środa, 29 grudnia 2010

Film miłosny (2003), reż. Julio Bressane 18+


[sex, fellatio, penetration, milk-bottle, penis, cum-swapping, female-masturbating, shaving, female-frontal-nudity, shaved-vagina, unsimulated-sex, bathtub-scene, black-and-white, cum-shot, strip, love-triangle, lesbian-kiss, posing nude, lesbian-cunnilingus, male-masturbation, banana, milk-bath, shaved-pussy, itd ]


To powyżej to Tagi, które przepisałem odręcznie. Mogą one zachęcić potencjalnego widza do rychłego skonsumowania  Filme de Amor..

Film miłosny w reżyserii mało mi znanego Julia Bressane jest jedynym znanym mi dotąd obrazem, którego artyzm piętnuje samego siebie. Brzmi to może niedorzecznie, ale tak jest. Ktoś mi wspominał ongiś o Zwierciadle Tarkosia, który stworzył film nieprzystępny, korzystający już to z efektów wizualnych, poetyckich ze sporym dopiskiem autobiograficznym na marginesie. To skrajny przypadek filmu, któremu nie sposób odmówić jednak piękna oraz reżyserskiego kunsztu.
Film miłosny co prawda nie zawiera osobistych refleksji twórcy z poza kadru, niemniej reżyser na każdym kroku udowadnia, że mamy oto do czynienia z obrazem artystycznym i awangardowym. Wybijająca się poza kanon technika portretu trojki współżyjących bohaterów nie tylko wystawia widza na ciężką próbę, ale też sprawdza stan naszej wiedzy o kinie.



To swoisty misz masz, pięknie sfilmowany zawiera w sobie elementy awangardowe, Ingmara Bergmana, nowa fala, czemu nie, są i takie nawiązania. Długie ujęcia kamery podążającej za naszymi bohaterami, zmiana kolorystyki, kurde balans. Film ten zasługuje na każdą obelgę i pochwałę jakie mu nadano. Na imdb ktoś napisał, ze to najgorsza rzecz jaką widział, inny głos wspomina, że nadmiar artyzmu tworzy pretensjonalność. Czyżby reżyser chciał się wykazać?

Problem, przynajmniej dla mnie to sama ewolucja reżyserska. Wygląda to w dużym uproszczeniu tak, jakby wstęp kręcił kto inny, ktoś inny odpowiadał za zdjęcia w mieszkaniu a jeszcze inny w plenerze. Oczywiście wstawki z filmów porno przemilczę. Kamera raz jest statyczna, nieruchoma, by w dalszej części poruszać się płynnie po planie. Jeden Boruta wie, czemu to miało służyć. Piękno Filmu Miłosnego tkwi w nim samym. W każdym kadrze pokoju, to co początkowo wydaje się mało atrakcyjnym filmem, przekształca się. Miałem uczucie, że reżyser nakręcił projekcje snu, chociaż to może niezbyt adekwatne określenie, ale mieszkanie kochanków to jakby świat z innego wymiaru. Ich sposób wyrażania, teatralność, egzaltacja gestu, ich seksualność, cielesność…to są wszystko elementy tworzące niesamowity kolaż. Widz uczestniczy w tej karykaturze skrajnie seksualnego stylu bycia. Na oczach naszych bohaterowie stają się kimś innym. To ten rodzaj nihilizmu, który został ubrany w szaty performance. Kto wie, czy nie byłem świadkiem artystycznej pornografii? Może, nie przeszkadza mi to wcale.


No i tak, Ostatnie sceny sprowadzają nas na ziemię, ale pytanie czy takie filmy mają racje bytu? W środowisku awangardzistów, a sprawdziłem był, że ten reżyser za takiego uchodzi, Film Miłosny, nie mam wątpliwości swoją rangę ma. Na takich NH  coś takiego pewnie by zaistniało, tyle, że to trochę tak jak z Limitami Jarmusha. Gromadka wybrańców będzie na ten film patrzeć z otwartymi nosami, reszta po zrobieniu dobrej miny do złej gry, zada sobie to pytanie: WTF?!?

Korciło mnie, żeby sobie coś jeszcze pana Bressane odhaczyć. Trafiłem na  film o Fr. Nietzche w Turynie. Wyłączyłem po 30 minutach, no nie wiem, albo ja za głupi na to jestem albo jeden Zeus wie, na czym to to się opiera. Mam jeszcze w planach Szczurze ziele, które po zajawkach wydaje mi się o wiele bardziej przystępnym obrazem, ale to planuję na przyszły rok.

No i przy okazji ogłaszam, że podsumowania 2010 nie zamierzam czynić, jakoś nie mam na to ochoty zwyczajnie. Wszystkiego dosiego zatem.!!!

Zgadnijcie, czy jest wyjaśnione, dlaczego u licha one tak leżą?

2 komentarze: