieszczęście Grzegorz Królikiewicz potraktował to zupełnie poważnie, dodatkowo przerysował swoją wizję. Oglądając film łatwo wpaść w sidła nadinterpretacji, można od biedy znaleźć analogie do sytuacji politycznej kraju, można próbować mówić o pewnym obalaniu mitu poety wyklętego. Można wpisać życiorys Bursy w postać Jurka, wszystko można parafrazując Kononowicza.

A to nie tak, oniryczność obrazu, który przypomina  Sanatorium pod klepsydrą Hasa utrzymany w stylistyce zaawansowanego surrealizmu, intensywność zdjęć, charakterystyczna dla Królikiewicza gra cieniem, to wszystko pięknie ładnie, ale powtarzam, to film przeinterpretowany. Reżyser zaczął analizę książki od samego końca, to co czytelnik dowiaduje się na ostatnich stronicach, tutaj mamy zapożyczenie konwencji, próbę poprawienia opowiadania. Królikiewicz nadał książce właściwy (według niego ) wymiar, to nie żart, Zabicie to zamierzone artystyczne dzieło. Bursa żył zbyt krótko aby to ogłosić. Królikiewiczowi zabrakło dystansu, nadął ten film do ostatnich granic.

Zabicie ciotki posiada kilka popisów reżyserskich, numerem jeden będzie dla mnie spowiedź i to jest jedyny moment ze „starego” Grzegorza. Niestety, poetyka filmu, karkołomna próba wytłumaczenia widzowi, co jest jawą a co snem , dla mnie to objawy postępującego stwardnienia rozsianego, które cechuje późniejszą twórczość reżysera. Niechaj mi będzie wolno nalać kolejny kieliszek i zapytać wprost, panie Grzegorzu, dla kogo pan zrobił ten film. Panie Grzegorzu, czy pan sam nie jest pewny swoich możliwości, że próbuje nam pan pojedynek z samym sobą? Panie Grzegorzu, konwencja filmu poza kadrem,  którą to przypisują panu rozmaite filmowe autorytety panu przestała wystarczać? Czy Zabicie ciotki to dowód, że wszystkiemu można nadać cechy artyzmu? Pan kluczy panie Grzegorzu, wie pan o tym?

A teraz postscriptum.

Oczywiście skłamałbym, gdybym napisał, że mnie ten obraz nie zaczarował. Skłamałbym, gdybym napisał, że oczekiwałem czegoś innego. Królikiewicz dokonał zdjęcia rentgenowskiego umysłu bohatera opowiadania. Obrazy, symbolika, tak może wyglądać wnętrze młodego, domorosłego poety. Próba pozbycia się ciotki to swego rodzaju autoterapia. Pozbycie się kajdan, wyzwolenie, nasz bohater pod koniec filmu jest bliski odzyskania swojej natury, to oczywiście nie wynika wprost z jednego i drugiego. To jest paleta obrazów, umiejętnie dobranych, przypisanych pewnym elementom jaźni. To nie jest popis architekta, ale koncentracja na samej desce kreślarskiej. I tu reżyser dokonał czegoś niemożliwego, jednak film nie jest przez to łatwiejszy w odbiorze. Zaduch, klaustrofobiczna atmosfera mieszkania bohatera może przytłoczyć widza. Tak się rzeczywiście dzieje, powody są dwa. Pierwsze to trywialność symbolu, jego znaczenie traci swoją siłę, widz się uodparnia na jego działanie, druga to sam konspekt. Królikiewicza łatwo rozszyfrować, zakończenie może zaskoczyć, ale brakuje efektu. Widz odczuwa niedosyt, ponieważ reżyser obnażył wszystkie swoje karty. Zatem błąd polega chyba na metodologii dzieła. Podobny zabieg zastosował w Forcie XIII, ale tam mieliśmy eksperyment polegający na zamknięciu widza razem z uwięzionymi, tymczasem tutaj widz przygląda się temu z ekranu telewizora, Grzegorz Królikiewicz potraktował bowiem nas jak rekwizyt.

                                                                                                                  Kulturek Królikowski

Pi.Es. Innym obrazem, który pod względem zdjęć jest bliski do Zabicia to Jak daleko stąd, jak blisko pana Konwickiego. Może to będzie dodatkową zachętą, nie wiem.

sobota, 13 listopada 2010

LUDZKOŚĆ

Jestem świeżo upieczoną bułeczką po seansie dwóch obrazów, Ludzkości Dumonta oraz Możliwości Wyspy Michela Houellebecqa. Piszę ten tekst próbując zebrać myśli, zatem proszę o wybaczenie za niezamierzoną chaotyczność. Oczywiście to dosyć kontrowersyjne zestawienie, mocno niesprawiedliwe, zwłaszcza dla Ludzkości, która jest wybitnym filmem w porównaniu z ekranizacją Wyspy, którą złośliwi mogą nazwać „zachcianką, kaprysem, próbą udowodnienia, chęcią zysku na produkcie” ale posiadającą wcale konkretną tezę.




W Ludzkości Dumont kreuje typ bohatera autystycznego. Mamy tam do czynienia z trójką przyjaciół, na plan pierwszy wysuwa się Pharaon de Winter, który pełni funkcję komisarza Policji. Film rozpoczyna się w momencie, kiedy zostaje znalezione ciało 11 letniej dziewczynki, jednak motyw śledztwa zostaje zepchnięty na dalszy plan. Tak naprawdę osią filmu są relacje pomiędzy trójką bohaterów. Z fabuły nie dowiadujemy się wiele na temat głównego bohatera. Żyje z matką, pielęgnuje działkę, podobno jego babka była sławna malarką. Skrycie podkochuje się w dziewczynie z sąsiedztwa Domino. To druga ważna postać w filmie. Jej stosunek do Pharaona jest oparty na litości. To z jej ust widz dowiaduje się, że jej sąsiad stracił dziewczynę i dziecko, jednak jej litość nie polega na uczuciu. Pragnie ona wypełnić pustkę przy pomocy swojego ciała. Pragnie by Pharaon cały czas przy niej był, zabiera go razem ze swoim chłopakiem Josephem czy to na kolacje, czy to na wycieczki... Nie widzi, że swoim zachowaniem potęguje jego ból. Joseph zdaje sobie sprawę z tej gry, niczym Albert (narzeczony Werterowskiej Lotty) akceptuje postawę Domino.

Dumont prowadzi fabułę spokojnie. To oczywiście wyznacznik jego stylu, brak tutaj wszelkiego rodzaju efekciarstwa jeżeli lubujemy się w pięknych kadrach, tego tutaj nie uświadczymy. Sami bohaterowie to postacie z krwi i kości do bólu. Widać ich nadwagę, pot, toporny makijaż Domino. Jest tego więcej, jednak tym czym naprawdę wyróżnia się ten obraz to ogromny chłód. Pomimo naturalizmu postacie nie potrafią zdobyć się na jakiekolwiek słowa ciepła. Morderstwo dziewczynki wydaje się problemem społecznym, występuje pewna mechanika, Pharaon wspomina swoją rodzinę, ale nie angażuje się emocjonalnie do prowadzenia śledztwa. Tragizm tej postaci polega na nieumiejętnym „organizowaniu” uczuć. To oczywiście wyjątkowo subiektywna wizja reżysera. Czy tak nas widzi Dumont? Kalekich, słabych i pustych? Kontrowersyjność Ludzkości polega teoretycznie na niewłaściwym obiekcie badań. Reżyser tworzy pewną patologię, którą nazywa Ludzkością. Nadając takie cechy, odbiera im tym samym człowieczeństwo.
Ciekawostka, bohater będący przodkiem malarki, w pewnym momencie uruchamia keybord. Jego gra jest straszna, pozbawiona sensu, rytmu, okropna melodia, tak jakby Dumont trywializował sztukę, która podobno jest pewnym wyznacznikiem naszej cywilizacji.




Michel Houellebecq to pisarz, który zaliczył swoje pięć minut sławy. Jego ostatnia powieść Możliwość Wyspy, którą sam nazywa kwintesencją swojej twórczości została odebrana z mieszanymi uczuciami. Pisarz jednak tak polubił swoją książkę, że postanowił własnymi rękoma dokonać jej ekranizacji. I tu na wstępie muszę zaznaczyć dwie uwagi. Pomijając aspekty techniczne, Houellebecq albo próbował dopisać (czyt. rozbudować) wątki, które nie zmieściły się w powieści, albo z braku pomysłów uprościł scenariusz akcentując prostsze fabularnie wątki. Niestety, film tylko i wyłącznie przez to traci. Nie zamierzam tutaj pastwić się nad tym filmem, mam tą przewagę, że książkę znam, nie zamierzam także zdradzać o co tutaj do kur#$ nędzy chodzi, jednak w pewnym momencie intencje jego i Bruno Dumonta stały się zbieżne.
Michel Houellebecq twierdzi, że rodzaj ludzkości jest skażony, brakiem zrealizowanej obietnicy przez Chrystusa czyli nieśmiertelności. Cała nadzieja w klonowaniu, główny bohater Daniel jest komikiem, twórcą jednoosobowych kontrowersyjnych skeczy, w filmie tego nie zobaczymy, ja sam nie mam pojęcia jak taki skecz miałby wyglądać, w filmie Daniel jest synem założyciela sekty.  Reżyser uważa, że dopóki człowiek będzie przychodził na świat z ciała kobiety (czyli w sposób naturalny), nastąpi jego rychły upadek. Będzie doświadczał bólu i cierpienia egzystencjalnego. Warto dodać, że sekta osiąga swój sukces. Wybiegamy sporo naprzód i widzimy żyjące klony Daniela, puste skorupy, całkowicie samowystarczalne. Mamy więc Daniela 2, Daniela 3 i tak dalej. Oczywiście taka wizja przyszłości nie wygląda zbyt zachęcająco. Któreś tam wcielenie Daniela znajduje dziennik jego pierwowzoru, czyta historię jego życia, dowiaduje się o uczuciu do pewnej kobiety. W książce jest to Marie, w filmie to niewymawiająca ani jednego słowa czarna dziewczyna.
Film jest tak zły, że aż dobry, przy czym jak napisałem, nie chodzi nawet o braki techniczne. To co Dumont pokazał na przykładzie nie będącego kryminałem kryminału, Houellebecq próbuje łopatologicznie wytłumaczyć, że w taki sposób to daleko nie zajdziemy. Dumont nie przyjmuje postawy cynika, jest raczej filozofem, zadaje kłam tezie jakoby życie w społeczności pełni funkcję fundamentalną człowieczeństwa. Uważa/ uważał, że ludzie nie są zdolni do okazywania uczuć, albo inaczej, okazują je ale w formie automatycznego impulsu. Ginie dziecko, należy płakać, sprawca jest złapany to cieszymy się, Houellebecq musi w swoim świecie dokonać redukcji populacji, zamienić człowieka w manekina, powielającego swoje DNA. Obaj reżyserzy są jednakowo bezlitośni, Pharaon de Winter żyje karmiąc się swoim cierpieniem, Daniel nie potrafi odnaleść ciepła i uczucia w swoim życiu, tylko z czyjej winy? Czego im obydwu brakuje? Zwykłej, czystej miłości, to co odważył się pokazać we Flandrii Dumont, reżyser Wyspy nieśmiało stwierdza w zakończeniu powieści.
Nagrodzona w Cannes Ludzkość jak wspomniałem jest dziełem pretendującym do miana traktatu filozoficznego. Jej niejednoznaczność, wielowymiarowość idealnie wyrażona w prostej reżyserii zawiera wszystko to, co zabrakło Wyspie. Michel Houellebecq nie jest sprawnym reżyserem, ale estetyka, którą obrał do wyrażenia swojej myśli wydaje się pasować. Obydwaj stosują poetykę pustki, chłodu. Zwłaszcza obraz Houellebecqa Ten film jest w gruncie rzeczy  obrazem poetyckim niż fabularnym.

Trochę się pogubiłem, ale  wiem o co mi chodziło. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy patrząc z perspektywy czasu na filmografię Dumonta oraz twórczość literacką Houllebecqa była taka, że obydwaj panowie zaczęli weryfikować swoje poglądy. Czy to artystyczny kaprys, chwilowy przypływ optymizmu, a może prawdziwe przebłyski nadziei?